|
O Andrzeju Ziemilskim
Andrzej Dobosz
Po każdej rozmowie z Andrzejem Ziemilskim, zmarłym w końcu kwietnia, zdawałem sobie
sprawę, jak bardzo ciekawe było jego życie, jednocześnie było oczywiste w ciągu paru
dziesięcioleci, że najważniejsze z jego doświadczeń całkiem nie nadają się do
opisania.
*
Urodzony w roku 1923 w rodzinie znanego lwowskiego lekarza, zdążył dobrze zapamiętać
przedwojenną Polskę i rodzinne miasto. Z gimnazjum wyniosł też doskonałą znajomość
niemczyzny, która być może dwukrotnie pomogła mu ocalić życie, a potem odgrywała
niemałą rolę w życiowych przypadkach. Sowiecką okupację Lwowa przeżywał już jako
człowiek w pełni świadomy. Od roku 1943 zaczął konspiracyjne studia na Politechnice
Warszawskiej, pracując równocześnie w fabryce kabli w podwarszawskim Ożarowie, no i
oczywiście należąc do AK.
W połowie roku '45 wyszedł z partyzantki AK w Tatrach zgłaszając się do PPS. Tak
przed wojną nazywała się partia jego ojca. W marcu tegoż roku - dwudziestodwuletni -
został, z trzema innymi nawzajem nie znającymi się rówieśnikami, w roli "pełnomocnika
do spraw administracji polskiej na Ziemiach Odzyskanych" wysłany do Gliwic. W
najtrudniejszych miesiącach wykonywał swą misję z zapałem i pełnym przekonaniem. Wkrótce
jednak zrezygnował z kariery w administracji i rozpoczął studia uniwersyteckie na
socjologii w Warszawie u Stanisława Ossowskiego. Tam zaprzyjaźnił się ze Stefanem
Nowakiem i Janem Strzeleckim. W początkach roku 1948 wystąpił też z własnej woli z
PPS, jeszcze przed jej połączeniem z PPR.
W roku 1950 nie było już socjologii. Były akowiec, były socjalista opuścił Warszawę
i po odpowiednim kursie został w Zakopanem - latem był instruktorem taternickim, zimą
trenerem narciarskim. Podczas październikowego ożywienia roku 1956 zjechał z gór, lądując
prosto w redakcji "Trybuny Ludu", nie zostając jednak członkiem partii. Wtedy
go właśnie poznałem. Przyniosłem wówczas do warszawskiego teatru Ateneum, którego byłem
sekretarzem literackim, przekład sztuki Artura Koestlera. Moja propozycja została
storpedowana nie przez cenzurę, lecz przez zespół. Artyści dramatyczni mieli ochotę
raczej zagrać coś tradycyjnego w rodzaju "Zielonego fraka" Caillaveta i de
Flersa, niż, nieprzymuszani, angażować się w sprawy ideologiczne. Zaniosłem wówczas
w grudniu 1956 do tej "Trybuny Ludu" Andrzeja Ziemilskiego krótki, szyderczy
tekst o ludziach, którzy marzą o fraku, choć wkładając co wieczór stroje robotnicze
i chłopskie bądź surduty kupców w sztukach Aleksandra Ostrowskiego, zapomnieli, jak się
nosi frak. I propozycja, by wystawić na scenach Artura Koestlera, ukazała się w organie
Komitetu Centralnego. Był to mój jedyny tam występ.
Andrzej, z którym wtedy zaczęła się moja znajomość, a wkrótce przyjaźń, był na
tyle inteligentny, by opuścić redakcję po paru miesiącach. Już wtedy usłyszałem parę
jego opowieści ze Lwowa i Gliwic. Nawet w okresie dyspensy na nazwisko Koestlera
absolutnie niecenzuralnych.
W styczniu 1957 Ziemilski, który do końca życia nie zerwał z narciarstwem, po raz
pierwszy w życiu przekroczył żelazną kurtynę. Ponieważ o wszystkim, co w życiu robił,
potrafił interesująco opowiadać, był jednym z pięciu Polaków uczestniczących w Międzynarodowym
Kongresie Nauczania Narciarstwa w Storjlen w Szwecji.
Wróciła też na Uniwersytet socjologia. Tyle że już pierwsze poważne badania
empiryczne zespołu Stefana Nowaka nad postawami studentów Warszawy zostały surowo
zgromione przez Adama Schaffa. Socjologia stała się przedmiotem szczególnej troski
partii i cenzury. Sam Nowak zaczął uprawiać wyrafinowane studia metodologiczne. Andrzej
Ziemilski zajął się socjologią sportu i rekreacji. Jak wszystko w życiu, robił to z
pasją i na wysokim poziomie. Ale słuchając go, miało się pewność, że jego
zainteresowania sięgają znacznie dalej.
Ja zresztą zawsze myślałem, że socjologia dotyczy nas, ale w znikomym stopniu mnie
samego. Andrzej Ziemilski również wymykał się formułom socjologicznym określającym
polskiego inteligenta jego czasów. Przez wiele lat uniknął etatu. Dzielił czas między
chodzenie po górach, zjeźdżanie z nich na nartach, prywatny udział w dobrych
uniwersyteckich seminariach. Zjeźdżając z gór promieniował dobrą energią tam
zaczerpniętą.
Potrafił być równocześnie świetnym gawędziarzem i doskonałym rozmówcą, szczerze
zainteresowanym innymi. Wystarczyło przejść z nim Krakowskim Przedmieściem czy rue du
Cherche-Midi, by zwrócił nam uwagę na coś, co bezmyślnie mijaliśmy wiele razy. A równocześnie
wydobywał z nas samych (żony i mnie ) myśli nowe i nieoczekiwane. Każde spotkanie z
nim działało ożywczo. Nic dziwnego, że starano się go - mówiącego swobodnie językami
- ściągnąć na niezliczone kongresy już to teoretyków jazdy na deskach, już to
socjologów sportu czy po prostu Rencontres Internationales de Genčve. Owocowało to dobrą
znajomością świata, ciekawych ludzi, trudno dostępnych w kraju książek.
Czasem coś przy okazji załatwił. Gdy "Dialog" ogłosił "Wizytę
starszej pani" Dürrenmatta, lecz autor nie godził się na wystawienie sztuki w
Polsce, poproszono Andrzeja Ziemilskiego, by będąc w Szwajcarii spróbował rzecz załatwić.
Został przyjęty, poczęstowany kawą i cygarem, lecz pisarz odmówił w obawie, by nie
uczyniono z tego w PRL "krwawej satyry antykapitalistycznej". Andrzej Ziemilski
roześmiał się: "Cokolwiek się u nas teraz wystawia, obojętne co, staje się
krwawą satyrą antystalinowską". Dürrenmatt się uśmiechnął i zgoda została
udzielona. Ja daję dziś słowo, że nie dostrzegłem w tym świetnym przedstawieniu
cienia antystalinizmu.
W roku 1995 - autor miał już 72 lata - ukazała się pierwsza socjologiczna praca
Andrzeja Ziemilskiego na najważniejszy temat: "Polska w latach dziewięćdziesiątych.
Problemy społecznego przystosowania do wielkiej zmiany". Socjolog z instytucjonalnym
stażem napisałby na ten temat dwa, może trzy grube tomy, 1200 stron i półtora tysiąca
przypisów. AZ zawarł rzecz na 86 stronach i dał wszystkiego 130 przypisów na ośmiu
dalszych. Praca napisana jest powszechnie zrozumiałą polszczyzną, a wprowadzane terminy
socjologiczne są klarownie definiowane. Po ośmiu latach większość wyrażonych w niej
diagnoz i obaw wciąż zachowuje aktualność, że wspomnę choćby rozdział o społecznych
funkcjach szkoły.
*
W roku 1997 ukazał się "Dobry Niemiec. Opowiadania prawdziwe". Już chyba w
1956 roku usłyszłem opowieść o tym, jak pierwszego maja 1945 podczas uroczystego
bankietu u prezydenta miasta Gliwic i sowieckiego komendanta wojskowego rozległy się z
ulicy rozpaczliwe wołania po polsku o pomoc. Prezydent Gruszczyński, dogmatyczny
PPR-owiec, wybiegł z pistoletem na drugą stronę placu, a za nim woźny magistracki. Po
chwili padły strzały. Polak zobaczył na schodach jednego z domów rabującego żołnierza
radzieckiego. Obaj strzelili do siebie równocześnie i obaj padli trupem.
Dopiero po latach AZ, którego połowa przyjaciół zginęła podczas wojny i tylko niektórzy
z nich w otwartej walce, natomiast inni zostali rozstrzelani w ulicznych egzekucjach,
opowiada bez cienia satysfakcji o tym, jak on sam wysiedlał Niemców z Gliwic, "biorąc
jakiś zdumiewający odwet za poniżenia - zdumiewający, bo skłaniający do wypchnięcia
na dno pamięci rodowodu naszych losów przesiedleńczych. Do postrzegania w żołnierzach
sowieckich - mimo wszystko - pobratymców i sojuszników".
W tej niewielkiej książce, która nie skłania do szybkiej lektury, by przekonać się,
jak się skończy, bo nic się w niej naprawdę nie kończy, są w sposób lapidarny
zapisane wyjątkowe doświadczenia jego generacji.
Na trwałe został w mojej pamięci opis pierwszej w życiu wycieczki na Zawrat. Dwaj młodzi
AK-owcy z Warszawy przybyli w czerwcu '44 do Zakopanego, by coś zorganizować.
"Wdrapawszy się na przełęcz, tylko chwilę oddychaliśmy urodą tego miejsca:
zobaczyliśmy Niemca. Siedział sam: niedaleko, na zboczu ścieżki lekko wznoszacej się
z przełęczy ku Małemu Koziemu Wierchowi.
On także nas zobaczył. Miał zwykły polowy mundur Feldgrau. Pas, kabura z pistoletem...
Krótko potem skonfrontowaliśmy nasze myśli w owej chwili. Przysięgam, mieliśmy niemal
tożsame. Jeden skacze, chwyta za ręce, drugi wyszarpuje broń. Strzela - byłby to
zapewne Tadeusz, miał rutynę. Potem - potem należałoby jakoś ściągnąć w kosówki.
Ukryć wśród głazów. Zatrzeć ślady.
- Haben Sie vielleicht Feuer?
Tadeusz jakby się zawahał, ale podszedł, podał zapałki. Może nawet powiedział półgłosem:
- Bitte. I poszliśmy w dalszą drogę...".
|