|
„TP”, Nr 20 (2810), 18 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2810/felhennel.php
Jeszcze raz to samo
Józefa Hennelowa
Nigdy już zapewne nie doczekam się, by z wystąpień populistycznych polityków zniknął
żelazny zwrot "emeryci i renciści". Od początku Trzeciej Rzeczypospolitej
wiadomo, że operowanie tym pojęciem przy określaniu statusu materialnego grupy jest
nieporozumieniem: są emerytury głodowe i takie, które kilkakrotnie przewyższają uposażenie
na przykład nauczycieli i pielęgniarek, są renty przyznawane bez uzasadnienia i łączone
z intratnymi zajęciami (na marginesie: w niedawnych zeznaniach majątkowych radnych
krakowskich, przytoczonych przez prasę, były pozycje, gdy radny-rencista zgłaszał
oszczędności rzędu stu kilkudziesięciu tysięcy złotych i całkiem pokaźne
nieruchomości...).
Już w początku lat 90. ze sprawozdań statystycznych wynikało, że dochody przeciętnej
rodziny emeryckiej są wyższe niż dochody rodziny z kilkorgiem dzieci. Nic to jednak ani
wtedy nie pomagało, ani nie pomaga do dziś: politycy uwielbiają mówić o "nędzy
emerytów i rencistów" (w pełni świadomi, że to niezmiennie liczący się
elektorat) i jest to odbierane bardzo dobrze, nikomu nie przyjdzie do głowy zaprotestować.
I pewnie dlatego również minister Kołodko, wciąż prezentujący nowe wersje swojej
przygotowywanej reformy finansów, również się ugiął pod presją owej rzekomej
oczywistości "nędzy" całej grupy i jako jedyny wyłom w zasadzie
nieindeksowania i niewaloryzowania jakichkolwiek świadczeń społecznych zapowiedział
waloryzację rent i emerytur.
Ministrowi należy się uznanie za ustępstwo w sprawie zgody na wspólne opodatkowywanie
się małżonków i osób samotnie wychowujących dzieci. Ale w tej chwili nie chodzi mi o
(naiwną zapewne) próbę jakiegokolwiek wpływania na decyzje ustawy o finansach
publicznych. Chodzi mi o funkcjonowanie opinii. Bo naprawdę trudny do zniesienia staje się
ów slogan o zbiorowym obowiązku współczucia tylko dla "emerytów i rencistów"
właśnie. Część z nich (a kto wie, jak wielka? tego się nie upublicznia) współczucia
nie potrzebuje przecież w ogóle (patrz wyżej). Ale nadto - a piszę to w pełni świadoma
własnej sytuacji - nasze, seniorów, potrzeby życiowe są o wiele mniej dotkliwe niż
potrzeby ludzi, którzy albo wychowują całą gromadkę dzieci - rosnących, potrzebujących
nauki i zdrowia, albo niosą trudny do wyobrażenia ciężar pielęgnowania i ewentualnej
rehabilitacji dzieci chorych, niepełnosprawnych, pozbawionych zdolności do samodzielnego
życia.
Zasiłki rodzinne, wychowawcze, opiekuńcze i tak są głodowe. Ale one wszystkie mają
zostać zamrożone, choćby za lat kilka miały mieć już dużo mniejszą wartość. I
jest to krzycząca niesprawiedliwość w sytuacji, gdy kilku milionom "emerytów i
rencistów" olbrzymim kosztem naliczeń - każdemu z osobna - i korespondencji - z każdym
z osobna - obiecuje się zachowanie dotychczasowych reguł. Wiem, że nic nie zmienię.
Ale wiem także, że nie potrafię się z tym pogodzić. Nieszczęsna matka ze Szczecina,
kilkanaście lat pielęgnująca dwójkę dzieci upośledzonych umysłowo, popełniła swój
tragiczny czyn ze zmęczenia i rozpaczy. To, że dziś, po odratowaniu jej z próby samobójstwa,
tylko grozi się jej więzieniem, to nie jest odpowiedź godna społeczeństwa tak szczycącego
się przywiązaniem do "wartości chrześcijańskich".
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|