dotb.gif

„TP”, Nr 19 (2809), 11 maja, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2809/main03.php

Portret Hanny Chrzanowskiej, współtwórczyni polskiego pielęgniarstwa społecznego, w 30. rocznicę jej śmierci


Równania pozornie skomplikowane

Anna Mateja


"Nad łóżkiem chorej sześć obrazków. Matka Boska Nieustającej Pomocy, cztery Matkie Boskie Częstochowskie i straszliwie wylalkowana Matka Boska Karmiąca. Matka Boska, tu właśnie, w tej spelunce. Jakich modlitw wysłuchuje Advocata nostra, co z nich może przekazać Synowi? Jakie są modlitwy starej pijaczki (...), po której skrzętnie chowa się flaszki, żeby "panie pielęgniarki nie widziały"? Kim ona jest, poza tym, że jest naszą chorą, przedmiotem naszych starań, naszej troski od tylu lat?" - pisała w pamiętniku o jednej z podopiecznych, jakich znalazła na krakowskim Kazimierzu Hanna Chrzanowska, jedna z pierwszych w Polsce osób, zajmujących się pielęgniarstwem społecznym.


"Po co mi takie wyróżnienie"

Elżbieta Łubińska ma cięty język. Chrzanowska zrozumiała to już podczas pierwszej rozmowy w 1968 r.

- Nie lubię starych ludzi, działają mi na nerwy - odpowiedziała Ela na pytanie, czy nie chciałaby częściej bywać między ludźmi. Chrzanowska miała ponad 60 lat, Ela - niecałe 20, ciemne włosy splecione w warkocze sięgały jej do ramion, była szczupła i opalona. Tamtego wiosennego dnia, gdy pojawiła się u niej Hanna, siedziała na wózku i wygrzewała się w słońcu. Jej ręce były jeszcze sprawne, ale i tak spędzała cały czas w domu, nie znała nikogo poza rodziną i sąsiadami.

Była na "nie" - już dawno podjęła decyzję, że "będzie żyła samotnym życiem". Nie kupowała zimowych ubrań - po prostu w chłodniejsze dni nie wychodziła z domu. Naukę ograniczyła do czytania książek. Chciała podać argumenty "nie do zbicia", które ochroniłyby ją przed koniecznością spotykania się z tymi, co zadają pytania i "okazują troskę". Trudno było czasami wytrzymać z rodziną, która prowadziła niedostępne dla niej życie, czekać wiele godzin w pustym mieszkaniu aż przyjdą rodzice lub któraś z młodszych sióstr, żeby ją umyć, zrobić coś do jedzenia, wysadzić na toaletę. Ale z osobami spoza rodziny bywało jeszcze gorzej: dla nich nie było Eli Łubińskiej, tylko Ela na wózku.

- Nie będą do Ciebie przychodzili starzy ludzie, tylko studenci - usłyszała od Chrzanowskiej, która specjalnie dla niej przyjechała na Piaski Wielkie - oddaloną od centrum dzielnicę Krakowa, dokąd kursowało jedynie kilka autobusów dziennie.

- To był czas jednego z najgorszych buntów - Elżbieta siedzi na specjalnie skonstruowanym fotelu. Z przymocowanego stoliczka zsuwa się powoli serwetka. Ela wodzi za nią wzrokiem, ale jej nie zatrzymuje. Choroba zrobiła postępy - od kilku lat Elżbieta ma także bezwładne ręce. Cela, jej opiekunka, podciąga Elę na fotelu, bo za bardzo się zsunęła i za długo siedzi w jednej pozycji. - Obwiniałam Boga, że jest "sprawcą" mojego stanu, a życzliwość brałam za litość i odpłacałam się agresją. Byłam samotna, rozżalona i zbuntowana. Podczas tamtej rozmowy nie rozmawiałam z cioteczką (tak się do niej zwracali przyjaciele i współpracownicy), ale jej odszczekiwałam. Nikt, kto nie potrafi nawet do toalety pójść bez pomocy innych, nie zrozumie, jakie to upokarzające ciągle o coś prosić, tolerować udawaną życzliwość i chęć niesienia pomocy. Potraktowałam więc Chrzanowską jak siostrę Beniaminę, która przychodziła do mnie z parafii "z pocieszeniem i słowem Bożym", zgodnie z zasadą: "będzie cytrynka, ale musi być też spowiedź". Coś za coś.

Chrzanowska była damą: nie zwróciła uwagi na ton głosu Eli i dotrzymała słowa. Na początku października pojawiła się Ewa, studentka polonistyki, i rozpoczęła rewolucję. Gdy dowiedziała się, że Ela skończyła naukę na piątej klasie szkoły podstawowej, ustaliła w kuratorium, że może uczyć się w domu i zdawać egzaminy z przedmiotów w wyznaczonej szkole. Razem z Mirką i Heleną, koleżankami z innych wydziałów, zaczęły udzielać Eli korepetycji.

Latem Łubińska wyjechała na pierwsze rekolekcje dla chorych organizowanych przez Hannę Chrzanowską we współpracy z kardynałem Karolem Wojtyłą w Trzebini. Nie myślała o nawróceniu. "(...) Ewa opowiadała mi o tych rekolekcjach cuda" - napisała w wydanej w 1986 r. autobiografii "Salamandra". "(...) Pojechałam - i co tam naprawdę zobaczyłam? Potworną nędzę i mękę ciała ludzkiego (...) w tej niedołężności każdego z nich zobaczyłam siebie samą. (...) Od samego widoku można się było rozchorować. Cały czas mnie mdliło".

Patrząc na studentów, nie rozumiała, dlaczego nie uciekają do świata ludzi zdrowych. Gdy wróciła po czterech dniach, prawie cały czas płakała.

- Rekolekcjonista zapewniał nas, że choroba i kalectwo to krzyż, przez który Chrystus nas wybrał. To miało być nasze wyróżnienie - wspomina Elżbieta. - Miałam ochotę krzyczeć, że mam gdzieś takie wyróżnienie. Wolałabym nie wyróżniać się z tłumu zdeformowanym ciałem. Na zbliżenie do Boga musiałam poczekać, ale zbliżyłam się do ludzi, więc chyba nie byłam już daleko. Były Malinka i Basia, Andrzej Oszustowicz i Staszek Kracik - wtedy studenci pierwszego roku, którzy przyjechali do Trzebini pomagać. Nosili chorych, myli, karmili, spędzali z nimi czas. To nie byli opiekunowie, ale koledzy i wspaniali ludzie.

Elżbieta zdała maturę, studiowała w Papieskiej Akademii Teologicznej, nauczyła się francuskiego. W każde wakacje wyjeżdżała: w góry, do Izabelina, na Mazury. Jej zapał i upór podtrzymywał wianuszek ludzi, którzy najpierw udzielali jej korepetycji, potem przynosili książki potrzebne w czasie studiów, pchali wózek na zajęcia, przenosili do sal na piętrze.

- Jesienią, gdy mam depresję, rozmyślam, jakim jestem wrakiem, i chciałabym umrzeć, bo jestem przypadkiem "nie rokującym poprawy", z którym może być tylko gorzej - mówi Łubińska. - Dawno temu opowiadałam Staszkowi Kracikowi, jak już mam dosyć tego ludzkiego usługiwania, tej litości. A on na to: "Nikt ci łaski nie robi. Mają po 20 lat, Pan Bóg dał im więcej. Są zobowiązani pomagać tym, którzy bez nich nie dadzą sobie rady". Aż mnie zatkało, bo nigdy tak na to nie patrzyłam: że dzięki mnie ktoś może się nauczyć, co to jest słabość, ból, wstyd.


Tacy dziwni młodzi ludzie

Dom rodzinny Hanny Chrzanowskiej był zamożny, religijnie raczej obojętny i "oskrobany z cienia snobizmu". Matka - Wanda z Szlenkierów - pochodziła z protestanckiej rodziny przemysłowców. Ojciec - prof. Ignacy Chrzanowski, był autorem "Historii literatury niepodległej Polski" - jednej z najważniejszych książek do nauki literatury. Przymusowo przeniesiony na emeryturę w 1931 r., po podpisaniu protestu w obronie opozycjonistów uwięzionych w twierdzy brzeskiej. Był jednym z profesorów aresztowanych przez Niemców podczas Sonderaktion Krakau i wywiezionych do obozu w Sachsenhausen. Prof. Chrzanowski zmarł w styczniu 1940 r., a Hanna i jej matka pojechały do obozu, aby zabrać urnę z jego prochami do Krakowa.

Trzy miesiące później, w Kozielsku, Rosjanie rozstrzelali brata Hanny - Bohdana. W 1951 r. zmarła jej matka. Chrzanowska - otwarta i łatwo skupiająca ludzi wokół siebie, nigdy nie opowiadała o rodzinnych przejściach. Nie miała w zwyczaju skupiać na sobie uwagi otoczenia. A przecież zawarte dzięki niej znajomości przetrwały kilkadziesiąt lat.

Gdy w połowie lat 60. przemawiała do studentów zgromadzonych na niedzielnej Mszy akademickiej w krakowskiej kolegiacie św. Anny, była już na emeryturze. Pochłaniała ją realizacja jednej idei - pielęgniarstwo społeczne.

"Chciałabym przynajmniej niektórych z Was poprosić o pomoc" - mówiła Chrzanowska z ambony. Opowiadała o chorych, niepełnosprawnych ludziach, również młodych, od lat nie opuszczających domów, którzy chcieliby z kimś porozmawiać, czasami pójść do kina, może wyjechać na wakacje. Zapewniała, że opieka nad nimi nie jest skomplikowana. "Nie chodzi tylko o przyniesienie wiadra węgla czy zrobienie zakupów - to podstawa. Nie musicie też pomagać wszystkim. Jeśli jednak pójdziecie już do kogoś i obdarzycie go przyjaźnią i troską, nie wolno wam zawieść jego oczekiwań lub zostawić bez słowa wyjaśnienia. Bierzecie wówczas odpowiedzialność za skrzywdzenie człowieka, który cierpi podwójnie" - tłumaczyła.

Ks. Adam Boniecki był wówczas duszpasterzem akademickim w kościele św. Anny. Pamięta, że po tych słowach nikt się nie zgłosił. I przez następne pół roku, mimo powtarzania apelu, też nie. Dopiero po wakacjach, po ponowieniu prośby, pojawili się pierwsi chętni.

- Szedłem do akademika w tłumie studentów po Mszy - przypomina sobie Stanisław Kracik, wówczas student pierwszego roku w Akademii Górniczo-Hutniczej. - Byłem już na Krupniczej. Zacząłem się zastanawiać. Jeśli wszyscy poszli do domu, to kto zgłosił się do opieki? Zawróciłem do kościoła.

Jakiś czas później dwa razy dziennie pomagał przy prześcielaniu obłożnie chorego mężczyzny, zbyt ciężkiego, aby pielęgniarka poradziła sobie sama. Studenci sprzątali chorym mieszkania, robili zakupy, chodzili na spacery, przede wszystkim zaś pomagali Hannie Chrzanowskiej organizować wczaso-rekolekcje dla chorych w Trzebini.

- Nie wiedziałem, że żyją tacy ludzie. Zresztą, skąd miałem wiedzieć, jeśli nie mieli możliwości wyjścia z domu nawet przez kilkanaście lat - Kracik nie ukrywa, że przed pierwszym pobytem w Trzebini niewiele wiedział o chorych. - Pani Chrzanowska razem z najbliższą współpracowniczką - Aliną Rumun uruchomiły sztab ludzi. Do dziś nie wiem jak: nie miały pieniędzy, samochodów ani poparcia mediów - teraz nieodzownego, żeby cokolwiek przeprowadzić. Tymczasem co roku w domu rekolekcyjnym księży salwatorianów w Trzebini przyjmowano kilkudziesięciu chorych, którymi zajmowali się studenci, i to mimo trwającej w czerwcu sesji. Kto mógł - zostawał, inni dojeżdżali, godząc jakoś egzaminy z opieką nad chorymi. Dzięki apelom w kościołach współpracowali z panią Chrzanowską nieliczni wówczas właściciele samochodów, którzy dowozili chętnych.

Grupą opiekunów-studentów kierowała Jagoda, też studentka, później żona Stanisława Kracika: - Pamiętam, jak przywieziono Stasia. Miał garb i za krótkie nogi. Siedział na małym stołeczku, wysadzony z samochodu i pozostawiony samemu sobie. Wystraszony, bliski płaczu - niby dziecko, a był już dorosłym mężczyzną. Staś miał za sobą 20 lat spędzonych w domu. Ojciec nie akceptował jego kalectwa, więc Staś był izolowany i jego towarzyszami byli nie ludzie, ale gołębie. Każdego dnia obserwowaliśmy, jak Stanisław ma coraz mniej wspólnego z tym obrazem nieszczęścia ze stołeczka. Zarówno w Trzebini, jak na wakacjach w Ochotnicy w Gorcach gromadził wokół siebie ludzi, nawiązywał przyjaźnie. Później zrobił prawo jazdy i prowadził przystosowany do jego potrzeb samochód. Założył sklep. Stał się twardym żołnierzem, umiał walczyć o swoje prawa, ale też cieszyć się pełnią życia.

Hanna Chrzanowska nie żyje od 30 lat. Przetrwała "klika" - związki osób, które poznały się dzięki niej i próbują kontynuować jej pracę.

Mirka Adamiec - jedna z pierwszych korepetytorek Eli Łubińskiej, odwiedza ją co tydzień od tamtej jesieni 1969 r., gdy przyszła przeprowadzić pierwszą lekcję. Ewa Książka-Sadowska, która rozpoczęła "rewolucję" w życiu Eli, prowadzi terapię zajęciową w Domu Pomocy Społecznej w Kielcach. Także dzięki jej pomysłom - jednym z najlepszych w Polsce. O odwiedzinach nie zapomina Andrzej Oszustowicz, choć od lat mieszka w Warszawie. Od początku lat 90., gdy Stanisław Kracik został burmistrzem Niepołomic pod Krakowem, razem z Jagodą organizują u siebie wakacje dla niepełnosprawnych. Opiekę zapewniają studenci i licealiści.


Ze względów czysto ludzkich

"Doznałam w dzieciństwie urazu" - napisała w pamiętniku Hanna Chrzanowska, gdy po latach próbowała dociec przyczyn fascynacji pielęgnacją chorych. "Uraz" przydarzył się 12-letniej Hannie, gdy w 1914 r. leczyła się z czerwonki w szpitalu Karola i Marii Szlenkierów na warszawskim Lesznie. Urzekła ją fachowość, czułość i cierpliwość nie tyle lekarzy, co pielęgniarek.

Kilka miesięcy wcześniej, nim szpital oddano do użytku, Hanna zwiedzała go w asyście naczelnego lekarza i ciotki - Zofii Szlenkierówny, kuratorki szpitala. "Stosunek ciotki do ufundowanego przez nią szpitala był czymś zupełnie innym niż stosunek filantropa podpisującego czek, choćby kilkunastomilionowy, na odległy cel. Podpisujący czek kocha w gruncie rzeczy swoje pieniądze, które może wydać. Ciotka kochała nie pieniądze, ale swój szpital. Kochała szpitalne dzieci". Dobroczynność w rodzinie Chrzanowskich i Szlenkierów traktowano jak obowiązek wypełniany z poczucia bezinteresownej powinności. Dziadkowie woleli zapewnić chłopom z rodzinnego folwarku nowe czworaki zamiast odnowić dwór. Matka z powodu budowy szkoły zrezygnowała z postawienia w Krakowie wymarzonego domu z ogrodem.

Krótko po wyjściu ze szpitala Hanna obchodziła z bratem urodziny. Oboje otrzymali po 10 rubli z sugestią, że powinni je przeznaczyć na społeczny cel. Hanna poszła z mamą na Nowy Świat i kupiła ubranie na zimę dla chłopca, który nie miał się w co ubrać przed opuszczeniem szpitala.

Pomoc drugiemu nie opierała się na chęci zapracowania na przyszłe zbawienie duszy. "Nigdy nie słyszałam - ja, która wzrosłam w atmosferze dobroczynności i dobroci (...) że mam być dobra z powodu Boga i dla Boga" - zanotowała w pamiętniku. Rodzice byli niewierzący, traktowali pomaganie innym jako obowiązek: czasami patriotyczny, zazwyczaj czysto ludzki. Taki światopogląd przejęła Hanna, której nawet krucyfiks w kostnicy szpitala Szlenkierów nie wydawał się przejawem wiary, a jedynie "ukłonem w stronę konwenansu".

- To była kontemplacyjna dusza - o. Leon Knabit, benedyktyn, jeden z pierwszych rekolekcjonistów dla chorych w Trzebini i współpracownik Hanny, patrzy przez okno rozmównicy w tynieckim opactwie na drugą stronę Wisły.

Jaką drogę trzeba przebyć od "ukłonu w stronę konwenansu" do wybrania drogi benedyktyńskiej oblatki? - Nawrócenie przeżyła w latach 30. Nie wiem, jak do tego doszło. Ja poznałem już przeraźliwie pobożną i ciętą na dewocję niewiastę, która przynajmniej raz w roku na pewno się tu pojawiała - w czasie obchodów Wielkiego Tygodnia. Mieszkała wówczas w kiepsko ogrzewanych, przyklasztornych budynkach, przygotowując się do świąt Zmartwychwstania.

Praktyki ograniczyła do tego, co najważniejsze: czytanie Biblii, Oficjum, Msza, adoracja Najświętszego Sakramentu, różaniec. Idealnie łączyła modlitwę z miłością bliźniego. Była soborowym człowiekiem. O Synodzie zwołanym po Vaticanum Secundum mówiła, że to jej "hobby". Łacina nie miała przed nią tajemnic, o teologii można było z nią rozmawiać jak z wykształconym księdzem. Nie fascynowała się proboszczem czy ułożeniem kwiatków na ołtarzu, uderzyła w to, co najważniejsze: Misterium Chrystusa i Kościoła.


"Nasi panowie - chorzy"

W 1920 r. Hanna zdała maturę. Trwała wojna polsko-bolszewicka i razem z najbliższą przyjaciółką zaoferowały swoje "dwie niewprawne ręce" do pomocy w Komitecie Obrony Polski. Gdy w Krakowie pojawił się Amerykański Czerwony Krzyż, zapisały się na mały kurs pielęgniarski. "Może dobrze się stało, że nie trafiłam na kurs anatomiczno-chirurgiczny (...), że skończyłam tylko właśnie mały kurs pielęgniarski, gdzie nie instrumenty chirurgiczne, ale łóżko chorego było na pierwszym planie" - wspominała Chrzanowska tamtą praktykę z "miednicą, mydłem i ręcznikiem".

Po kilkudziesięciu latach Alina Rumun rozpoczyna rozmowę o Hannie Chrzanowskiej od... opisu odleżyny. Małego zaczerwienienia, a potem rany, która pojawia się, gdy chory nie jest myty, nacierany i leży za długo w jednej pozycji.

Tak nieefektownie rozpoczynać rozmowę o inteligentnej i pełnej humoru kobiecie? Tyle że ten "wstydliwy drobiazg" w pracy Hanny był najważniejszy. Chorym należało się tak opiekować, aby nie musiał cierpieć z powodu pielęgniarskich zaniedbań. Zgodnie ze średniowieczną maksymą: "Nos seigneurs - les malades" - "Nasi panowie - chorzy".

Kiedy Chrzanowska decydowała się zostać pielęgniarką, nikt już nie mówił o chorych, że są od tego, by im służyć. Do młodziutkiej Chrzanowskiej dochodziły echa dezaprobaty krakowskiej opinii publicznej, dla której czym innym było pielęgnowanie żołnierzy podczas wojny, a czym innym praca w zwykłym szpitalu, gdzie "właściwie nie ma co robić". Utyskiwano, jak pisze w pamiętniku, że "taki jakiś powstał zawód dziwny, głupawy, poniżający...", czyli właśnie pielęgniarstwo.

W marcu 1922 r., gdy Hanna została uczennicą Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa (założonej przez amerykański Czerwony Krzyż, pierwszej w Polsce szkole tego zawodu), znajomi rodziny zastanawiali się, czy "Chrzanowscy tak już podupadli, że córkę dają na pielęgniarkę".

W szkole męczyły ją absurdalne przepisy regulaminu, ostry rygor i nadzór. Ale dzięki celebrowaniu czynności pielęgnacyjnych wyniosła z niej poczucie wyjątkowości tego, co robi. I szacunek do chorych, których powinno się traktować nie jak podopiecznych ale właśnie, jako seigneurs. Tego uczyły instruktorki, m.in. Amerykanki polskiego pochodzenia. Jedna z nich, pani Tylska, zapisała się w pamięci Hanny wykładami przeplatanymi sentencjami: "pielęgniarka się poświęca. (...) na każde żądanie pacjenta winna mu się oddać bez zastrzeżeń" albo "pielęgniarka jest uprzejma. Rano mówi chorym dzień dobry. Wieczorem (...) dobranoc na znak, że się od niej już nic więcej spodziewać nie może".

Pod koniec nauki, w 1925 r., wyjechała do Paryża, korzystając ze stypendium Fundacji Rockefellera. Wyjazd, podczas którego zwiedzała Luwr, słuchała koncertów muzyki Beethovena i uczęszczała na zajęcia z pielęgniarstwa społecznego, zadecydował o jej dalszym życiu zawodowym.

Na początku 1926 r. została instruktorką pielęgniarstwa społecznego w nowo otwartej Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie. Redaguje, wraz z Marią Starowieyską, pismo branżowe - "Pielęgniarka Polska", uczestniczy w pracach nad pierwszą w historii polskiego prawodawstwa ustawą o pielęgniarstwie (ustawa weszła w życie dopiero w 1935 r.). Pielęgniarstwo środowiskowe staje się obowiązkowym przedmiotem nauczania i praktyki pielęgniarskiej.


Prawo do własnego kąta

W czasie wojny Hanna Chrzanowska pracuje w Sekcji Pomocy Przesiedleńcom Polskiego Komitetu Opieki, wchodzącego w skład Rady Głównej Opiekuńczej w Krakowie.

Generalne Gubernatorstwo zalała wówczas fala wysiedleńców z Pomorza, Śląska i Wielkopolski. Chrzanowska zajmuje się szukaniem mieszkań i pracy dla zagrożonych wywiezieniem na roboty do Niemiec; organizuje kolonie letnie dla dzieci przesiedleńców w dworach szlacheckich. Po rozpoczęciu przez Niemców zagłady Żydów, pomaga w przygotowywaniu dzieci żydowskich do adopcji.

Szkoła pielęgniarska przy Uniwersytecie Jagiellońskim rozpoczyna działalność już w kwietniu 1945 r. Jej dyrektorem zostaje Anna Rydlówna - siostra Lucjana Rydla (pierwowzór Haneczki z "Wesela" Wyspiańskiego). Jedną z uczennic, od września, jest Alina Rumun - dziewczyna z Zagłębia Dąbrowskiego, później najbliższa współpracowniczka Chrzanowskiej. Dyplom odebrała po trzech latach nauki w auli Collegium Novum UJ. Należała do ostatniego rocznika, który tak dostojnie mógł zakończyć edukację. Szkołę oddzielono od uniwersytetu, aby władzom PRL-u łatwiej było ingerować w jej program, m. in. zmniejszając liczbę zajęć z pielęgniarstwa społecznego.

- Większość uczennic chyba wolała zajęcia w szpitalu, gdzie nie były narażone na taki wysiłek i stres, jak przy odwiedzaniu chorych w domach - Alina Rumun nie zapomniała zniechęcenia koleżanek. - Praca była wymagająca, ale uczyła otwarcia na potrzeby chorych. Ludzi bulwersowało, gdy słyszeli od Hanny, że lekarstwa i Komunia św. to zbyt mało, aby zapewnić chorym godne życie. Oni mają też prawo do rozrywki i mamy im to umożliwić.

- Opieka w zakładzie zamkniętym była dla niej ostatecznością - mówi Alina Rumun. - Najdłużej, jak to jest możliwe, chorego mają otaczać znajome sprzęty, odgłosy, ludzie. Łóżko i nocna szafka to za mało. Chory ma mieć swój, a nie szpitalny, porządek dnia. Pod tym względem nic się przez pół wieku nie zmieniło: boimy się szpitala, bo tam tracimy autonomię. Skażą nas tam na towarzystwo obcych osób, poddadzą rygorowi, nawet światło będą wyłączać o wyznaczonej godzinie.

Chrzanowska chciała czegoś innego. Dla niej najnędzniejsza istota z zapuszczonego mieszkania na Kazimierzu miała prawo do własnego kąta. Chociażby po to, aby to swoje nieszczęście ukryć przez wścibstwem innych.

Gdy zajęć i uczennic było już tak niewiele, że uniemożliwiało to opiekę nad coraz większą gromadą chorych, Chrzanowska zaczęła myśleć o ograniczeniu pracy w szkole (ostatecznie przeszła na emeryturę) - oparciu pielęgniarstwa otwartego na strukturze niezależnej od państwa.

Rozczarowanie pogłębiała ówczesna służba zdrowia, która nie angażowała przeszkolonych do opieki domowej pielęgniarek, ograniczając ich pracę do wykonywania poleceń lekarskich w szpitalach.


List do znudzonych i narzekających

W czerwcu 1957 r. Chrzanowska pojawiła się u ks. Wojtyły - wikarego w krakowskim kościele św. Floriana. Opowiedziała o pielęgniarstwie otwartym, które poznała w USA i Europie Zachodniej. Pielęgniarki przychodzą do chorych do domu: sprzątają, robią zakupy, myją, przebierają, czasami, po prostu, spędzą z kimś chwilę czasu. Szpitale nie zajmują się przecież obłożnie chorymi w domach. Potrzebom nie zaradzają ani Caritas, ani żadna organizacja charytatywna. A gdyby tak każda krakowska parafia miała kilka osób: zawodowych pielęgniarek, sióstr zakonnych, seminarzystów, studentów czy, po prostu, osób przyuczonych do takiej opieki? Dlaczego księża nie mieliby pomóc w ich znalezieniu?

"Mnie się paliło!" - opisała w pamiętniku tamto spotkanie. Ks. Wojtyła widać przejął się ideą, bo jakiś czas później poszli razem do prałata Bazyliki Mariackiej ks. Ferdynanda Machaya (gdy Wojtyła został metropolitą krakowskim, właśnie Chrzanowska podawała mu adresy chorych, których odwiedzał w Wielkim Poście). "Niechby odmówił! (...) Przygotowałam sobie na ten wypadek mnóstwo strzał" - zanotowała Chrzanowska w pamiętniku. Miała świeżo w pamięci odpowiedzi niektórych proboszczów, którzy na propozycję stworzenia pielęgniarstwa parafialnego odpowiadali, że u nich nie ma ani biednych, ani chorych.

"Strzałami" mogły być opowiadania o ludziach, których udało się jej dotychczas wygrzebać z zapuszczonych mieszkań. Choćby o starszej kobiecie z nowotworem mózgu, brudnej i z odleżyną, mieszkającej z dwiema córkami: psychopatką, pracującą 8 godzin poza domem i schizofreniczką, wymagającą opieki. "Paznokcie chorej tak długie i grube, że słychać stuk o podłogę, kiedy je obcinamy. Przy obracaniu na bok wyje i szczypie. (...) wszy sypią się jak piasek i roją się w ranie pod warstwą brudu i maści" - notowała w zapiskach. Pod opieką pielęgniarek znalazła się dopiero tydzień przed śmiercią. Inna osoba - chora na reumatyzm z deformacjami, myśli o samobójstwie. Jakaś staruszka ma owrzodzone podudzia rojące się od robactwa, skazana na przypadkową "opiekę" znosi złośliwości i głodzenie. Ktoś inny - całkowicie sparaliżowany, z obrzękiem nóg i rąk.

Prałata Machaya nie trzeba było przekonywać. Bez wahania przeznaczył na opiekę nad chorymi pensję większą niż początkującej pielęgniarki - 1000 złotych miesięcznie. Do upowszechnienia takiej opieki było jednak daleko. W najtrudniejszym okresie - styczniu 1960 r., cztery pielęgniarki zajmowały się 35 chorymi.

- Pani Chrzanowska miała talent do znajdowania ludzi - mówi Alina Rumun. - Ani opieka społeczna, ani służba zdrowia nie grzeszyły gorliwością. Zdarzały się rudery, gdzie nikt nie podejrzewał, że tam może być ktoś potrzebujący pomocy. Rodzina ukrywała takie osoby, bojąc się, że poskarżą się na złą opiekę, a poza tym, w ich mniemaniu, to nie był honor mieć takiego "biedaka" w rodzinie. Po kilku latach intensywnych starań w duszpasterstwo parafialne zaangażowali się studenci z duszpasterstwa dominikanów, jezuitów i od św. Anny, męskie i żeńskie nowicjaty zakonne, klerycy.

Kilka miesięcy po spotkaniu Chrzanowskiej z Wojtyłą i Machayem Tadeusz Żychiewicz znalazł na swoim biurku w "Tygodniku Powszechnym" niebieską, urzędową kopertę z dwiema stronami maszynopisu i odręcznie zapisaną kartkę. "To nie jest "literatura"" - pisała autorka, prosząca Żychiewicza o nie podawanie nazwiska. "Jest to zresztą tylko niewielki ułamek, dwie karty pielęgniarskiego notatnika. (...) Nie wiem, do kogo kierować by należało te kartki: do znudzonych, do narzekających, do sytych i zabezpieczonych - czy może prościej do ludzi".

W maszynopisie znalazł m.in.: "Do zamkniętego zakładu leczniczego nigdy nie namawiamy forsownie. Ale czasem, wyjątkowo, musimy forsować. Mróz 12 stopni. Szopa w jakimś zakamarku na podwórzu, nie opalana. Znowu barłóg, brudy, gałgany, głód. Chora, około 40 lat. Psychoza i ciężki reumatyzm. Piszemy podanie klęcząc na podłodze (...). Atak na pewien zakład zakonny. Przedstawiamy, co i jak. Że mróz, że chora się zanieczyszcza. To nas zgubiło: "taka młoda, to ileż ona prześcieradeł zużyje!". Przerażone taką "caritas", ale nie chcąc naszej chorej gotować dodatkowych przykrości, zaciskamy zęby i pertraktujemy dalej".

Oszczędne opisy osób, którymi opiekują się kobiety z pielęgniarstwa otwartego, ukazały się w "TP" bez komentarza. "Ich anonimową relację powierzam drukarskiej farbie. Adresuję ją zwyczajnie: do ludzi. I wiem, że w tym kontekście adres ten nie będzie drętwy" - napisał Żychiewicz.

Dzięki ofiarności "adresatów" udało się kupić pierwszy "skromny inwentarz": strzykawki, opatrunki, lekarstwa.
Ludzie z nor i ludzie z ulicy

Ela Łubińska napisała na końcu swojej książki: "Choroba zrobiła postępy, a ja bardziej zhardziałam. Ale muszę taka być, bo w przeciwnym razie ludzie wdeptaliby mnie w ziemię jak robaka. (...) My, chorzy, o wszystko musimy walczyć, nawet o minimum".

Ludzie z nor dowiadywali się, że mają prawa, a ich życie nie musi ograniczać się do obserwowania widoków za oknem. Edukacja społeczna miała i drugą stronę - ludzi z ulicy, którzy zobaczyli i poznali osoby niepełnosprawne, co wreszcie opuściły domy.

- Dzięki Chrzanowskiej nie boimy się niepełnosprawności - o. Leon Knabit był jednym z dwu pierwszych duchownych, których Hanna poprosiła o wygłoszenie rekolekcji w Trzebini. - Jeśli Elę Łubińską mdliło od widoku takiej liczby połamańców, to co my mogliśmy powiedzieć? Kolega zrezygnował, ja uczyłem się pozbywać uprzedzeń podczas pierwszych rekolekcji. W latach 60. to był szok nie tylko dla mnie: kawalkada ludzi na wózkach i noszach, o kulach. Ich wszystkich pani Hanna zabierała do świata: na ulice, do kościoła, na procesje Bożego Ciała. Do ludzi.

Chrzanowska potrafiła być szorstka, czułość zachowywała dla chorych. Spełniała przy nich najprostsze posługi, jak salowa. Gniew wobec niej nie wchodził w grę. Zbyt silne było doświadczenie zgodności czynów pani Hanny z życzeniami chorych. "Miękko" wymagała od ludzi: potrafiła zapanować zarówno nad temperamentami młodych opiekunów, jak nad nadwrażliwością zaniedbywanych dotychczas chorych.

Pamiętam, że gdy była już chora, poprosiłem ją o pomoc dla pewnej osoby i ona przyjechała do mnie do Tyńca z drugiego końca Krakowa. Aż mi się głupio zrobiło, że w chorobie zawracałem jej głowę. Ale była solidnym człowiekiem z prawdziwym protestanckim wychowaniem, bo katolik mógłby powiedzieć: "Przecież Pan Bóg sobie poradzi".

- W jej domu nauczyłam się szacunku do człowieka - siostra Maria Czech, klaryska ze Skaryszewa koło Radomia, w latach 60. jako studentka geografii UJ wynajmowała pokój w mieszkaniu Chrzanowskiej. - Wiele osób do niej przychodziło, ale nikogo nie przyjmowała w przedpokoju. Potrafiła odsunąć wszystko i zająć się tą jedną zagubioną duszą. To właśnie ona i ks. bp Jan Pietraszko - duszpasterz akademicki i znany kaznodzieja, mieli decydujący wpływ na to, że 30 lat później wstąpiłam do klasztoru kontemplacyjnego.

Kiedyś wróciła z Puszczy Niepołomickiej, o której ktoś jej powiedział, że chyli się ku upadkowi. Pani Hanna powiedziała wówczas spokojnie: "Zupełnie jak ja". Gdy już była w szpitalu, dostałam od niej list: "Odwiedziło mnie 70 osób. Statystyki, ile razy kto - brak. Brak też danych co do kwiatów. (...) To wszystko - żeby ci było łatwiej napisać biografię H.C.". Godny zazdrości dystans do siebie i poczucie humoru.


Co podstawić w miejsce iksów?

Hanna Chrzanowska nie lekceważyła rzeczy zwyczajnych. Kładła się o stałej, wczesnej godzinie, bo "pielęgniarka musi mieć przecież siłę do pracy". Codziennie uczestniczyła w Mszy. Latem i zimą wyjeżdżała na obowiązkowy urlop. Doceniała staranny wygląd swoich współpracowniczek, zauważała każdy elegancki drobiazg. Przy szczególnych okazjach zakładała broszkę wykonaną z monet z czasów Zygmunta Augusta.

Z czasów, gdy próbowała sił jako pisarka (pod pseudonimem Agnieszka Osiecka opublikowała przed wojną dwie książki), pozostała jej fascynacja naturą oraz wszechstronne zainteresowania. Maria Czech przypomina sobie wspólną wyprawę do ulubionego przez Chrzanowską Tyńca, gdy ta dociekliwie wypytywała ją o strukturę i genezę gleb. Często zdarzało się Hannie wyjeżdżać z kluczem do oznaczania roślin.

Lata po 1966 r., kiedy ujawniła się choroba nowotworowa, Chrzanowska uważała za podarowane przez Opatrzność na dokończenie ziemskich spraw. Rozdała prawie cały swój majątek, sporządziła testament. Starała się pracować jak dawniej, ale coraz częściej współpracownicy słyszeli, że nie chce z nimi rozmawiać, "bo jest w nie swojej skórze". "Boże, jak ja się cieszę, że już niedługo nie będę miała sił na to wszystko!" - pisze w notatkach.

Od wielu lat uczulona na antybiotyki i lizol, nie przekraczała progu szpitala. Gdy choroba powróciła, Chrzanowska oczekiwała tylko opieki i spokoju. Wyczerpana i wyczekująca śmierci, nie przyjmowała gości, drażniła ją nawet obecność opiekunów. Zmarła we śnie 29 kwietnia 1973 r.

Pracę Chrzanowskiej prowadziła do połowy lat 90. Alina Rumun. Gdy zamieszkała w Domu Pomocy Społecznej w Podgórkach Tynieckich, zasiadła do otrzymanego od Hanny biurka prof. Chrzanowskiego i rozpoczęła porządkowanie stosów papierów, jakie pozostały po ich pracy. Zależy jej, aby pamięć o Hannie nie zaginęła wraz z ludźmi, którzy ją znali. Cieszy się z otwartego w Zatorze niedaleko Oświęcimia domu dla niepełnosprawnych imienia Hanny, śledzi rozpoczęty proces beatyfikacyjny Chrzanowskiej. Zdaje sobie sprawę, że pielęgniarstwo parafialne nie przetrwało śmierci założycielki. Mówi jednak: - Są ludzie, którzy nie zapomnieli myśli Hanny. Może to znacznie więcej niż mogłybyśmy przypuszczać.

*

"A to jest przecież moja siostra" - kończy Chrzanowska opis pijaczki spod obrazów Matki Boskiej. "Dlaczego? Bo Bóg dał do rozwiązania równania pozornie tylko skomplikowane (...). Pod iksy tego równania trzeba tylko podstawić słowa Boga samego: "byłem chory i nawiedziliście mnie". Cóż prostszego?".


Za udostępnienie zdjęć dziękujemy ks. Kazimierzowi Kubikowi z parafii św. Mikołaja w Krakowie.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl