Listy

Oswoiliśmy śmierć
Mama zmarła nagle. Na atak serca. Wezwała pogotowie do Taty, który, jak się potem
okazało, miał wylew. Nie byłam przy Niej. Mieszkam za daleko od Gołdapi. Od wylewu,
spowodowanego guzem przerzutowym, do śmierci Taty w hospicjum w Jaślicach koło Olecka
minęło równo sześć tygodni. Tato spędził je z nami, czyli moimi dziećmi (19, 22 i
25 lat), bratanicą (19 lat) i ze mną w szpitalach i hospicjum (reszta rodziny odwiedzała
Tatę). Oswoiliśmy śmierć i umieranie, choć, gdy patrzę wstecz, baliśmy się,
niezależnie od wieku, tej pierwszej nocy w szpitalu. Pamiętam jednak nie tylko lęki,
także to, że było nam dane przebywać z Tatą. Dzieci stały się bardziej dojrzałe,
nauczyły się rozmowy o trudnych, ostatecznych sprawach, cierpliwości i zrozumienia
chorego człowieka. Zobaczyły w udręczonym do granic możliwości ciele tego samego
Dziadka, który wprowadzał je w świat.
Gdy widziałam dzieci w szpitalu (wymienialiśmy się około 12-13 w południe), które
opiekując się Dziadkiem zdawały egzaminy sesyjne, spędzały przerwę międzysemestralną
i ferie szkolne - gdy widziałam ich spokój, radość z przebywania z Dziadkiem i
opanowanie trudnej sztuki pomocy Mu, ton i sposób rozmowy z Dziadkiem, gdy potem - z
powodu ,,pocących się oczu" wychodziłam na korytarz szpitalny - byłam wdzięczna
Bogu za to, że na naszej drodze postawił wspaniałego lekarza, panią dr Prażmo-Fiałkowską.
To ona na nasze pytanie, co możemy jeszcze dla Taty (Dziadka) zrobić, odpowiedziała:
,,Być, być przy Nim". To, że Dzieci odpowiedziały razem ze mną na to wezwanie,
że tak dojrzale do tego podeszły, było moją wielką radością. Słowa pielęgniarek i
lekarzy, uśmiechy i rozmowy pacjentów dodawały mi sił.
I potem ostatni, krótki, bo zaledwie trzydniowy etap życia Taty - przystanek w
hospicjum. Byłam wdzięczna pani doktor, że skierowała tam mojego Tatę, że sama
wszystko załatwiała, choć na pewno nie musiała tego robić... Pozwolono mi przy Nim być
do końca, podano zapałki, abym mogła zapalić gromnicę, pozwolono pożegnać się z
Nim sam na sam (,,tak długo jak pani będzie chciała"), potem wykręcano za mnie
kolejne numery telefonów, a na koniec - poczęstowano ogromnym kubkiem doskonałej
herbaty owocowej z dodanymi listkami mięty. Na zawsze to zapamiętam. I choć nadal boli,
wiem, że warto ,,oswoić śmierć", warto ,,być" - bo wtedy, proszę mi wierzyć,
dużo więcej się dostaje, niż daje.
Na koniec wielka prośba skierowana do bliskich osób, które umierają: nie bójcie się
być przy nich, nie zamykajcie się w swoim cierpieniu, pomóżcie im swoją obecnością,
naprawdę wiele otrzymacie, wiele się nauczycie i wiele dowiecie się o sobie, swoich
reakcjach i możliwościach. Czy potem będzie łatwiej? Może nie, ale inaczej będzie
spoglądać na zdjęcie, słuchać głosu zapisanego na taśmie, rozpamiętywać
wspomnienia. Gdzieś zginie uczucie niepokoju. I jeszcze jedno. Dziękuję tym Wnuczkom i
Wnukom mego Taty, którzy swoją postawą pokazali, że Młodzież - to brzmi dumnie.
KRYSTYNA SZCZEŚNIAK
(Gdańsk)
Być może
Gdyby współcześni "prawdziwi" obrońcy czystości wiary i autorytetu Kościoła
żyli 3 tys. lat temu, zapewne staraliby się nie dopuścić do szeregu popełnionych wówczas
"błędów".
Poproszono by św. Piotra, aby wyjazd do zdeprawowanego i bezbożnego Rzymu, oraz późniejsze
związanie się z tym miastem, uzależnił od uzyskania uprzedniego zapewnienia o
akceptacji prawd i zasad, które zamierza głosić. Autorzy Ewangelii, Dziejów oraz Listów
Apostolskich prawdopodobnie nie mogliby zamieszczać informacji o błędach i zadrażnieniach
w gronie ówczesnej hierarchii (zaparcie się św. Piotra, spory o pierwszeństwo,
nieporozumienia między św. Pawłem a św. Markiem i Barnabą). Tego rodzaju sprawy
powinny być przecież omawiane i załatwiane w zamkniętym kręgu kierownictwa.
Ujawnianie ich szerokiemu ogółowi szkodzi autorytetowi Kościoła. Wiedząc o udziale św.
Pawła, przed jego nawróceniem, w prześladowaniach wyznawców Chrystusa, czyniono by
starania o niedopuszczenie go do zajęcia wysokiej pozycji w Kościele i uznania za Apostoła
Narodów.
Być może udałoby się również nie ujawniać przykrego faktu, że wszyscy Apostołowie
byli Żydami (pobożna osoba przekonywała mnie, że to nieprawda, bo byli
Galilejczykami!).
JERZY SĘDZIMIR
(Kraków)
Przed odkryciem Ameryki
W tekście ,,Wirusowe trzęsienie ziemi" (,,TP" nr 15/2003) Jacek Kubiak
twierdzi, że ,,Indianie odpłacili się nieświadomie zarażeniem Europejczyków kiłą.
Powodujący ją krętek blady wywołał na Starym Kontynencie wielką epidemię pod koniec
XV w. po zwycięskim powrocie Krzysztofa Kolumba". Mit ten obalił już w latach 30.
prof. UJ Franciszek Walter (1885-1950) - wybitny wenerolog, dermatolog, historyk medycyny,
znawca sztuki i badacz zjawisk wpływających na rozwój chorób o znaczeniu społecznym.
W książce "Wit Stwosz, rzeźbiarz chorób skórnych" (1933) opisał pod kątem
naukowo-
-lekarskim rzeźby autora ołtarza w krakowskiej Bazylice Mariackiej. Właśnie w
postaciach wyrzeźbionych na ołtarzu, który, jak wiemy, powstał przed wyprawą Kolumba
do Ameryki, prof. Walter doszukał się objawów późnej kiły.
WIT RADWAŃSKI
(Nowy Targ, woj. małopolskie)
Nie obalałbym jeszcze, na podstawie rzeźb Wita Stwosza, hipotezy amerykańskiego
pochodzenia kiły. Pewne objawy chorobowe, odnajdywane w rzeźbach twórcy z Norymbergi,
mogą sugerować "możliwość" istnienia kiły w Europie przed odkryciem
Ameryki. Nie ma jednak naukowego dowodu istnienia kiły w czasach Stwosza, tak jak nie ma
dowodu na to, że jej epidemię, która wybuchła po powrocie Kolumba, przywieziono z
Ameryki. Obie tezy są dyskusyjne i oparte na podejrzeniach lub przypuszczeniach.
JACEK KUBIAK
Najstarsze liceum
Z uwagą przeczytałem tekst pani Edyty Mętel "Młodzieży portret własny"
("TP" nr 16/2003). Chciałbym sprostować jedną informację. Pierwsze Liceum Ogólnokształcące
im. Nowodworskiego w Krakowie nie jest najstarszym liceum w Polsce. Bartłomiej
Nowodworski (ok. 1552-1625) jest fundatorem i patronem tej szkoły, tymczasem na wiele lat
przed tym faktem powstała w Poznaniu, przy kościele farnym p.w. św. Marii Magdaleny,
szkoła parafialna, którą zezwolił erygować Radzie Miasta Poznania przywilejem z 1304
r. biskup poznański Andrzej Zaremba. W latach 1573 -1773 szkołę prowadził Zakon Jezuitów
jako Collegium Posnanioense Societatis Jesu. Po jego likwidacji, kontynuacją szkoły
"Ad Sanctam Mariam Magdalenam" jest Akademia Poznańska (Wielkopolska) istniejąca
do 1780 r., następnie w latach 1780-1804 Szkoła Wydziałowa Komisji Edukacji Narodowej.
Po odzyskaniu niepodległości szkoła im. św. Marii Magdaleny istniała do 1939 r., a po
wojnie do 1950 r. Dopiero po wieloletnich staraniach byłych wychowanków tej szkoły,
niewątpliwie najbardziej zasłużonej w kształceniu kadr inteligenckich dla
Wielkopolski, udało się w 1990 r. szkołę reaktywować.
O miano najstarszej szkoły średniej w Polsce ubiega się też liceum im. A. Małachowskiego
istniejące podobno od 1180 r. (ufundowane przez Dobiechnę, żonę Wojsława, mentora
Bolesława Krzywoustego).
ZDZISŁAW J. PIZIO
(Opole)
Lekarz od tyfusu
Podczas wojny, przez ponad 4 lata, pracowałam przy produkcji szczepionki we lwowskim
instytucie do walki z tyfusem, prowadzonym przez prof. Rudolfa Weigla. W styczniu 2003 r.
Instytut Yad Vashem w Jerozolimie przyznał profesorowi, pośmiertnie, tytuł
,,Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata" za pomoc okazaną Żydom podczas II wojny światowej.
Chciałabym przypomnieć przy tej okazji najważniejsze fakty z jego życia.
Prof. Weigl (1883-1957), odkrywca szczepionki przeciw tyfusowi plamistemu, należał przed
wojną do grona najwybitniejszych uczonych pracujących nad tym problemem. Profesor nie
przyjął ani propozycji Rosjan, oferujących mu tytuł akademika Wszechzwiązkowej
Akademii Nauk w Moskwie, ani Niemców, zachęcających go do objęcia katedry na
uniwersytecie w Berlinie i kuszących propozycją zgłoszenia jego osoby do Nagrody Nobla.
Mimo nacisków nie podpisał Reichslisty, ponieważ z wyboru, mimo pochodzenia
austriacko-czeskiego, czuł się Polakiem. Obawiając się choroby, Niemcy pozwolili
profesorowi kontynuować pracę w instytucie i dali mu pełną swobodę w doborze
pracowników. Dlatego wśród laborantów, karmicieli wszy i innych pracowników znaleźli
się m.in.: prof. Stefan Banach (matematyk), Józef Chałasiński (socjolog), Zbigniew
Herbert (poeta), Artur Hutnikiewicz (literaturoznawca), Jerzy Kuryłowicz (językoznawca),
Henryk Mosing (bakteriolog), Eugeniusz Romer (geograf), Stanisław Skrowaczewski
(kompozytor i dyrygent), Andrzej Szczepkowski (aktor). Szczepionki przeciwko tyfusowi
przewożono do gett lwowskiego i warszawskiego, oddziałów AK oraz do obozów w Majdanku
i Oświęcimiu. Był to człowiek wielkiego serca i odwagi, który w latach wojny uratował
wiele tysięcy ludzi.
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)
List-wspomnienie o prof. Weiglu publikowaliśmy też w "TP" nr 45/2002.
Zakładnicy nędzarzy
W listopadzie 2002 r. zmieniono podział administracyjny Warszawy, likwidując gminy, które
do tej pory wspierały finansowo działalność na rzecz ludzi bezdomnych. Do tego w
planach budżetu na rok 2003 poprzednie władze nie uwzględniły pieniędzy dla
organizacji pozarządowych pomagających bezdomnym, choć prowadzą one wszystkie placówki
dla tych osób. Dotacje, jakie otrzymywała Wspólnota "Chleb Życia" na trzy
warszawskie domy, stanowiły 30 proc. kosztów ich utrzymania. Od listopada walczyliśmy o
pieniądze. Otrzymaliśmy je w końcu lutego i to dużo mniej niż w roku ubiegłym, na
pierwsze cztery miesiące. W takich sytuacjach jesteśmy bezradni.
My nie możemy zamknąć schronisk i wyrzucić ludzi na bruk. Nie możemy też kierować
bezdomnych do placówek miejskich, ponieważ takich po prostu nie ma. Jesteśmy zakładnikami
nędzarzy, dlatego nasza bezradność i gniew narasta. Beztroska i bezkarność ludzi, których
zadaniem jest służba społeczna dla dobra ogółu, jest z roku na rok większa.
Organizacje pozarządowe wykonują zadania należące do państwa lub samorządu dużo
taniej, a traktowane są jak natrętni żebracy w kolejce do społecznej kasy. Ile wysiłku,
czasu i pieniędzy kosztowało nas wywalczenie należnych biedakom pieniędzy! (telefony,
podróże). W Warszawie latami organizacje wypracowywały razem z poprzednimi władzami
system pomocy bezdomnym (Wspólnota pracowała nad tym 12 lat). Dzięki temu nie ma już
matek z dziećmi na ulicy, chorzy są leczeni, ludzie dostają nie tylko jedzenie i dach
nad głową, ale także pomoc specjalistów w załatwianiu spraw. Wielu może wrócić do
społeczeństwa. Ten system jest obecnie zagrożony. Stawia to przed nami pytanie o sens
współpracy z władzami oraz głębsze pytanie o miejsce ubogich w społeczeństwie i
nasz do nich stosunek.
S. MAŁGORZATA CHMIELEWSKA
przełożona Wspólnoty "Chleb Życia"
PS. W pierwszym kwartale 2003 r. przyjęliśmy do domów Wspólnoty 332 osoby bezdomne, w
tym 76 dzieci, choć jest u nas tylko 240 miejsc. Poprzez fundusz stypendialny przekazaliśmy
młodzieży szkolnej 68155 złotych. Wszystkim, którzy chcieliby nam pomóc, podajemy
numer konta Wspólnoty:
Bank Spółdzielczy w Raszynie
80040002-1270-27006-11-1.
List został przedrukowany za biuletynem Wspólnoty "Chleb Życia" z kwietnia
2003 r.
|