adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 19 (2809)
11 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Duszpasterstwa akademickie kiedyś i dzisiaj - Poznań


Dominikański holding

Dariusz Jaworski


Tekstem Dariusza Jaworskiego inaugurujemy cykl o przeszłości i teraźniejszości polskich duszpasterstw akademickich. Wkrótce opublikujemy reportaże z Gdańska, Warszawy i Krakowa. Zachęcamy Czytelników do podzielenia się przeżyciami ze swoich duszpasterstw.


Po wojnie wizytówką poznańskiego duszpasterstwa akademickiego była "Caritas Academica", teraz - "duszpasterski holding" o. Jana Góry, który co roku na Lednicy gromadzi kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi.


Misterium Męki Pańskiej, przygotowane przez duszpasterstwo salezjańskie na Winogradach
Ta historia zaczęła się dawno. Wielkie Księstwo Poznańskie, jako jedna z dwóch pruskich prowincji, nie miało wyższej uczelni. Wprawdzie w 1903 r. utworzono Akademię Królewską, ale była to tzw. wolna wszechnica, która nie mogła nadawać stopni naukowych. Kto z Polaków chciał studiować, wyjeżdżał z Wielkopolski. A brak studentów, to brak przestrzeni do pojawienia się duszpasterzowania typu akademickiego. Sytuacja uległa zmianie w 1919 r., gdy narodził się Uniwersytet Poznański.



Od Marcina do Dominika

W okresie międzywojnia o obliczu poznańskiego duszpasterstwa akademickiego stanowiły katolickie organizacje akademickie. Działały sodalicje (osobne dla dziewcząt i mężczyzn, o wyraźnie dewocyjnym charakterze), Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej "Odrodzenie" (o zainteresowaniach społecznych), Stowarzyszenie Młodzieży Katolickiej "Iuventus Christiana" (o profilu samokształceniowym i samowychowawczym) czy Akademickie Koło Misyjne. Ostatnia organizacja, służąca szerzeniu idei misyjnej, stała się znakiem firmowym stolicy Wielkopolski: tu narodziła się i tutaj mieściła siedziba Związku Akademickich Kół Misyjnych; tutaj też redagowano jej "Roczniki".

Sztandarową "absolwentką" Kół jest Wanda Błeńska: lekarka-misjonarka, która przez 43 lata pracowała wśród trędowatych w Afryce.

Mnogość organizacji nie szła jednak w parze z mnogością członków w ich szeregach. Oblicza się, że w katolickich organizacjach działało wtedy w Poznaniu nie więcej niż 7 proc. studentów. W latach 30. coraz wyraźniej dało się więc odczuć potrzebę stworzenia nowej, zinstytucjonalizowanej formy duszpasterstwa akademickiego. Dodatkowym argumentem były próby (czasami skuteczne) upolityczniania organizacji skupiających studentów. W Poznaniu zakusy na akademików miała przede wszystkim silna tutaj endecja.
W 1934 r. prymas August Hlond odwołał ks. Józefa Prądzyńskiego, który dotychczas odpowiadał w Poznaniu za działalność Kościoła na uniwersytecie, i mianował ks. prałata Teodora Taczaka, proboszcza parafii św. Marcina, na którego terenie znajdowała się uczelnia, duszpasterzem akademickim. Msze, rekolekcje, spotkania i działania organizacji - to obraz ówczesnych form duszpasterzowania.

Zapatrzony we francuskie doświadczenia, kard. Hlond szybko jednak zorientował się, że to "przyklejenie" do parafii nie jest dobrym rozwiązaniem. Rok później rozpoczął rozmowy z dominikanami: chciał, by to oni zorganizowali poznańskie duszpasterstwo akademickie. W 1937 r. zapadła decyzja - i dominikanie przyjechali do Poznania.

Na czele tej "misji" stanął o. Bernard Przybylski. W centrum miasta, między dzisiejszymi ulicami Kościuszki, Libelta i Al. Niepodległości, dominikanie kupili plac (za 150 tys. zł; niemałą wtedy sumę) - i rozpoczęła się budowa kościoła akademickiego oraz klasztoru.


Nie wchodźcie mi w drogę

Budowy nie udało się dokończyć przed wojną. W grudniu 1939 r. Niemcy umieścili zakonników w obozie koncentracyjnym w Kazimierzu Biskupim. W Kronice Konwentu Poznańskiego dominikanów czytamy: "Dopiero 10 lutego [1945 r.] można było, i to ryzykując życiem, wcisnąć się na Libelta. Klasztor pusty, w kilku miejscach przedziurawiony kulami armatnimi. Ojciec Stanisław Dobecki obwarowuje wejścia, umieszcza napisy "monastyr" i strzeże domu przed szabrownikami, przed zajęciem na prywatne mieszkania. Trzeba było natrudzić się równocześnie po urzędach, by zalegalizować i zabezpieczyć posiadanie na powrót naszego domu".

Klasztor udało się przejąć na nowo - i wkrótce do Poznania zaczęli przybywać inni zakonnicy, wśród nich o. Przybylski.

Dominikanie próbowali zjednoczyć spontanicznie rodzące się inicjatywy duszpasterzowania akademickiego, które koncentrowały się na reaktywowaniu rozmaitych organizacji. Już wiosną 1945 r. rozpoczęły działalność sodalicje mariańskie (na uniwersytecie, Akademii Handlowej i Szkole Inżynierskiej) oraz "Iuventus Christiana". Na reaktywowanie "Odrodzenia" nie zgodziły się władze komunistyczne.

Sodalicje działały wedle modelu przedwojennego: wspólne nabożeństwa, zebrania ogólne i zebrania tzw. sekcji (formacyjnych i charytatywnych), referaty i dyskusje. Taki model został zaakceptowany w listopadzie 1945 r., podczas pierwszego spotkania duszpasterzy akademickich i delegacji studentów w Poznaniu.

Powojenne sodalicje to przede wszystkim domena jezuitów z ul. Szewskiej, którzy - koncentrując się na pracy formacyjnej w duchu maryjnym - stali się na pewien czas konkurencyjni wobec dominikanów. Ale choć jezuita, o. Władysław Siwek, mówił dominikanom: "Nie wchodźcie mi w drogę" - to oba ośrodki często ze sobą współpracowały.

Tymczasem "Iuventus Christiana" nie doczekało się legalizacji na uniwersytecie. Spotkania odbywały się poza uczelnią, w ramach duszpasterstwa przy kościołach.


Wizytówka Poznania

Ks. prof. Adam Przybecki - wieloletni duszpasterz akademicki, kierownik Zakładu Teologii Pastoralnej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza - powojenną działalność organizacji studenckich zalicza do tzw. elitarnego nurtu duszpasterstwa akademickiego. Na drugim biegunie umieszcza nurt masowy, w którym dominowały przedsięwzięcia o charakterze formacyjno-religijnym, a więc: rekolekcje, dni skupienia, Msze (tzw. recytowane), nabożeństwa z konferencjami znanych kaznodziejów, pielgrzymki na Jasną Górę. Poznańskie duszpasterstwo akademickie mieściło się w tym "dualnym" modelu, nie wyróżniając się spośród podobnych duszpasterstw z Warszawy, Krakowa czy Lublina. Z jednym wyjątkiem: "Caritas Academica", organizacja założona w 1945 r., stała się wizytówką akademickiego Poznania.

- Ojciec Przybylski twierdził, że w nowych realiach nie wystarczy tylko działalność organizacji podtrzymujących wiarę, że potrzeby materialne studentów wymuszają działania charytatywne - wspomina ks. Przybecki. - Postanowił stworzyć organizację, która byłaby dla wszystkich, wierzących i niewierzących, i która, będąc wolną od procedur i formalności, dałaby sobie radę w tym trudnym czasie. Przybylskiemu przyświecała zasada, że żadna potrzeba nie może zostać nie zaspokojona.

"Caritas Academica" włączono w strukturę "Caritasu" diecezjalnego, a należeć do niego mógł każdy. Wkrótce zaczęto pomagać studentom - przez stypendia, darmowe obiady, zapomogi, ubrania, książki, leczenie sanatoryjne. Skąd brano pieniądze? Z ulicznych kwest i od ofiarodawców, z dochodowych imprez, sprzedaży zabawek własnego wyrobu. Przed świętami sprzedawano choinki, palmy, świece. Urządzano świetlice, gdzie student mógł się uczyć i napić herbaty.

Ideę "Caritas Academica" - jej symbolem był bladoniebieski, równoramienny krzyż - szybko przejęły inne ośrodki akademickie. Od 1947 r. rozpoczęły się jednak represje: Urząd Bezpieczeństwa zmierzał do likwidacji tej organizacji, która nie mieściła się w planach komunistycznego reżimu.


Pracowita cisza

W końcu 1949 r. rozwiązano lub zawieszono wszystkie katolickie stowarzyszenia akademickie. "Ludowe" państwo szykowało się do rozprawy z Kościołem. 16 września 1954 r. władze zamknęły duszpasterstwo przy poznańskim kościele dominikanów: opieczętowano bibliotekę, studentów wzywano na przesłuchania, a duszpasterza o. Stanisława Dobeckiego zmuszono do opuszczenia miasta.

Wkrótce jednak pojawiła się możliwość uruchomienia "koncesjonowanego" duszpasterstwa przy kościele Wszystkich Świętych na Grobli - a ówczesny arcybiskup Walenty Dymek powierzył ster ks. Arnoldowi Marcinkowskiemu. Dominikanie odebrali to jako wotum nieufności, czemu arcybiskup zaprzeczał, tłumacząc, że trzeba korzystać z jedynej szansy. A szansa początkowo dotyczyła tylko liturgii, z czasem przeradzając się w zgodę na rekolekcje wielkopostne. - Te ośmiodniowe rekolekcje cieszyły się taką popularnością, iż trzeba było przyjść półtorej godziny wcześniej, by było gdzie usiąść - wspomina ks. Przybecki.

Po Październiku 1956 studenci zażądali, aby dominikanie mogli znowu działać - i zakaz został zniesiony, a metropolita poznański (już abp Antoni Baraniak) w listopadzie 1957 r. poprosił zakonników o ponowne roztoczenie opieki nad studentami.

Duszpasterstwem zaczął kierować o. Joachim Badeni (jego sylwetkę prezentował "TP" w numerze 44/2002).

Tak zwana "Grobla", w której tymczasem zaczął działać ks. Kazimierz Żarnowiecki, jednak pozostała - i w ten sposób pod koniec lat 50. wytworzyła się duszpasterska konkurencja. Dominikanie, obok pracy formacyjnej, nastawieni byli na działania masowe: Msze, trybuny duszpasterskie na kształt średniowiecznych debat, rekolekcje, pielgrzymki. "Grobla" koncentrowała się na kontakcie indywidualnym. - Tam dominowała pracowita cisza, czyli działania poradniczo-formacyjne, kierownictwo duchowe - charakteryzuje "Groblę" ks. Przybecki. - Ale oba ośrodki świetnie się uzupełniały, choć była między nimi zdrowa rywalizacja.


Wizja arcybiskupa

Zmiany soborowe najszybciej akceptowano w środowisku akademickim, i także poznańskie duszpasterstwo stało się na przełomie lat 60. i 70. "laboratorium" kościelnej odnowy. Reformę liturgii dominikanie wdrożyli niemal od razu: ołtarz został odwrócony do wiernych. Zamiast postulowanej przez prymasa Wyszyńskiego i Episkopat ewolucji, dokonali rewolucji.

Wkrótce zakonnicy zaczęli zbierać owoce swej nieprzerwanej pracy: tradycja była przekazywana na kolejne pokolenia, zarówno wśród świeckich, jak i samych dominikanów. Jeśli do tego dodać nieprzeciętne osobowości kolejnych duszpasterzy - oraz utworzenie wydawnictwa i miesięcznika "W drodze" - to nic dziwnego, że ich dominująca rola w poznańskim duszpasterstwie nie była już kwestionowana. Tym bardziej, że po wyjeździe z Polski w 1972 r. ks. Żarnowieckiego "Grobla" zaczęła wygasać.

- Dominikanie mieli i mają jeszcze jedną zaletę - komentuje ks. Przybecki - co kiedyś wyraźnie uświadomił mi o. Honoriusz Kowalczyk. Powiedział mi: "Różnica między nami jest taka, że ty jesteś sam, a jak ja tylko gwizdnę, to natychmiast mam do pomocy pół konwentu".

Lata 70. - to w Poznaniu także rozwój wielkich osiedli i budowa nowych akademików. W kościołach, obok których powstają, organizowane są więc kolejne duszpasterstwa akademickie. Powstaje szczególnie silne duszpasterstwo przy kościele św. Rocha (akademiki Politechniki), salezjanów na Winogradach (Akademia Rolnicza), kościele św. Stanisława Kostki na Winiarach (UAM) czy pallotynów na Grunwaldzie (Akademia Medyczna i UAM).

Co więcej: niemal każda parafia tworzy swoje duszpasterstwo akademickie. - Taka była wówczas wizja - mówi ks. Przybecki. - Pamiętam jeden ze zjazdów duszpasterzy akademickich w połowie lat 70. Przyjechało ich ze trzystu! Skąd taka liczba?! Większość była nie przygotowana do takiej pracy. Brakowało też kapłańskich osobowości, nie mówiąc już o ciągłości: często duszpasterze akademiccy znikali z parafii równie szybko, jak się pojawiali.

Taka atomizacja szczególnie silnie zaznaczyła się w latach 80., gdy arcybiskup Jerzy Stroba powołał w Poznaniu aż 50 duszpasterstw. Metropolita wychodził z założenia, że "studenta trzeba złapać tam, gdzie mieszka". Był również przeciwny odrębności środowiskowej, jaką prezentowali dominikanie. Życie jednak zweryfikowało wizję arcybiskupa, który powoli się z niej wycofał.

Stan wojenny umocnił w Poznaniu pozycję dominikanów: w klasztorze w centrum miasta odbywały się Msze za Ojczyznę z okazji rocznic narodowych albo w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego (tzw. "trzynastki"). Ten kościół był najbardziej inwigilowany przez SB; z tym duszpasterstwem związane było największe grono opozycjonistów, a ich kierownikiem duchowym był charyzmatyczny o. Honoriusz Kowalczyk.

W 1983 r. ojciec Honoriusz zmarł w wyniku ran odniesionych w wypadku samochodowym. Do dziś nie wiadomo, czy był to wypadek, czy morderstwo, zaplanowane przez SB.


Wizja zakonnika

Lata 90. - to w Poznaniu podobny obraz duszpasterstwa akademickiego, jak w innych miastach. Liczy się kilka silnych ośrodków (św. Roch, salezjanie, pallotyni, kościół na Winiarach), ale wiodąca rola dominikanów jest oczywista. Ich kościół staje się oficjalną świątynią całego poznańskiego środowiska akademickiego, a szczególnie uniwersytetu. Umacnia się to, od kiedy na UAM wróciła teologia (jako osobny wydział).

Formy działania dominikanów nie uległy zmianie i nadal przyciągają tłumy, nie tylko młodych ludzi. Jest więc liturgia ("siódemki" i "dziewiętnastki" dla studentów oraz "siedemnastki" dla szkół średnich), rekolekcje, pielgrzymki oraz grupy: modlitewne, charyzmatyczne, dyskusji intelektualnych, schola. Ale pojawiły się też nowe propozycje, także dla tych, którzy studentami już nie są, pracownikami akademickimi nie zostali, a chcą się spotykać. Albo tzw. "dziesiąteczki": Msze dla tych, którzy chcą oswajać dzieci z niedzielną liturgią.

Dziś dominikanie są jednak najbardziej kojarzeni z "duszpasterskim holdingiem" o. Jana Góry.

Ojciec Góra to postać nietuzinkowa. Dla jednych charyzmatyczny wizjoner, marketingowy geniusz, erudyta i retor. Dla innych mitoman, despota i nowinkarz. Nie da się jednak ukryć, że to on od ponad ćwierć wieku w znacznym stopniu kreuje obraz poznańskich dominikanów, a w ostatniej dekadzie realizuje nową wizję duszpasterstwa akademickiego.

Najpierw przez kilkanaście lat "trenował" na młodzieży szkół średnich. Od ponad 20 lat w okresie adwentu odprawia o szóstej rano roraty, na które przychodzi dziś po kilka tysięcy osób. On też nauczył tę młodzież śpiewać: muzyczna oprawa liturgii paschalnej czy spotkań lednickich jest dziś dla wielu duchownych wzorem.

Roraty - to była przymiarka do "holdingu". Prawdziwą lokomotywą stała się Lednica. O jej powstaniu krążą legendy. Wiadomo, że pod wpływem papieskiego listu "Tertio millennio adveniente" o. Góra zapragnął, by Jan Paweł II przeprowadził polską młodzież przez symboliczną bramę w trzecie tysiąclecie. To marzenie pociągnęło za sobą w 1997 r. lawinę zdarzeń: kupno przez tajemniczą osobę pól lednickich pod Gnieznem ("Tam, gdzie narodziła się Polska"), postawienie stalowej bramy w kształcie ryby, narobienie "szumu" przed przyjazdem Papieża (co zaowocowało także konfliktem z niektórymi biskupami) i ściągnięcie 25 tys. młodych ludzi.

Jan Paweł II przeleciał tylko nad rybą w helikopterze, ale to wystarczyło: co roku w wigilię Zesłania Ducha Świętego nad Lednicą gromadzi się kilkadziesiąt tysięcy młodych z całej Polski. I po pełnej symboli, śpiewu, tańca i modlitwy uroczystości przyrzeka wierność Chrystusowi. A o. Góra stworzył sztab, który przez cały rok przygotowuje Lednicę: każde spotkanie jest obmyślane i reżyserowane, ma swoje przesłanie i symbolikę. Góra zabiega o sponsorów (co roku każdy uczestnik zostaje czymś obdarowany: a to chlebem, a to pierścieniem czy ampułką z winem) oraz o media. Reklamuje Lednicę świetnie - i od każdego potrafi coś "wyżebrać".

- Przy całej dyskusyjności przedsięwzięcia, ma ono niezaprzeczalny walor - mówi ks. Przybecki. - Jest to próba porozumienia się w sprawach wiary z dzisiejszą młodzieżą na płaszczyźnie jej kultury. A że jest to kultura komercyjna, więc i o. Góra posługuje się komercyjnymi środkami. On szuka drogi, a gdy się poszukuje, zawsze jest ryzyko, że się pobłądzi. Owoce jego wizjonerstwa dopiero poznamy. Szkoda tylko, że ta wielka, zawarta w pigułce dnia i nocy symboliczna treść zostaje często roztrwoniona, bo duszpasterze nie potrafią jej podjąć i rozwinąć.

Elementem "holdingu duszpasterskiego" o. Góry jest jeszcze Dom św. Jacka na Jamnej w gminie Zakliczyn. Tam powstają kolejne budynki dominikańskiego ośrodka. Tym razem nie chodzi o tłumy, ale o tych, którzy szukają odpoczynku i zarazem skupienia.

I znowu, żeby Jamna została dokończona trzeba od kogoś coś "wyżebrać"...


Największy Chrystus

Ale Lednica nie jest jedynym tak masowym przedsięwzięciem.

Od kilku lat duszpasterstwo salezjańskie na Winogradach przygotowuje Misterium Męki Pańskiej. W sobotę, poprzedzającą Niedzielę Palmową, w parku na Cytadeli naturszczycy odgrywają dramat sprzed dwóch tysięcy lat.
Pierwszy raz było siermiężnie, ale z czasem coraz bardziej profesjonalnie. W tym roku, jak twierdzą służby porządkowe, w parku zjawiło się sto tysięcy tysięcy poznaniaków. Nic dziwnego, bo organizatorzy potrafią promować Misterium (mają nawet rzecznika prasowego) i zdobyć sponsorów.

W tym roku postanowili do scenografii użyć obrazu Chrystusa Miłosiernego o wymiarach 12 na 20 metrów. Zaczęli go malować na początku marca w jednej z miejskich hal. Skąd pomysł? I oni powołują się na przesłanie Papieża...

- To kolejny sposób na szukanie adekwatnej do dzisiejszych czasów formuły dla duszpasterstwa. Ale najistotniejsze jest pogłębianie wiary poprzez osobiste wybory - mówi ks. Przybecki. - W jarmarku propozycji ideowych nasza wiara może przegrać, jeśli zawieszona będzie tylko na przyzwyczajeniu. Dlatego musimy ją pogłębiać, aby przenikała się z życiem. A to, wydaje mi się, można osiągnąć w duszpasterstwie indywidualnym, w małych grupkach, które będą jednak świadome swojego związku ze środowiskiem akademickim i jego kulturą. Praktyka wskazuje też, że takie warunki najlepiej osiągnąć w silnych ośrodkach.

- Taki - dodaje ksiądz - powinien być model dzisiejszego duszpasterstwa akademickiego.



Korzystałem z książek: "Poznańscy dominikanie", Poznań 1997 oraz Adam Przybecki "Między poczuciem zagrożenia a potrzebą obecności", Poznań 1999.

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny