dotb.gif

„TP”, Nr 20 (2810), 18 maja 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2810/komentarze.php


Komentarze

Wojciech Pięciak
Polska - Niemcy: kulisy sporu

Skąd w stosunkach polsko-niemieckich nagle tyle żółci i emocji? Czy wszystko da się wytłumaczyć psychologią? Urażonymi ambicjami? Zaskoczeniem, że kraj traktowany przez (wielu) Niemców jak wymagający wsparcia podopieczny, a przez Francuzów jak państwo Trzeciego Świata, postępuje wedle własnego rozeznania, pokazując przy okazji, że w nowej i większej Europie zmienia się układ sił?

Nie, psychologia nie jest najważniejsza. Na pewno nie dla polityków. Odmowa niemieckiego rządu - odrzucenie polskiej propozycji wspólnego wysłania wojsk do Iraku, czyli (także) praktycznego jednania Waszyngtonu i Berlina - ma podstawy jak najbardziej racjonalne. Być może ten niemiecki rząd nie byłby dziś władny posłać żołnierzy do Iraku nawet z mandatem ONZ. Do podjęcia takiej decyzji kanclerz Schröder musiałby mieć silną pozycję i pole politycznego manewru. Niemieckie społeczeństwo, niechętne wojnie w Iraku, niechętne było także wojnie w Kosowie w 1999 r. Mimo to Schröder był wówczas na tyle silny, że posłał Bundeswehrę do Prisztiny. Choć mandatu ONZ nie było. Dziś natomiast wszystko, co kanclerz mówi i robi w polityce zagranicznej, jest funkcją jego pozycji w polityce wewnętrznej.

Gdyby wybory odbywały się dziś, opozycyjna chadecja zdobyłaby w Bundestagu absolutną większość. Sytuacja gospodarczo-społeczna Niemiec jest bowiem fatalna, a nastroje jeszcze gorsze. Schröder przedstawił właśnie program reform gospodarczych i cięć socjalnych (Agenda 2010), który wywołuje opory w jego własnej partii i w związkach zawodowych, będących tradycyjnie polityczną ostoją SPD. Koalicja SPD-Zieloni ma zaledwie kilka głosów przewagi: wystarczy paru outsiderów, których "serce bije po lewej stronie", by plan rządu upadł. A dziura budżetowa może w tym roku sięgnąć w Niemczech 15 miliardów euro (60 mld zł).

Reformy - to być albo nie być Schrödera. Dlatego nie może sobie pozwolić na otwieranie (kolejnego) konfliktu wokół posłania żołnierzy do Iraku; konfliktu przede wszystkim w SPD, w której od miesięcy do głosu dochodzą nastroje silnie antyamerykańskie. Bo Zieloni i rządzony przez nich MSZ są w tych dniach bardzo wyważeni. Nic dziwnego: to, co robi szef MSZ, Joschka Fischer, zabiegający o równowagę w relacjach z europejskimi sojusznikami (tymi z frakcji "pro-" i "anty-amerykańskiej"), jest z kolei funkcją jego ambicji: pragnie on zostać, prędzej czy później, pierwszym ministrem spraw zagranicznych Unii Europejskiej.



Krzysztof Burnetko
Pełna mobilizacja

Cel (szczytny): wejście do Unii Europejskiej. Warunek (istotny raczej z polityczno-psychologicznego niż z prawnego punktu widzenia, ale skoro już nań nieopatrznie przystano, nie ma wyjścia): narodowe referendum. Środki (jak się okazuje): wszelkie możliwe - bo uświęcone celem.

Zwłaszcza po sukcesie referendum na Litwie (chodzi tak o fakt, że do urn poszło ponad 50 proc. uprawnionych, jak o to, że ponad 90 proc. głosujących opowiedziało się za integracją) wzorem mogą stać się zastosowane tam, a uchodzące dotąd za co najmniej dyskusyjne, metody: rezygnacja z reguły nieprowadzenia kampanii w trakcie głosowania, nie tylko apele prezydenta o udział w referendum, ale i jego dziwaczne sugestie o "zastosowaniu nadzwyczajnych środków" w razie niskiej frekwencji, jednoznaczne wskazówki ze strony Kościoła (specjalny list, by głosować na "tak" wydali litewscy biskupi, a w ślad poszli szeregowi księża, agitując z ambon podczas niedzielnych mszy).

Mobilizacja w Polsce już zresztą sięga zenitu: parlament kolejny raz, naprędce i w specjalnym trybie zmienia ustawę o referendum, by umożliwić podawanie danych o frekwencji w trakcie głosowania (a kabaretowe odrzucenie kabaretowych poprawek posła Pęka przedstawiane jest jako wyczyn niemal patriotyczny), Episkopat zaś wydaje list pasterski, wzywający do pójścia do urn, a niektórzy krytykują jeszcze biskupów, że wprost nie zaapelowali do wiernych, by oddali głos za integracją. Wcześniej zaś poważna gazeta także dla dobra integracyjnej sprawy miesiącami (tym razem chodzi o niepsucie atmosfery przed unijnym szczytem) zwlekała z ujawnieniem wielkiej afery polityczno-korupcyjnej.

Naturalnie: cel jest szczytny. Kłopot byłby jednak wtedy, gdyby na precedensy zmieniania czy wręcz łamania zasad głosowania i agitacji, zaczęto powoływać się kiedyś w przyszłości - przy okazji już mniej epokowych wydarzeń, niż decyzja o przystąpieniu do Unii.



Andrzej Brzeziecki
Obrażam, więc jestem

Bracia Kaczyńscy od czasu, gdy jeden z nich - Lech - został ministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, skutecznie pracowali na zaufanie wyborców. Potrafili na zgliszczach AWS, przy zupełnej degrengoladzie polskiej prawicy, stworzyć partię, która weszła do sejmu z niezłym wynikiem, i to mimo przygniatającej wtedy potęgi SLD.

Prawo i Sprawiedliwość, zwłaszcza na tle niemrawej Platformy Obywatelskiej, było zapewne dla ludzi o prawicowych poglądach nadzieją na przeciwwagę dla lewicy. Nawet dla tych, którzy nie poczuwali się do prawicowości mogło uchodzić, w porównaniu z Ligą Polskich Rodzin, za cywilizowaną ofertę. Aż trudno było wierzyć, że ci panowie, to ci sami bracia Kaczyńscy, co w pierwszej połowie lat 90., kiedy to zdobyli zasłużoną sławę największych rozbijaczy "postsolidarnościowej" części polskiej sceny politycznej. Wydawało się, że poniesione w następstwie takiej postawy porażki nauczyły ich, czym jest i jakie znaczenie ma kultura polityczna i umiarkowanie.

Nic z tego. Zamiłowanie do obrażania się, do wyzwisk, chęć odegrania się za wszelką cenę i przenoszenie osobistych urazów ponad sprawy państwa wzięły górę. Znów - gdy Jarosław Kaczyński nazwał SLD "organizacją przestępczą" bez wskazania jakichkolwiek dowodów, co jak na doktora prawa jest dość osobliwe, okazało się, że bracia Kaczyńscy nie potrafią trzymać języków na wodzy (nie tylko wobec politycznych wrogów, ale także zwykłych ludzi, co pamiętamy z kampanii wyborczej na prezydenta Warszawy), a "wojna na komisje" wydaje im się lepszym sposobem rywalizacji z SLD niż walka o wyborcę przy pomocy rzetelnego programu. To stara tradycja - w końcu kiedyś szansą na zaistnienie była dla nich "wojna na górze" a nie program.

Nikt nie mówi, że SLD to anioły, jednak sprowadzanie politycznych polemik do poziomu języka Leszka Millera - "pan jest zerem, panie pośle" - ustawia braci Kaczyńskich właśnie na poziomie byłych sekretarzy KC. Poziomie zerowym.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl