|
Trzy spektakle, jeden świat
Teatr o telewizji
Łukasz Drewniak
W stanie wojennym pisaliśmy z kolegami na murach hasło "Telewizja kłamie!"
(to znaczy oni pisali, a ja się przypatrywałem, bo na mały sabotaż byłem niestety za
mały). Co należałoby dzisiaj - w dobie reality shows i spektakli komisji śledczej -
napisać nie tylko o "najlepszej telewizji publicznej w Europie", ale także i o
innych nadawcach? Podpowiedzi udziela teatr.
Jan Klata przekroczył niedawno trzydziestkę, goli głowę jak Kazik Staszewski, nosi
mundurowe kurtki i wojskowe buty. Premiera we wrocławskim Teatrze Polskim to właściwie
jego debiut. Jako reżysera i dramaturga.
Taras w Rzymie
 |
 "Odejście Głodomora" Tadeusza Różewicza, reż.: Piotr Kruszczyński |
|
Swego czasu Klata znalazł gdzieś notkę prasową o pewnej telewizji, która w
oczekiwaniu na śmierć papieża wykupiła taras z widokiem na Kaplicę Sykstyńską, żeby
mieć jak najlepsze tło do gorącego newsa, który poda jako pierwsza na świecie. I to
był punkt wyjścia do napisania "Uśmiechu grejpruta" (błąd w tytule
zamierzony!). Pierwsza scena dramatu: para telewizyjnych wyjadaczy, gladiatorzy wiadomości
z ostatniej chwili, instaluje się w pokoiku w Rzymie. Na ścianie za ich plecami pojawia
się slajd ze słynnym detalem fresku z Sykstyny: ręka Boga dotyka ręki Adama.
Bohaterowie nie mają imion, Klata oznacza ich symbolami @ (małpa) i $ (dolar). Wiedzą,
że ich czekanie może potrwać długo, dlatego skracają sobie czas wertowaniem stenogramów
z papieskiego spotkania z chłopską rodziną nad Wigrami, $ jawnie szydzi z trzęsącej
się dłoni Papieża, z biedy, prostoty i nieuczoności ludzi, o których otarł się
wielki świat. Tę rolę gra u Klaty młody wrocławski aktor Marek Ryter, wręcz
predestynowany do roli Złych - drażniący, agresywny, fałszywy. Jego $ nie ma ani
jednej cechy, za którą można by go lubić, dzięki której można by go usprawiedliwić.
Od razu czujemy do niego antypatię, denerwuje nas jego głos, jego grymasy.
Na cynizm rzeczywistości reżyser odpowiada bezlitosnym szyderstwem. Ukazuje łajdaków,
którzy kpią z tego, co czyste i prawdziwe, pozornie oddaje im głos, racje i argumenty.
A potem spokojnie patrzy, jak dokonują autokompromitacji. Ojciec Święty to tylko
pretekst, punkt odniesienia. Klata nie chce wywoływać skandalu, ale ocalić podstawowe
wartości, przypomnieć o ich istnieniu. "Oburzacie się, że ja od Ojca Świętego
zaczynam - wydaje się mówić reżyser - to popatrzcie, na co wy się zgadzacie, na jakie
kłamstwa, świństwa i manipulacje". Klata sugeruje, że w świętoszkowatym
oburzeniu przegapiamy często rzeczy stokroć groźniejsze niż teatralna prowokacja. Na
przykład fascynację cnotami Polski dresiarskiej, światem "megawypasu na
maksa", albo pustką medialnych wydarzeń. Twierdzi, że jesteśmy już tak
zdeprawowani, że przyzwalamy na naruszanie każdej intymności.
Równolegle z wątkiem rzymskim pojawia się w "Uśmiechu" wątek awangardowego
artysty i jego ojca, kreatora zapachów. Syn - nazwany kryptonimem & - performer,
konceptualista (wsławił się zrobieniem kupy na Weneckim Biennale) finguje własną śmierć
(Klata antycypuje chwyt niejakiej Zuzanny Janin, która nie tak dawno wydrukowała swój
nekrolog i zaaranżowała własny pogrzeb - nabrało się na to pół Warszawy), żeby
wyciągnąć pieniądze od sponsora i zainteresować sobą media. Niewtajemniczony w
kulisy performance'u Ojciec popełnia samobójstwo, zostawiając synowi wstrząsający
list-testament uczciwego człowieka. Ale & nic z jego przesłania nie zrozumie. Przed
telewizyjnymi kamerami, informując o swoim zmartwychwstaniu zaśpiewa tylko głupawą
piosenkę. Współczesna prowokacja nie potrzebuje nawet sztukowanej do niej ideologii.
"Uśmiech grejpruta" to dziwna sztuka: są w niej sceny z kulawymi dialogami,
potencjał dramatyczny niektórych postaci nie zostaje przez autora w pełni wykorzystany,
ale trudno pozbyć się wrażenia niemal fizycznego obcowania z gniewem i przerażeniem,
jakie targają Klatą. Zgoda, reżysera i dramaturga ponosi polemiczny temperament, jakby
chciał od razu załatwić wszystkie sprawy, policzyć się z tym, co go w dzisiejszej
Polsce złości, drażni, oburza. Dlatego wkłada do jednego utworu kilka pobocznych tematów
- historię o pustce współczesnej sztuki, o chwytach komercyjnych służących jej
wypromowaniu, kpi z degradacji naszego języka.
Na koniec spektaklu trzyma jednak Klata asa w rękawie: na scenę wychodzi para
naturszczyków, wiejskich śpiewaków, i intonuje religijną pieśń. Na prapremierowej
widowni pojawiły się w tym momencie idiotyczne śmiechy. Mimo deprymującego rechotu
wiejscy śpiewacy ocalili w sobie cudowną, prymitywną świętość, której nauczyliśmy
się na co dzień nie zauważać. Ten ryzykowny chwyt łapał widza w pułapkę: wstyd ci
za nich? Współczujesz im w tej sytuacji? Zazdrościsz odwagi? Klata nie drwi ze świętości,
ale zastanawia się, co się z nami porobiło. Grozi publiczności palcem, jakby czuł, że
to on ma rację.
"Przeraźliwe głodowanie"
Nie przypadkiem Ojciec &-a zagłodził się na śmierć. W jego intencji miał to być
gest odmowy udziału w społeczeństwie konsumpcyjnym. Głodowanie jako gest artysty?
Czterdziestolatek Piotr Kruszczyński, świeżo upieczony dyrektor teatru w Wałbrzychu,
sięga po "Odejście Głodomora" Tadeusza Różewicza, reżyserując gościnnie
we wrocławskim Współczesnym. Czyta kafkowskie i różewiczowskie głodowanie nie jako
niezgodę na społeczeństwo, trywialność życia, ale gest wykonany w stronę społeczeństwa.
Akt artysty szukającego poklasku, akceptacji za wszelką cenę. Oddaje celnie sytuację,
w której artystom robi się coraz duszniej w fałszywej medialnej rzeczywistości, nie
mogą w niej już wytrzymać, ale jednocześnie są w niej zanurzeni po uszy, oplątani
pajęczyną małych ustępstw, kapitulacji i zdrad.
W czasach, kiedy gwiazdą może być każdy, trzeba dla popularności ścigać się z
idiotami, robić rzeczy głupie i puste, bo tylko głupota i pustka może być zauważona.
We wrocławskim przedstawieniu Głodomora (bodaj po raz trzeci w swej karierze) gra Bogusław
Kierc, malutki, chudziutki, nagi, przepasany jedynie białym pampersem. Nikt, który
zapragnął pięciu minut sławy. Jak inne dzisiejsze telewizyjne gwiazdy: chłopak, który
siedział trzy miesiące na słupie, para narzeczonych, która tydzień żyła skuta
kajdankami, wsiowy cudak zjadający żywe żaby na oczach widzów.
Parafrazując słowa Swinarskiego: inny teatr ma społeczeństwo głodne, a inny społeczeństwo
syte. Świat widowisk społeczeństwa sytego zamyka się w kręgu reality show. Dlatego
klatka Głodomora w spektaklu Kruszczyńskiego to przeszklone terrarium-kontener, narzucający
skojarzenie z Big Brotherem.
Reżyser sugeruje, że sens głodowania ze sztuki Różewicza był kiedyś interpretowany
metafizycznie, dziś należy go potraktować w sposób dosłowny, jako sztuczkę dla
ciekawskiej gawiedzi. Trzeba wrócić do początku, do przeczuć Kafki, wypełnić je współczesnymi
realiami. U Kafki abonenci wysiadują przed małą okratowaną klatką, w której siedzi głodomór,
my po prostu skaczemy po kanałach: zajrzeć do łazienki Wiśniewskiego ("Jestem
jaki jestem"), popatrzyć na rodziny z "9 niezwykłych tygodni".
Jeszcze niedawno Józef Kelera pisał, że ta klatka to azyl artysty w świecie, w którym
wedle Różewicza "byle kto mówi byle co do byle kogo". Protest wobec
konsumpcyjnego społeczeństwa. Teraz Kruszczyński udowadnia przewrotnie, że każdy gest
artysty musi być na pokaz. Wszystko jest na sprzedaż, musimy chuchać na konsumentów,
bo "konsumujący podtrzymują strukturę naszej współczesnej cywilizacji, gdyby nie
używali, wszystko mogłoby się zawalić".
W finale Kruszczyński łudzi, że to już koniec. Zapala światło na widowni, ale
aktorzy nie wychodzą do ukłonów. Zdezorientowany rzucam się do wyjścia, za chwilę
Manchester Untited gra z Realem, zdążę na drugą połowę. Ale drzwi zabite blachą.
Wracam na swoje miejsce. Pojawia się strażnik i prowadzi nas na zaplecze. Z tyłu sceny
na tle wielkiego zdjęcia Głodomora ubranego w złocistą marynarkę telewizyjna
dziennikarka przeprowadza wywiad z bohaterem, który jeszcze niedawno wygłosił monolog
gloryfikujący nieuczestniczenie w tym medialnym cyrku, odszedł, żeby ocalić czystość,
sens swego głodowania. Kruszczyński nadaje inny kontekst słowom bohatera. Druga scena
dramatu umieszczona jako epilog "Odejścia Głodomora" nadaje nie tylko
spektaklowi, ale i dramatowi nowy sens. Wszystko robimy na użytek mediów, bo na
wszystkim można zarobić. Nie ma gestów szczerych, spontaniczność jest wykalkulowana.
Fajni ludzie
Siedzący za konsoletą reżyser i szef Łaźni Bartosz Szydłowski przebiera się na czas
pokazu "Wścieklizny" w dres z kapturkiem i jako tajemniczy DJ Prezes wyznacza
swoim aktorom zadania specjalne, każe wciągać publiczność w dyskusję, głosować na
ulubionego uczestnika teatralnego reality show, tworzonego ad hoc przez podniesienie rąk.
Czwórka bohaterów - seksowna Anulka, energiczna Bacha, plastikowy Robin i lekko przyćpany
Qupsko walczą o akceptację zaproszonych na pokaz widzów, strzelają do siebie z
kapiszonów, próbują śpiewać, odgrywają zadane im scenki aktorskie.
Reżyser inscenizuje kumpelski stosunek wykonawców do widowni, jakby chciał powiedzieć:
wy też możecie być aktorami. Dziewczęta (Anna Wielgucka - Panna Nikt od Wajdy - i
Barbara Kurzaj) są przebrane za lolitki, chłopaki (Robert Koszucki i Jakub Palacz) za
luzaków z pubu. Szydłowski pokazuje, jak desperacko i za wszelką cenę chcemy być
fajni. To znaczy jacy? Na czym polega współczesna fajność - zastanawia się Szydłowski
- i zaraz sobie odpowiada: na powszechnym braku wstydu. Wszystko - seks, życie i śmierć
- jest proste, nieskomplikowane, momentalne, intuicyjne.
"Wścieklizna" to z jednej strony zdarzenie towarzyskie, z drugiej - projekt
teatralny, obśmiewający telewizyjne bzdury, które pochłaniamy co wieczór, katalogujący
wszystkie nasze zbiorowe fascynacje. Szydłowski porusza się w ich obrębie z cyrkową
ekwilibrystyką. A to zacytuje lesbijki z Tatu, a to zachwyci się spontanem uczestników
"Baru", pokaże, jak łatwo zostać idolem młodzieży. Parodiuje talk show o
parze gejowskiej, która chce dokonać adopcji, jakby inscenizował
"Beztlenowce" Villqista ŕ rebours. Demaskuje, jakie sztuczki stosujemy, żeby
nas polubiono. Interesuje go mechanizm akceptacji dla monstrualnego, idiotycznego kłamstwa
telewizyjnego show. Wikłania się w nie, żądania jego stałej obecności w naszym życiu.
Obyczajowe scenki z dramatu Pawła Jurka, który był punktem wyjścia, giną w natłoku
projekcji filmowych, muzyki i gier z publicznością. Szydłowski z premedytacją zagłusza
teatr, który jeszcze przed chwilą budował.
Podczas gdy Klata i Kruszczyński patrzą na świat telewizji z zewnątrz, krakowski reżyser
i jego aktorzy włażą do środka. Używając tych samych elementów i technik
manipulacji, co media, układają je w nową parodystyczną całość. Pokazują z właściwej
strony, czym są w istocie te nasze interaktywne zabawy. Kierują swój spektakl do widza,
który ma zgubić się gdzieś między tonacją serio a pastiszem. Którego oskarża o współudział,
o współkreowanie iluzji "nieznośnej lekkości telewizyjnego bytu".
Telewizja nie kłamie!
Trudno uznać przedstawienia Kruszczyńskiego, Szydłowskiego i Klaty za "teatr wojujący",
zaangażowany, niepokorny. Ale te trzy spektakle mówią zadziwiająco podobnym głosem,
że w Polsce pokazywanej, kształtowanej przez telewizję nie sposób już wytrzymać. I
dawno przestało chodzić tylko o lansowanie fałszywych wartości, nowego stylu życia.
Jest gorzej - kłamstwo stało się rzeczywistością. Oto pierwszy ułan
Rzeczypospolitej, romantyczny zawadiaka, symbol polskiej duszy niepokornej Daniel
Olbrychski gra w reklamie lodów Koral. Oto reżyserska legenda, niegdysiejsza
nonkonformistka Izabella Cywińska nobilituje szkołę aktorstwa a la telenowela w
programie "Debiut" i tłumaczy na łamach prasy swój akces do chłamu ciekawością
ludzi. Oto...
Intencje trójki twórców nie sprowadzają się do zwykłego pokazywania palcem, kto jest
winny. Są o wiele bardziej wyważone, wynikają z przeczucia, że skoro tyle brudów
nagromadziło się dookoła nas, to trzeba wreszcie coś z tym zrobić. Teatr powinien być
antidotum na draństwo, które rozpełzło się pomiędzy nami, kiedy puściły wszelkie
hamulce.
Jak pokonać draństwo? Dobrym uczynkiem? Pozytywnym przykładem? Na kłamstwo odpowiedzieć
prawdą? Szyderstwo to chyba jedyna broń zdesperowanych. Dlatego właśnie w tej, a nie
innej tonacji trzej reżyserzy zadali, niezależnie od siebie, kilka prostych pytań: Co
to jest widowisko? Na co patrzą masy? Co je elektryzuje? Skąd bierze się powszechna
tolerancja dla głupoty, blagi, manipulacji, cynizmu, wyrachowania? Napisali na teatralnym
murze "Telewizja nie kłamie!". Naprawdę tacy jesteśmy, tego pragniemy, tak
wyglądamy. Chcemy być manipulowani. Szczęść Boże.
Teatr Polski we Wrocławiu: "Uśmiech grejpruta" Jana Klaty, reż.: Jan Klata;
Wrocławski Teatr Współczesny: "Odejście głodomora" Tadeusza Różewicza, reż.:
Piotr Kruszczyński;
Stowarzyszenie Teatralne Łaźnia w Krakowie: "Wścieklizna, albo fajni ludzie"
Pawła Jurka, reż.: Bartosz Szydłowski.
|