adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 20 (2810)
18 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Limona

Jacek Podsiadło


A mój syn i ja w cyrku żeśmy byli! Zrozumiałe zatem, iż należy o tym opowiedzieć, bo cyrk nie przyjeżdża codziennie, tylko raz na jakiś czas. Zaproszenie do cyrku "Limona" mój syn dostał w szkole, nie wiem, na jakiej lekcji. Na zaproszeniu napisane było, co będzie w cyrku, i że z tym zaproszeniem dzieci wchodzą za darmo, a rodzice za pół ceny! Kiedy zaś poszliśmy na zakupy do ekstrasupermarketu, nie "Biedronki", tylko tego lepszego, gdzie są pasztety sojowe, przy kasie leżało mnóstwo takich samych zaproszeń. Wziąłem dziesięć i o wyznaczonej godzinie stawiliśmy się w wyznaczonym miejscu, gdzie stał prawdziwy cyrkowy namiot. W kasie odmówiono mi wypłacenia równowartości czterech i pół biletu, mimo przedłożenia jedenastu zaproszeń upoważniających do połowicznej zniżki, po czym korzystając z okazji, że moi znajomi wzywający do bojkotu cyrków z tresurą zwierząt tym razem nie wystawili pikiety, przemknęliśmy do środka. A tam już było wszystko to, co było napisane na zaproszeniu, że będzie.

Iluzja. Żonglerka. Małpa na motorze. Tchórzofrytki. Klaun. Wieloletnie pikiety moich znajomych przyniosły efekt, pod namiotem zajęty był tylko pierwszy rząd krzeseł. "Jakże nam miło powitać tak licznie zgromadzoną publiczność!" - zagrzmiał do mikrofonu Mesje Miszcz Ceremonii. "Szanowni państwo, w trakcie pokazów prosimy o niepalenie popisów i niefilmowanie papierosów, gdyż są one chronione prawami autorskimi. Jako pierwsza na arenie pojawi się Miss Eugenia. Miss Eugenia z Bułgarii!!!". Ponieważ wśród licznie zgromadzonej trzydziestoosobowej widowni nie było moich znajomych wzywających do bojkotu amerykańskiego śmiecia spożywczego, kupiliśmy trzy popcorny i pepsi i zaczęliśmy oglądać. Miss Eugenia miała już z pięćdziesiątkę, ale ponieważ wszystko sobie dokładnie zamalowała, nic nie było widać. Żonglowała lepiej niż ja, nie trzema, ale czterema piłeczkami, i to z odbijaniem od położonej na ziemi palety. Potem postawiła sobie na czole długachną tykę z taką jakby szklanką na czubku i siup! Jak gdyby nigdy nic wrzuciła piłeczkę prościutko do tej szklanki! Z drugą piłeczką nie poszło jej tak łatwo, dwa razy spudłowała. "To jest jej Chwila Prawdy" - szepnąłem synowi. Uff, udało się, a już jej bili z emocji w werble ci z orkiestry. Bo była też orkiestra, pan z elektronicznym klawicymbałem i pan z perkusją.

Życie mojego syna przez cały czas wisiało na włosku. Żeby nie wyglądać na przygłupów, siedliśmy w tym pierwszym rzędzie, jak wszyscy. W każdej chwili mojego syna mógł przydepnąć jeden z narowistych koni drepczących wokół ciasnej areny, zadnimi nogami po ziemi, a przednimi po drewnianej jakby okólnicy, tuż przed naszymi nosami. Treser w ogóle nad nimi nie panował, trzaskał z ogromnego bata, dawał im kostki cukru, ale ludzie dawali im popcorn i konie zupełnie głupiały od tej mieszanki i od ciasnoty. Tych koni było mi najbardziej szkoda. W każdej chwili mój syn mógł oberwać niechcący batem tresera. W każdej chwili mogła mu spaść na głowę Miss Sweetie, która wyprawiała różne sztuki na linie pod sufitem, a na koniec powiesiła się na tej linie normalnie za samą głowę i BEZ ASEKURACJI wirowała w kółko jak fryga, aż jej ręce i nogi majtały po całej okolicy. Chyba miała pod tym sufitem nierówno i naprawdę bałem się, że na nas zleci. Czułem się jak na wojnie w pierwszym szeregu okopów.

Na podłodze też było nierówno, bo namiot rozłożono na wielkim trawniku koło Politechniki. Pod foliową podłogą namiotu były kępy trawy i na przykład małpa na małym motorku w ogóle nie mogła jechać. Co ujechała pół metra, to motorek się zatrzymywał i małpa spieprzała, gdzie pieprz rośnie, bo myślała, że to już koniec, i musieli ją łapać. I tak dwadzieścia razy. Dlatego do niektórych sztuk potrzebne były palety. Kiedy w drugiej części pokazów, po przerwie, Mister Dżianni z Belgii występujący tym razem wspólnie z przebraną Miss Sweetie z Anglii jako Duo Dżianni International, postawił sobie na nosie piramidę z plastikowych kieliszków do szampana i miał z nią uklęknąć, musiał się cofnąć dwa kroki, żeby klęknąć na palecie. Wiecie, żeby się nie wywalić o kępę trawy. Bardzo mnie zdziwiło, kiedy stojąca za Misterem Dżiannim z Belgii Miss Sweetie z Anglii podpowiedziała mu nienaganną polszczyzną: "Jeszcze pół metra, Stasiu".

Po koniach najbardziej było mi żal pomagierów o wyglądzie wczorajszych żigolaków. Bo na przykład tchórzofrytki to tylko chodziły slalomem między takimi prętami, gołąb podfruwał na drabince, kogut po prostu był, a małpa na motorze miała całkiem fajnie, a jak niby czytała książkę, to przecież było widać, że odwraca poszarpane stronice, bo ma między nimi pochowane jedzonko. A oni musieli stać przy wejściu w nagannie skrojonych kamizelach, wnosić i wynosić palety, trapezy, liny, wpuszczać konie, łapać małpę etc. A przecież widziałem, że mieli kaca potwora. Widziałem, jak się chichrali, kiedy któremuś artyście nie wyszła jakaś sztuka. Widziałem, jak jeden ukradkiem palił papierosa ukrytego w dłoni, żeby Mesje Miszcz Ceremonii nie zauważył.

Jak już nadmieniłem, była przerwa. W przerwie można było posiedzieć na koniu śpiącym na stojąco, pogłaskać koguta lub zrobić sobie "Naaatychmiastowe zdjęcie z klaunem, niepowtarzalna okazja! Naaatychmiastowe zdjęcie z klaunem!" Można też było coś kupić na pamiątkę. My kupiliśmy magiczną różdżkę. Magiczna różdżka sama unosi się w powietrzu, bo jest pusta w środku i bardzo lekka, a żyłka przywiązana tuż powyżej jej środka ciężkości i zakończona pętelką na palec jest prawie całkiem niewidzialna. I przy minimalnych ruchach dłoni różdżka lewituje kolebiąc się na boki. Różdżka kosztowała 10 złotych, a jak tylko wróciliśmy do domu, niezwłocznie się rozleciała. Był to bowiem samizdat, no wiecie, di aj łaj. Samodział po prostu. Żeby była lekkuchna, zrobiono ją ze zużytej błony fotograficznej. Wiecie chyba, że jak się taki film zwinie i wetknie do środka palec, a potem pociągnie, to się robi taka piramidka. I to było tak zrobione, tylko zwinięte bardzo ciaśniutko, bo różdżka musi być wąska, a zachodziło na siebie minimalnie, jak warstwy bandaża, który trzeba oszczędzać, bo jest wielu rannych, bo różdżka musi być długa. Nie jestem Adamem Słodowym, żeby Wam to plastyczniej ukazać. W każdym razie magiczna różdżka była naprawdę magiczna, bo nagle zmieniła się w rękach mojego syna w niezrozumiałą wstęgę Möbiusa. Szybko ją ucapiłem, żeby naprawić, i nawet mi się z pomocą klejtaśmy udało. Dlatego nie widziałem dokładnie negatywów na błonie, ale zdaje mi się, że parę klatek odczytałem. Zdaje się, że widziałem negatyw Mesje Miszcza Ceremonii krzyczącego na negatyw pomagiera: "Znowu paliłeś podczas przedstawienia!" Widziałem Miss Eugenię mówiącą po bułgarsku do małpy: "Znowu przyszło tylko trzydzieści osób, a moja Dacia wciąż niespłacona". Widziałem Mister Dżianniego masującego obolały kark Miss Sweetie. Klawicymbalistę żałującego, że rzucił marny, bo marny, ale jednak etat w filharmonii. Konie jadące w przyczepie i cierpiące straszne pragnienie po słonym popcornie. Poranną gimnastykę całej trupy i trening uśmiechu z trzymaniem w ustach czegoś kwaśnego. Bo w cyrku musi być wesoło, bo jakby cyrk był smutny, to oznaczałoby to koniec tej jakże pięknej i jakże trudnej, a tak nam potrzebnej sztuki.

Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny