|
„TP”, Nr 19 (2809), 11 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2809/wiara01.php
Tekstem Dariusza Jaworskiego inaugurujemy cykl o przeszłości i teraźniejszości
polskich duszpasterstw akademickich. Wkrótce opublikujemy reportaże z Gdańska, Warszawy
i Krakowa. Zachęcamy Czytelników do podzielenia się przeżyciami ze swoich
duszpasterstw.
Duszpasterstwa akademickie kiedyś i dzisiaj - Poznań
Dominikański holding
Dariusz Jaworski
Po wojnie wizytówką poznańskiego duszpasterstwa akademickiego była "Caritas
Academica", teraz - "duszpasterski holding" o. Jana Góry, który co roku
na Lednicy gromadzi kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi.
Ta historia zaczęła się dawno. Wielkie Księstwo Poznańskie, jako jedna z dwóch
pruskich prowincji, nie miało wyższej uczelni. Wprawdzie w 1903 r. utworzono Akademię
Królewską, ale była to tzw. wolna wszechnica, która nie mogła nadawać stopni
naukowych. Kto z Polaków chciał studiować, wyjeżdżał z Wielkopolski. A brak studentów,
to brak przestrzeni do pojawienia się duszpasterzowania typu akademickiego. Sytuacja uległa
zmianie w 1919 r., gdy narodził się Uniwersytet Poznański.
Od Marcina do Dominika
W okresie międzywojnia o obliczu poznańskiego duszpasterstwa akademickiego stanowiły
katolickie organizacje akademickie. Działały sodalicje (osobne dla dziewcząt i mężczyzn,
o wyraźnie dewocyjnym charakterze), Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej
"Odrodzenie" (o zainteresowaniach społecznych), Stowarzyszenie Młodzieży
Katolickiej "Iuventus Christiana" (o profilu samokształceniowym i
samowychowawczym) czy Akademickie Koło Misyjne. Ostatnia organizacja, służąca
szerzeniu idei misyjnej, stała się znakiem firmowym stolicy Wielkopolski: tu narodziła
się i tutaj mieściła siedziba Związku Akademickich Kół Misyjnych; tutaj też
redagowano jej "Roczniki".
Sztandarową "absolwentką" Kół jest Wanda Błeńska: lekarka-misjonarka, która
przez 43 lata pracowała wśród trędowatych w Afryce.
Mnogość organizacji nie szła jednak w parze z mnogością członków w ich szeregach.
Oblicza się, że w katolickich organizacjach działało wtedy w Poznaniu nie więcej niż
7 proc. studentów. W latach 30. coraz wyraźniej dało się więc odczuć potrzebę
stworzenia nowej, zinstytucjonalizowanej formy duszpasterstwa akademickiego. Dodatkowym
argumentem były próby (czasami skuteczne) upolityczniania organizacji skupiających
studentów. W Poznaniu zakusy na akademików miała przede wszystkim silna tutaj endecja.
W 1934 r. prymas August Hlond odwołał ks. Józefa Prądzyńskiego, który dotychczas
odpowiadał w Poznaniu za działalność Kościoła na uniwersytecie, i mianował ks. prałata
Teodora Taczaka, proboszcza parafii św. Marcina, na którego terenie znajdowała się
uczelnia, duszpasterzem akademickim. Msze, rekolekcje, spotkania i działania organizacji
- to obraz ówczesnych form duszpasterzowania.
Zapatrzony we francuskie doświadczenia, kard. Hlond szybko jednak zorientował się, że
to "przyklejenie" do parafii nie jest dobrym rozwiązaniem. Rok później
rozpoczął rozmowy z dominikanami: chciał, by to oni zorganizowali poznańskie
duszpasterstwo akademickie. W 1937 r. zapadła decyzja - i dominikanie przyjechali do
Poznania.
Na czele tej "misji" stanął o. Bernard Przybylski. W centrum miasta, między
dzisiejszymi ulicami Kościuszki, Libelta i Al. Niepodległości, dominikanie kupili plac
(za 150 tys. zł; niemałą wtedy sumę) - i rozpoczęła się budowa kościoła
akademickiego oraz klasztoru.
Nie wchodźcie mi w drogę
Budowy nie udało się dokończyć przed wojną. W grudniu 1939 r. Niemcy umieścili
zakonników w obozie koncentracyjnym w Kazimierzu Biskupim. W Kronice Konwentu Poznańskiego
dominikanów czytamy: "Dopiero 10 lutego [1945 r.] można było, i to ryzykując życiem,
wcisnąć się na Libelta. Klasztor pusty, w kilku miejscach przedziurawiony kulami
armatnimi. Ojciec Stanisław Dobecki obwarowuje wejścia, umieszcza napisy
"monastyr" i strzeże domu przed szabrownikami, przed zajęciem na prywatne
mieszkania. Trzeba było natrudzić się równocześnie po urzędach, by zalegalizować i
zabezpieczyć posiadanie na powrót naszego domu".
Klasztor udało się przejąć na nowo - i wkrótce do Poznania zaczęli przybywać inni
zakonnicy, wśród nich o. Przybylski.
Dominikanie próbowali zjednoczyć spontanicznie rodzące się inicjatywy
duszpasterzowania akademickiego, które koncentrowały się na reaktywowaniu rozmaitych
organizacji. Już wiosną 1945 r. rozpoczęły działalność sodalicje mariańskie (na
uniwersytecie, Akademii Handlowej i Szkole Inżynierskiej) oraz "Iuventus
Christiana". Na reaktywowanie "Odrodzenia" nie zgodziły się władze
komunistyczne.
Sodalicje działały wedle modelu przedwojennego: wspólne nabożeństwa, zebrania ogólne
i zebrania tzw. sekcji (formacyjnych i charytatywnych), referaty i dyskusje. Taki model
został zaakceptowany w listopadzie 1945 r., podczas pierwszego spotkania duszpasterzy
akademickich i delegacji studentów w Poznaniu.
Powojenne sodalicje to przede wszystkim domena jezuitów z ul. Szewskiej, którzy -
koncentrując się na pracy formacyjnej w duchu maryjnym - stali się na pewien czas
konkurencyjni wobec dominikanów. Ale choć jezuita, o. Władysław Siwek, mówił
dominikanom: "Nie wchodźcie mi w drogę" - to oba ośrodki często ze sobą współpracowały.
Tymczasem "Iuventus Christiana" nie doczekało się legalizacji na
uniwersytecie. Spotkania odbywały się poza uczelnią, w ramach duszpasterstwa przy kościołach.
Wizytówka Poznania
Ks. prof. Adam Przybecki - wieloletni duszpasterz akademicki, kierownik Zakładu Teologii
Pastoralnej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza - powojenną działalność
organizacji studenckich zalicza do tzw. elitarnego nurtu duszpasterstwa akademickiego. Na
drugim biegunie umieszcza nurt masowy, w którym dominowały przedsięwzięcia o
charakterze formacyjno-religijnym, a więc: rekolekcje, dni skupienia, Msze (tzw.
recytowane), nabożeństwa z konferencjami znanych kaznodziejów, pielgrzymki na Jasną Górę.
Poznańskie duszpasterstwo akademickie mieściło się w tym "dualnym" modelu,
nie wyróżniając się spośród podobnych duszpasterstw z Warszawy, Krakowa czy Lublina.
Z jednym wyjątkiem: "Caritas Academica", organizacja założona w 1945 r., stała
się wizytówką akademickiego Poznania.
- Ojciec Przybylski twierdził, że w nowych realiach nie wystarczy tylko działalność
organizacji podtrzymujących wiarę, że potrzeby materialne studentów wymuszają działania
charytatywne - wspomina ks. Przybecki. - Postanowił stworzyć organizację, która byłaby
dla wszystkich, wierzących i niewierzących, i która, będąc wolną od procedur i
formalności, dałaby sobie radę w tym trudnym czasie. Przybylskiemu przyświecała
zasada, że żadna potrzeba nie może zostać nie zaspokojona.
"Caritas Academica" włączono w strukturę "Caritasu" diecezjalnego,
a należeć do niego mógł każdy. Wkrótce zaczęto pomagać studentom - przez
stypendia, darmowe obiady, zapomogi, ubrania, książki, leczenie sanatoryjne. Skąd brano
pieniądze? Z ulicznych kwest i od ofiarodawców, z dochodowych imprez, sprzedaży zabawek
własnego wyrobu. Przed świętami sprzedawano choinki, palmy, świece. Urządzano świetlice,
gdzie student mógł się uczyć i napić herbaty.
Ideę "Caritas Academica" - jej symbolem był bladoniebieski, równoramienny
krzyż - szybko przejęły inne ośrodki akademickie. Od 1947 r. rozpoczęły się jednak
represje: Urząd Bezpieczeństwa zmierzał do likwidacji tej organizacji, która nie mieściła
się w planach komunistycznego reżimu.
Pracowita cisza
W końcu 1949 r. rozwiązano lub zawieszono wszystkie katolickie stowarzyszenia
akademickie. "Ludowe" państwo szykowało się do rozprawy z Kościołem. 16
września 1954 r. władze zamknęły duszpasterstwo przy poznańskim kościele dominikanów:
opieczętowano bibliotekę, studentów wzywano na przesłuchania, a duszpasterza o. Stanisława
Dobeckiego zmuszono do opuszczenia miasta.
Wkrótce jednak pojawiła się możliwość uruchomienia "koncesjonowanego"
duszpasterstwa przy kościele Wszystkich Świętych na Grobli - a ówczesny arcybiskup
Walenty Dymek powierzył ster ks. Arnoldowi Marcinkowskiemu. Dominikanie odebrali to jako
wotum nieufności, czemu arcybiskup zaprzeczał, tłumacząc, że trzeba korzystać z
jedynej szansy. A szansa początkowo dotyczyła tylko liturgii, z czasem przeradzając się
w zgodę na rekolekcje wielkopostne. - Te ośmiodniowe rekolekcje cieszyły się taką
popularnością, iż trzeba było przyjść półtorej godziny wcześniej, by było gdzie
usiąść - wspomina ks. Przybecki.
Po Październiku 1956 studenci zażądali, aby dominikanie mogli znowu działać - i zakaz
został zniesiony, a metropolita poznański (już abp Antoni Baraniak) w listopadzie 1957
r. poprosił zakonników o ponowne roztoczenie opieki nad studentami.
Duszpasterstwem zaczął kierować o. Joachim Badeni (jego sylwetkę prezentował
"TP" w numerze 44/2002).
Tak zwana "Grobla", w której tymczasem zaczął działać ks. Kazimierz Żarnowiecki,
jednak pozostała - i w ten sposób pod koniec lat 50. wytworzyła się duszpasterska
konkurencja. Dominikanie, obok pracy formacyjnej, nastawieni byli na działania masowe:
Msze, trybuny duszpasterskie na kształt średniowiecznych debat, rekolekcje, pielgrzymki.
"Grobla" koncentrowała się na kontakcie indywidualnym. - Tam dominowała
pracowita cisza, czyli działania poradniczo-formacyjne, kierownictwo duchowe -
charakteryzuje "Groblę" ks. Przybecki. - Ale oba ośrodki świetnie się uzupełniały,
choć była między nimi zdrowa rywalizacja.
Wizja arcybiskupa
Zmiany soborowe najszybciej akceptowano w środowisku akademickim, i także poznańskie
duszpasterstwo stało się na przełomie lat 60. i 70. "laboratorium" kościelnej
odnowy. Reformę liturgii dominikanie wdrożyli niemal od razu: ołtarz został odwrócony
do wiernych. Zamiast postulowanej przez prymasa Wyszyńskiego i Episkopat ewolucji,
dokonali rewolucji.
Wkrótce zakonnicy zaczęli zbierać owoce swej nieprzerwanej pracy: tradycja była
przekazywana na kolejne pokolenia, zarówno wśród świeckich, jak i samych dominikanów.
Jeśli do tego dodać nieprzeciętne osobowości kolejnych duszpasterzy - oraz utworzenie
wydawnictwa i miesięcznika "W drodze" - to nic dziwnego, że ich dominująca
rola w poznańskim duszpasterstwie nie była już kwestionowana. Tym bardziej, że po wyjeździe
z Polski w 1972 r. ks. Żarnowieckiego "Grobla" zaczęła wygasać.
- Dominikanie mieli i mają jeszcze jedną zaletę - komentuje ks. Przybecki - co kiedyś
wyraźnie uświadomił mi o. Honoriusz Kowalczyk. Powiedział mi: "Różnica między
nami jest taka, że ty jesteś sam, a jak ja tylko gwizdnę, to natychmiast mam do pomocy
pół konwentu".
Lata 70. - to w Poznaniu także rozwój wielkich osiedli i budowa nowych akademików. W kościołach,
obok których powstają, organizowane są więc kolejne duszpasterstwa akademickie.
Powstaje szczególnie silne duszpasterstwo przy kościele św. Rocha (akademiki
Politechniki), salezjanów na Winogradach (Akademia Rolnicza), kościele św. Stanisława
Kostki na Winiarach (UAM) czy pallotynów na Grunwaldzie (Akademia Medyczna i UAM).
Co więcej: niemal każda parafia tworzy swoje duszpasterstwo akademickie. - Taka była wówczas
wizja - mówi ks. Przybecki. - Pamiętam jeden ze zjazdów duszpasterzy akademickich w połowie
lat 70. Przyjechało ich ze trzystu! Skąd taka liczba?! Większość była nie
przygotowana do takiej pracy. Brakowało też kapłańskich osobowości, nie mówiąc już
o ciągłości: często duszpasterze akademiccy znikali z parafii równie szybko, jak się
pojawiali.
Taka atomizacja szczególnie silnie zaznaczyła się w latach 80., gdy arcybiskup Jerzy
Stroba powołał w Poznaniu aż 50 duszpasterstw. Metropolita wychodził z założenia, że
"studenta trzeba złapać tam, gdzie mieszka". Był również przeciwny odrębności
środowiskowej, jaką prezentowali dominikanie. Życie jednak zweryfikowało wizję
arcybiskupa, który powoli się z niej wycofał.
Stan wojenny umocnił w Poznaniu pozycję dominikanów: w klasztorze w centrum miasta
odbywały się Msze za Ojczyznę z okazji rocznic narodowych albo w rocznicę wprowadzenia
stanu wojennego (tzw. "trzynastki"). Ten kościół był najbardziej
inwigilowany przez SB; z tym duszpasterstwem związane było największe grono
opozycjonistów, a ich kierownikiem duchowym był charyzmatyczny o. Honoriusz Kowalczyk.
W 1983 r. ojciec Honoriusz zmarł w wyniku ran odniesionych w wypadku samochodowym. Do dziś
nie wiadomo, czy był to wypadek, czy morderstwo, zaplanowane przez SB.
Wizja zakonnika
Lata 90. - to w Poznaniu podobny obraz duszpasterstwa akademickiego, jak w innych
miastach. Liczy się kilka silnych ośrodków (św. Roch, salezjanie, pallotyni, kościół
na Winiarach), ale wiodąca rola dominikanów jest oczywista. Ich kościół staje się
oficjalną świątynią całego poznańskiego środowiska akademickiego, a szczególnie
uniwersytetu. Umacnia się to, od kiedy na UAM wróciła teologia (jako osobny wydział).
Formy działania dominikanów nie uległy zmianie i nadal przyciągają tłumy, nie tylko
młodych ludzi. Jest więc liturgia ("siódemki" i "dziewiętnastki"
dla studentów oraz "siedemnastki" dla szkół średnich), rekolekcje,
pielgrzymki oraz grupy: modlitewne, charyzmatyczne, dyskusji intelektualnych, schola. Ale
pojawiły się też nowe propozycje, także dla tych, którzy studentami już nie są,
pracownikami akademickimi nie zostali, a chcą się spotykać. Albo tzw. "dziesiąteczki":
Msze dla tych, którzy chcą oswajać dzieci z niedzielną liturgią.
Dziś dominikanie są jednak najbardziej kojarzeni z "duszpasterskim holdingiem"
o. Jana Góry.
Ojciec Góra to postać nietuzinkowa. Dla jednych charyzmatyczny wizjoner, marketingowy
geniusz, erudyta i retor. Dla innych mitoman, despota i nowinkarz. Nie da się jednak ukryć,
że to on od ponad ćwierć wieku w znacznym stopniu kreuje obraz poznańskich dominikanów,
a w ostatniej dekadzie realizuje nową wizję duszpasterstwa akademickiego.
Najpierw przez kilkanaście lat "trenował" na młodzieży szkół średnich. Od
ponad 20 lat w okresie adwentu odprawia o szóstej rano roraty, na które przychodzi dziś
po kilka tysięcy osób. On też nauczył tę młodzież śpiewać: muzyczna oprawa
liturgii paschalnej czy spotkań lednickich jest dziś dla wielu duchownych wzorem.
Roraty - to była przymiarka do "holdingu". Prawdziwą lokomotywą stała się
Lednica. O jej powstaniu krążą legendy. Wiadomo, że pod wpływem papieskiego listu
"Tertio millennio adveniente" o. Góra zapragnął, by Jan Paweł II
przeprowadził polską młodzież przez symboliczną bramę w trzecie tysiąclecie. To
marzenie pociągnęło za sobą w 1997 r. lawinę zdarzeń: kupno przez tajemniczą osobę
pól lednickich pod Gnieznem ("Tam, gdzie narodziła się Polska"), postawienie
stalowej bramy w kształcie ryby, narobienie "szumu" przed przyjazdem Papieża
(co zaowocowało także konfliktem z niektórymi biskupami) i ściągnięcie 25 tys. młodych
ludzi.
Jan Paweł II przeleciał tylko nad rybą w helikopterze, ale to wystarczyło: co roku w
wigilię Zesłania Ducha Świętego nad Lednicą gromadzi się kilkadziesiąt tysięcy młodych
z całej Polski. I po pełnej symboli, śpiewu, tańca i modlitwy uroczystości przyrzeka
wierność Chrystusowi. A o. Góra stworzył sztab, który przez cały rok przygotowuje
Lednicę: każde spotkanie jest obmyślane i reżyserowane, ma swoje przesłanie i
symbolikę. Góra zabiega o sponsorów (co roku każdy uczestnik zostaje czymś
obdarowany: a to chlebem, a to pierścieniem czy ampułką z winem) oraz o media.
Reklamuje Lednicę świetnie - i od każdego potrafi coś "wyżebrać".
- Przy całej dyskusyjności przedsięwzięcia, ma ono niezaprzeczalny walor - mówi ks.
Przybecki. - Jest to próba porozumienia się w sprawach wiary z dzisiejszą młodzieżą
na płaszczyźnie jej kultury. A że jest to kultura komercyjna, więc i o. Góra posługuje
się komercyjnymi środkami. On szuka drogi, a gdy się poszukuje, zawsze jest ryzyko, że
się pobłądzi. Owoce jego wizjonerstwa dopiero poznamy. Szkoda tylko, że ta wielka,
zawarta w pigułce dnia i nocy symboliczna treść zostaje często roztrwoniona, bo
duszpasterze nie potrafią jej podjąć i rozwinąć.
Elementem "holdingu duszpasterskiego" o. Góry jest jeszcze Dom św. Jacka na
Jamnej w gminie Zakliczyn. Tam powstają kolejne budynki dominikańskiego ośrodka. Tym
razem nie chodzi o tłumy, ale o tych, którzy szukają odpoczynku i zarazem skupienia.
I znowu, żeby Jamna została dokończona trzeba od kogoś coś "wyżebrać"...
Największy Chrystus
Ale Lednica nie jest jedynym tak masowym przedsięwzięciem.
Od kilku lat duszpasterstwo salezjańskie na Winogradach przygotowuje Misterium Męki Pańskiej.
W sobotę, poprzedzającą Niedzielę Palmową, w parku na Cytadeli naturszczycy odgrywają
dramat sprzed dwóch tysięcy lat.
Pierwszy raz było siermiężnie, ale z czasem coraz bardziej profesjonalnie. W tym roku,
jak twierdzą służby porządkowe, w parku zjawiło się sto tysięcy tysięcy poznaniaków.
Nic dziwnego, bo organizatorzy potrafią promować Misterium (mają nawet rzecznika
prasowego) i zdobyć sponsorów.
W tym roku postanowili do scenografii użyć obrazu Chrystusa Miłosiernego o wymiarach 12
na 20 metrów. Zaczęli go malować na początku marca w jednej z miejskich hal. Skąd
pomysł? I oni powołują się na przesłanie Papieża...
- To kolejny sposób na szukanie adekwatnej do dzisiejszych czasów formuły dla
duszpasterstwa. Ale najistotniejsze jest pogłębianie wiary poprzez osobiste wybory - mówi
ks. Przybecki. - W jarmarku propozycji ideowych nasza wiara może przegrać, jeśli
zawieszona będzie tylko na przyzwyczajeniu. Dlatego musimy ją pogłębiać, aby przenikała
się z życiem. A to, wydaje mi się, można osiągnąć w duszpasterstwie indywidualnym,
w małych grupkach, które będą jednak świadome swojego związku ze środowiskiem
akademickim i jego kulturą. Praktyka wskazuje też, że takie warunki najlepiej osiągnąć
w silnych ośrodkach.
- Taki - dodaje ksiądz - powinien być model dzisiejszego duszpasterstwa akademickiego.

Korzystałem z książek: "Poznańscy dominikanie", Poznań 1997 oraz Adam
Przybecki "Między poczuciem zagrożenia a potrzebą obecności", Poznań 1999.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|