|
„TP”, Nr 20 (2810), 18 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2810/kraj04.php
Jan Nowak Jeziorański kończy 90 lat
Nie mamy święta Trzeciej RP
Z Janem Nowakiem Jeziorańskim rozmawiają Andrzej Brzeziecki i Marek Zając
Legendarny "Kurier z Warszawy" i rzecznik wolności w mrocznych czasach komunizmu pełni od swego
powrotu do wreszcie niepodległego państwa rolę tak bardzo dziś potrzebną: głosu na
rzecz polskiej racji stanu, słuchanego i wiarygodnego, wśród nielicznych już niestety
autorytetów. Wdzięczni za cały życiorys życzymy Janowi Nowakowi Jeziorańskiemu
najgoręcej, aby to właśnie zadanie spełniać mógł jak najdłużej.
Redakcja "Tygodnika Powszechnego" |
|
TYGODNIK POWSZECHNY: - Był Pan świadkiem odbudowy wolnej Polski po roku 1918 i 1989. Czy
te procesy miały jakiś wspólny mianownik?
JAN NOWAK JEZIORAŃSKI: - Owszem, były podobieństwa, ale też zasadnicze różnice. W
1918 r. istniały w kraju dwa przeciwne obozy - nazwijmy je obozami Romana Dmowskiego i Józefa
Piłsudskiego. Pełen nieprawdopodobnych namiętności antagonizm między nimi może
zrozumieć tylko ten, kto żył w tamtych czasach. Dzisiaj nie dostrzegam takich gorących
sporów między dawnymi komunistami z PRL, a ludźmi wywodzącymi się z Solidarności.
Nie ma już takiej zaciekłości, niemalże nienawiści, jaka istniała wtedy, po
zaborach.
Wirtuozi różnych fortepianów
Piłsudski wprawdzie próbował nawiązać korespondencję z Dmowskim - bez skutku. Z
drugiej jednak strony Dmowski i Piłsudski, grając na dwóch różnych fortepianach, w
gruncie rzeczy dążyli do jednego celu i świetnie się uzupełniali. Powtórzę: ich
drogi były zupełnie inne, łączył ich natomiast cel, to w rezultacie przyniosło
niepodległość. Gdyby nie zabiegi Dmowskiego i Paderewskiego przy konferencyjnym stole w
Wersalu - roli tego ostatniego też nie wolno umniejszać - nie udałoby się wywalczyć
dosyć korzystnej granicy z Niemcami i dostępu do morza. Więcej: gdyby nie nasi ówcześni
dyplomaci, Niemcy albo w ogóle nie pozwoliliby na powstanie wolnej Polski, albo
uczyniliby z niej jakieś karłowate, uzależnione od Berlina państewko.
Działalność Komitetu Narodowego w obozie sprzymierzonych niewiele by jednak dała,
gdyby nie polityka faktów dokonanych na ziemiach polskich - a tą z kolei kreował Piłsudski.
Największą zasługą Marszałka był nadludzki wręcz wysiłek stworzenia w bardzo krótkim
czasie, od 11 listopada do wojny z bolszewikami, siły zbrojnej. To była jego obsesja.
Gdy przychodzono do niego z innymi, niewojskowymi sprawami, odpowiadał: "Mam was
wszystkich w d... Dla mnie najważniejsze jest budowanie armii, bo bez niej państwo nie
przetrwa". I tej właśnie obsesji zawdzięczamy odrodzenie Rzeczypospolitej po
zaborach.
Odzyskanie niepodległości w 1989 r. było czymś zupełnie innym. Najbardziej uderza
fakt, że dokonało się ono bezkrwawo. Był to rezultat wielkiego, długotrwałego
nacisku społecznego, który nie przybrał formy zorganizowanego oporu zbrojnego, ale był
raczej zbiorowym behawioryzmem społeczeństwa. Każda władza, nawet najbardziej
despotyczna, musi się liczyć z nastrojami społecznymi. Ten nacisk, poczynając od śmierci
Stalina, był olbrzymi, choć dla wielu niedostrzegalny. Sam też nie od razu poznałem
jego anatomię - jego mechanizm zrozumiałem dopiero wtedy, gdy szefowałem RWE.
- Na czym właściwie polegał ten nacisk?
- Był przede wszystkim nieświadomy, intuicyjny. Z początku sprowadzał się do
emigracji wewnętrznej: przeciętny obywatel wycofywał się w cztery ściany własnego
mieszkania, jak ślimak do skorupki. Nie uczestniczył w życiu publicznym i pracował
tylko tyle, ile musiał, by uniknąć represji. W rezultacie taka postawa społeczeństwa
przekształciła się w olbrzymi nacisk gospodarczy. Dlatego załamał się np. Plan
6-letni. Nie ulega dla mnie też wątpliwości, że kolejne przełomy - od 1956 po 1989 -
były efektem tej presji społecznej, która prowadziła do nieustannego cofania się władzy.
Były po prostu próbą dogadania się komunistów ze społeczeństwem, aby wyrwać je z
emigracji wewnętrznej.
Rola RWE polegała na tym, by ten opór uczynić świadomym i podgrzewać go tak, by
jednak nie osiągnął temperatury wrzenia. To była cała koncepcja: być namiastką
opozycji i nie dopuścić, by Polacy przyjęli reżim komunistyczny jako własny. Radio
odegrało ważną rolę, ale - powiedzmy jasno - na tyłach. Niepodległość wywalczyli
przede wszystkim ci, którzy stawiali opór w Polsce, zwłaszcza od końca lat 70., gdy
ich nacisk był już zorganizowany i świadomy. Ale byliby bezsilni bez dostarczanej przez
nas amunicji - informacji, co tak naprawdę dzieje się w kraju. Strajki w Gdańsku w 1980
r. stłumiono by bez problemu, gdyby komunistom powiodła się blokada informacyjna Wybrzeża.
RWE zresztą cudem wpadło na wiadomość o strajkach. Przez przypadek pewien gorliwy
pracownik nastawił nasłuch na Gdańsk. I nagle dowiadujemy się, że w Gdańsku są
rozruchy. Żadna agencja o nich nie informowała! Obudzono mnie natychmiast. Obdzwoniłem
wszystkie agencje, by sprawdziły te doniesienia. Zachodnie media wysłały na miejsce
reporterów i nie było już mowy o zatuszowaniu wypadków na Wybrzeżu.
Przecięcie pępowiny<br>
- Mówi Pan o milczącym nacisku ogółu społeczeństwa. Ale jest też inna teoria: w
rzeczywistości to elity, inteligencja walczyła o Polskę, a przeciętnego Polaka los
kraju nie obchodził. Nie liczyła się dla niego wolność i demokracja, ale Fundusz
Wczasów Pracowniczych i szynka na święta. Dopiero gdy zabrakło mięsa w sklepach, a
gospodarka zaczęła się sypać, ludzie wyszli na ulice. Dziś większość z nich, póki
ma z czego żyć, znów jest obojętna na losy kraju.
- To bzdura. Elity działają przecież pod wpływem nacisku społecznego. Pisarze wiedzą,
że jeżeli będą kolaborowali ze znienawidzonym reżimem, to stracą masy. Cóż z tego,
że pisarz napisze książkę, skoro nikt jej nie przeczyta. To w ogromnej mierze odbiorcy
dyktowali artystom i intelektualistom, jak mają pisać, tworzyć by zdobyć odbiorców.
- W 1918 r. Polskę złożono w całość z trzech zaborów, właściwie z odrębnych
organizmów państwowych. W każdym z nich żyli ludzie, którzy potracili majątki, i
tacy, którzy zrobili kariery w zaborczej administracji. A jednak po odzyskaniu niepodległości
nie było chęci rozliczeń. Przykład: w wojsku polskim walczyli wspólnie żołnierze z
trzech zaborów, oficerowie carscy i cesarscy. Nie pytano ich: skąd jesteś, jaka jest
twoja przeszłość. Ci, którzy stracili majątki, np. po Powstaniu Styczniowym, nie
domagali się ich zwrotu. Natomiast od 1989 r. w Polsce nie brakuje żądań historycznych
rozliczeń i odszkodowań za krzywdy.
- Po 1918 r. antagonizmy dzielnicowe były bardzo silne np. między Wielkopolską a Galicją.
"Facet z ciepłych krajów" - tak mówiło się w Poznańskiem o przybyszu z
Galicji. Ale zgoda: w 1918 r. nie było problemu niegdysiejszego współdziałania z
zaborcą, bo było ono konieczne i dla wszystkich oczywiste. Urzędnicy, którzy służyli
w mundurach zaborczych, w praktyce służyli Polsce. Mówili po polsku, czuli się związani
z narodową kulturą i historią, zresztą byli często przedstawicielami wielkich rodów
dawnej Rzeczypospolitej.
Sytuacja w 1989 r. była o wiele prostsza: trzeba było tylko przeciąć pępowinę między
nami a Rosją, zręby państwa już przecież istniały. Nasza państwowość po 1945 r.
była wasalna, ale istniała! Państwo polskie - wbrew sugestiom niektórych dzisiejszych
publicystów - było pewną wartością. Płk Ryszard Kukliński powiedział mi kiedyś:
"Wstąpiłem do Ludowego Wojska Polskiego ze względów ideowych. Wiedziałem, że na
razie armia ta broni przede wszystkim ZSRR, a nie Polski. Jednak może będzie musiała
kiedyś bronić Polski i dlatego musi istnieć, a ja chciałem w nim służyć". Tak
rozumowało wielu ludzi.
- Surowo ocenia Pan władze PRL. Czy nie jest Pan rozczarowany, że właśnie ich następcy
wprowadzają Polskę do Unii Europejskiej?
- Oczywiście, nie odpowiada mi taki stan rzeczy, ale zmienić go też nie mogę. To polskie
społeczeństwo, które z tak nieprawdopodobnym poświęceniem, solidarnością i odwagą,
walczyło i pokonało elity komunistyczne, teraz w wolnych i demokratycznych wyborach
oddaje głos na te elity i przywraca je do władzy. Wciąż nie umiem tego sobie wytłumaczyć.
"Złote pomosty"
- Ale chyba warto płacić taką cenę za demokrację i praworządność?
- Jasne, demokracja zobowiązuje i ludzie muszą mieć wolność wyboru, nawet gdyby ich
decyzje były - delikatnie mówiąc - dziwne. Tu tkwi pierwsza zasadnicza różnica między
obecnym rządem polskim złożonym z postkomunistów, a narzuconym rządem komunistycznym
po II wojnie światowej. Mogę nie cierpieć formacji postkomunistycznej, ale to jest
jednak mój rząd i mój prezydent, wybrani metodami legalnymi przez moje społeczeństwo.
Po drugie, chciałbym mieć jeszcze jakiś wpływ na losy Polski. Gdybym stosował wobec
obecnej władzy ostracyzm, to bym go nie miał. Przykład: przed wizytą premiera Leszka
Millera w Anglii poprosiłem go, by odzyskał przechowywane tam dokumenty polskiego
wywiadu. Gdybym nie porozmawiał z premierem, sprawy nie udałoby się załatwić. Ceną są
zdjęcia, które mi się nie podobają, np. gdy ściskam dłoń Millera. Ale to cena, którą
trzeba płacić.
I wreszcie - po trzecie, zakładam, że ludzie się zmieniają. Przykładem jest
Aleksander Kwaśniewski. Mówię zupełnie szczerze, że z początku miałem do niego
stosunek jak najbardziej krytyczny, ze względu na jego przeszłość. Był przecież młodym
aktywistą polskiego odpowiednika Komsomołu, ministrem w PRL, a później, jako przywódca
postkomunistów, w zasadzie ocalił ich od politycznej śmierci. Ale przekonałem się, że
jest dobrym prezydentem, który kieruje się interesem państwa. Co więcej, po sprawie
Jedwabnego zorientowałem się, że w imię racji stanu potrafi podejmować decyzje
niepopularne. I tak były przywódca partii postkomunistycznej stał się, moim zdaniem,
jednym z najbardziej konstruktywnych polskich polityków.
Jedną z najważniejszych postaci Nowego Testamentu jest św. Paweł. Uczynił chrześcijaństwo
religią uniwersalną. A przecież, mówiąc współczesnym językiem, był wcześniej w
żydowskiej "bezpiece", która mordowała chrześcijan. Jego historia uczy nas,
że nikomu nie wolno odmawiać prawa do uczciwej zmiany poglądów. W przeciwnym razie
stracimy człowieka, który może odegrać w przyszłości kluczową rolę. Przemiana Szawła
w Pawła wyznacza obowiązujący nas w każdej dziedzinie życia wzorzec: jeśli tylko nie
popełniłeś własnoręcznie zbrodni, muszę zbudować dla ciebie "złoty
pomost", po którym będziesz mógł przejść na moją stronę.
- Imponuje Pańska energia, chęć wpływania na życie publiczne. Tymczasem frekwencja
wyborcza w naszym kraju świadczy, że Polacy, nawet młodzi, są niechętni polityce, nie
chcą głosować i brać odpowiedzialności za przyszłość kraju.
- Nie tylko człowiek, ale i naród potrafi się zmienić. Niestety, także na gorsze. W
polskim społeczeństwie istnieje dziś głęboka alienacja nie tylko wobec rządu, ale
także wobec państwa. Każda rewolucja, nawet bezkrwawa, przynosi wygórowane
oczekiwania. I stąd późniejsza frustracja, poczucie zawodu. W Polsce powstała wielka
przepaść między elitami a resztą społeczeństwa. Elity cieszą się odzyskaną wolnością,
ale czy wolnością może cieszyć się kobieta, która nie ma za co kupić dziecku obuwia
na zimę? Czy wolnością może cieszyć się człowiek, który nie ma żadnych życiowych
perspektyw? Istotą wolności jest przecież swoboda wyboru, a nie ma jej ten, któremu
brakuje na chleb. Taki człowiek czuje się odrzucony i osamotniony. Tymczasem elity nie
wykazują dostatecznej troski o niego. Nie chodzi nawet o pomoc materialną, nie jesteśmy
przecież, póki co, krajem bogatym. Ale wystarczyłoby samo zainteresowanie losem przeciętnego
Polaka.
Kontynuując historyczne paralele z początku rozmowy muszę przyznać, że w
dwudziestoleciu międzywojennym, mimo nędzy, nie było takiej powszechnej niechęci do państwa.
Więź z odzyskanym państwem była mocna, może czasem nawet zbyt mocna, gdy np. prześladowano
mniejszości narodowe.
Od listopada do września
- Silna więź z Drugą Rzeczypospolitą wynikała pewnie z faktu, że miała ona mit własnych
narodzin: kolejne zrywy, wojna, Pierwsza Brygada i wreszcie dzień 11 listopada. Trzecia
Rzeczpospolita powstała jakby mimochodem, bez konkretnej cezury czasowej...
- Fakt, że Trzecia Rzeczpospolita nie ma mitu swoich narodzin, jest ceną, którą przyszło
nam zapłacić za bezkrwawe obalenie komunizmu. Po prostu nie było żadnego doniosłego
aktu, nawet olbrzymiego wiecu, jak w Pradze. Nie mamy święta Trzeciej Rzeczypospolitej!
A przecież Polska odzyskała po raz drugi w historii niepodległość 12 września 1989
r., gdy powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego. To jest data równorzędna z 11 listopada
1918 r. - czy jest zaznaczona czerwonym kolorem w kalendarzu, czy jest wtedy dzień wolny
od pracy? Nie, i ten brak cezury jest zasadniczym błędem. Ludzie nie są świadomi
doniosłości wydarzeń sprzed 14 lat.
Owszem, proces odzyskiwania demokracji był rozłożony na tyle etapów, że trudno rozróżnić,
który dzień był przełomem. Czy było nim zakończenie obrad Okrągłego Stołu, czy może
dzień wyborów do Sejmu kontraktowego? Ale jeśli chodzi o odzyskanie suwerenności nie
ma żadnych wątpliwości: to był dzień powstania pierwszego polskiego rządu, który
nie musiał zyskać aprobaty ambasady sowieckiej. Zapomnieliśmy o tym dniu. I to jest
jedna z przyczyn alienacji społecznej, o której mówiłem. Tadeusz Mazowiecki, człowiek
niekwestionowanych zasług i wielkiej mądrości politycznej, popełnił fatalny błąd.
Rozumiem, że musiał pójść na koalicję z komunistami, dopóki Polska była samotną
wyspą, otoczoną przez demoludy przerażone tym, co dzieje się w Warszawie: NRD domagało
się od Gorbaczowa, by interweniował w Polsce albo ogłosił blokadę gospodarczą.
Problem w tym, że Mazowiecki utrzymywał współpracę z komunistami także wtedy, gdy
system sowiecki w Europie już się załamał. A trzeba było wtedy działać
zdecydowanie: ogłosić wielki akt o powstaniu suwerennej Rzeczypospolitej i końcu Polski
Ludowej. Trzeba było usunąć komunistów z władz, może niekoniecznie wszystkich, nawet
tylko symbolicznie, ale pokazać ludziom, że zaczęło się coś absolutnie nowego. Tak
się jednak nie stało i większość Polaków traktuje Trzecią Rzeczpospolitą jako
kontynuację PRL - tyle że z wolnym rynkiem, nową nazwą i godłem.
- Ale gdyby premier Mazowiecki zdecydował się na jednoznaczne odcięcie od przeszłości,
choćby przez rozliczenie części polityków komunistycznych, mógłby zburzyć "złote
pomosty", o których Pan wspominał.
- Niekoniecznie. Wszystko zależałoby od tego, jak by dokonano zdecydowanego cięcia. Nie
chodziłoby przecież o wsadzanie ludzi do więzień, ale np. o podpisanie deklaracji
lojalności wobec niepodległego państwa polskiego.
- Akceptacji dla Trzeciej Rzeczypospolitej nie ułatwia przeciętnemu Polakowi pewnie
fakt, że część elit postsolidarnościowych, akuszerów przemian z 1989 r. nie rządziła
krajem najlepiej. To przecież odnośnie AWS ukuto hasło "TKM".
- Z góry przewidywałem, że elity solidarnościowe długo nie utrzymają się na tak
wysokim poziomie ideowym i moralnym, który postawiły sobie na początku lat 80.
Szlachetne zrywy nie trwają bez końca. Większość z tych, którzy stali na czele
zrywu, po rewolucji wtopiła się w zbiorowość. Wielki ruch staje się zwykłym związkiem
zawodowym albo partią, tak samo jak inne, podatną na prywatę albo korupcję.
- Skoro na początku lat 90. nie udało się dokonać wyraźnego przełomu, odcięcia od
przeszłości, to może warto pokusić się o niego teraz?
- Nie, jest już za późno. Nie ma sensu ogłaszać przecież Czwartej Rzeczpospolitej.
Potrzebny jest jakiś ruch odrodzenia Rzeczypospolitej, który stawiałby sobie za cel nie
zdobycie władzy w wyborach, ale działania edukacyjne. Pozostaje nam trud wychowania
Polaków na obywateli, odczuwających lojalność wobec państwa. Nie będzie łatwo.
- A może świętem polskiej wolności stanie się dzień wstąpienia do Unii
Europejskiej?
- Nie. Akcesja do Zjednoczonej Europy jest wydarzeniem o znaczeniu epokowym, ale jednak niższej
rangi niż odzyskanie niepodległości.
*
- Gdyby przyszedł do Pana młody człowiek, który chce "wejść" w politykę,
i poprosił o kilka najważniejszych wskazówek - co by Pan mu poradził?
- Zawsze staram się dzielić moim doświadczeniem i opiniami, ale czynię to z pozycji człowieka,
który nie ma już absolutnie żadnych aspiracji, nie przyjąłby już żadnego stanowiska
publicznego. Gdyby przyszedł do mnie taki człowiek, powiedziałbym mu, co zawsze
powtarzała moja matka: "Najlepiej służysz sobie, służąc innym". To niesłychanie
mądra dewiza. Jeśli człowiek stawia sobie cel altruistyczny bądź swoją pracę
traktuje jako służbę innym, to jest na najlepszej drodze, by poczuć się spełnionym u
kresu życia. Zapytano kiedyś Henryka Sienkiewicza, jak osiągnąć szczęście? Pisarz
odpowiedział: obrać sobie jakiś cel altruistyczny i związać się z nim tak mocno, by
spełnienie tego zamiaru było spełnieniem osobistym, a niespełnienie - osobistą porażką.
Rozmowa z Janem Nowakiem Jeziorańskim jest fragmentem książki "Polska z
Bliska", która niebawem ukaże się nakładem wydawnictwa Znak. Najnowsza książka
Jana Nowaka to, obok rozmów z autorem, zbiór jego esejów z ostatnich lat - część z
nich powstała już po powrocie do kraju. Wieloletni dyrektor Rozgłośni Polskiej RWE
opisuje w nich Polskę, jaką zastał po przeszło pięćdziesięcioletnim pobycie na
emigracji.
Autor porusza tak istotne dla kraju problemy jak kwestie bezpieczeństwa narodowego,
bezrobocia, korupcji oraz rozliczenia z przeszłością. Książka jest swoistym
"programem dla Polski" Jeziorańskiego. Jak we wstępie pisze sam autor,
"czytelnik sam osądzi, czy i jak spostrzeżenia, oceny, przewidywania i reakcje na
wydarzenia człowieka, który je współcześnie przeżywał i przelewał na papier,
wytrzymały próbę czasu. Jak wyglądała ówczesna Polska oglądana wpierw z oddali, a później
z bliska".
Osobną część książki autor poświęcił bliskim sobie osobom - Władysławowi
Bartoszewskiemu, Janowi Kottowi, Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu, Marianowi Hemarowi czy zmarłemu
niedawno twórcy nowojorskiego "Nowego Dziennika" Bolesławowi Wierzbiańskiemu.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|