dotb.gif

„TP”, Nr 19 (2809), 11 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2809/kultura05.php



Niepokorni ogrodnicy

Łukasz Tischner


I znów w coraz głębszych koleinach autostrady Kraków-Katowice ścigali się zmotoryzowani jazz-fani, by zdążyć na koncerty zorganizowane przez "Paradam" i "Erę jazzu". W Katowicach wystąpił ze swym trio Gonzalo Rubalcaba. Dzień później zagrał w Krakowie David Murray.

Rubalcaba to błyskotliwy pianista kubański, łączący latynoskie roztańczenie z żywiołem "improwizowanego komponowania", ale i z przywiązaniem do nobliwej klasyki - od Chopina do Strawińskiego, Ivesa i Hindemitha. David Murray jest jednym z najciekawszych i najwszechstronniejszych saksofonistów amerykańskich. U jego boku stanęli bracia Olesiowie, którzy mimo młodego wieku zdążyli już przekonać słuchaczy, że - jak mawiał Miles Davis - są naprawdę groźni.

Choć muzyczne światy Rubalcaby i Murraya nie mają ze sobą wiele wspólnego, obu wyróżnia odważne i nowatorskie, ale paradoksalnie pełne szacunku, "ogrodnicze" podejście do tradycji. Kiedy ich słuchałem, przypomniały mi się słowa z "Doliny Issy": "Nikt nie żyje sam: rozmawia z tymi, co przeminęli, ich życie w niego się wciela, wstępuje po stopniach i zwiedza idąc ich śladem zakątki domu historii. Z ich nadziei i przegranej, ze znaków, jakie po nich zostały, choćby to była jedna litera wykuta w kamieniu, rodzi się spokój i powściągliwość w wypowiadaniu sądu o sobie. Dane jest wielkie szczęście tym, co umieją je zdobyć". Gdyby zmienić "literę" na "melodie przechowywane w pamięci pokoleń", mielibyśmy przypadek Rubalcaby i Murraya. Obaj umieją rozmawiać z tymi, co przeminęli, z obu też emanuje spokój, który bierze się z miłości do domów, w których dorastali - kultury afro-kubańskiej i szeroko rozumianej Black Music. Są najwyraźniej szczęśliwi.


Muzyczny poliglota

Czterdziestoletni Rubalcaba pochodzi z rodziny o bogatych muzycznych tradycjach - dość wspomnieć o ojcu-pianiście i słynnym dziadku, który komponował kubańskie kontredanse, zwane danzon. Już od ósmego roku życia uderzał palcami w klawisze, by po latach studiować w Hawanie kompozycję. Najprawdopodobniej niewiele byśmy o nim wiedzieli, gdyby w 1986 roku - podczas Havana Jazz Festival - nie "odkrył" go zdeklarowany lewak, a zarazem wspaniały kontrabasista - Charlie Haden.

To za sprawą tego ostatniego Rubalcaba zaczął jeździć po świecie i nagrywać płyty dla największych wytwórni (od kilku lat należy do stajni "Blue Note"). Dziś mieszka już na stałe w Stanach Zjednoczonych i jest chyba wdzięczny miłośnikowi Che Guevary, że pomógł mu wyrwać się z objęć natchnionych rewolucjonistów...

Muzyka, którą zaprezentowało trio Rubalcaby, niewiele ma wspólnego z tym, co znamy choćby z filmu "Buena Vista Social Club". Lider jest olśniewającym wirtuozem, a w dodatku muzycznym poliglotą, który dba o to, by nie trafić do szufladki z napisem "kubański folk". Być może obawa ta jest w nim zbyt silna, bo kiedy dowcipnie improwizował na temat kompozycji dziadka "El Cadete Constitucional", żałowałem, że nie daje się ponieść żywiołowi tańca, do którego jest najwyraźniej stworzony.

Jego ulubioną rodzimą formą muzyczną jest dystyngowany, dworski danzon, który tak ma się do ludowych podrygów, jak wiejskie tańce do mazurków Chopina. Latynoską żywiołowość kiełzna intelekt, który prowadzi Rubalcabę a to w regiony pianistyki romantycznej, a to modalnego jazzu, czy wreszcie muzyki ulubionego kompozytora - Strawińskiego. Lider zdecydowanie dominuje nad partnerami, co sprawia, że trio bliższe jest monarchicznym tradycjom Oscara Petersona niż demokracji, którą zaprowadził Bill Evans.

Być może wynika to stąd, że młody kontrabasista Armando Gola, który zastąpił starego wygę (Jeffa Chambersa), nie nadąża jeszcze za zaskakującymi rytmiczno-melodycznymi woltami swego szefa. Nie ma tych problemów rewelacyjny Ignacio Berroa, który uchodzi za najlepszego afro-kubańskiego perkusistę.

Z drugiej strony miałem chwilami wrażenie, że rytmiczno-melodyczny gejzer inwencji Rubalcaby można by nieco powściągnąć. Kiedy jednak zagrał na bis cudownie przeharmonizowane "Cheek to Cheek", o pretensjach zapomniałem.


Mury Jerycha

Z Davidem Murrayem wiąże się jedno z moich najmocniejszych jazzowych wzruszeń. Kilka lat temu trafiłem w Hadze na koncert "Nieznana strona Duke'a Ellingtona i Billy'ego Strayhorna", podczas którego wspomagani przez chór gospel i genialnego flecistę Jamesa Newtona zagrali koledzy z World Saxophone Quartet. Pomysłodawcą projektu i liderem big-bandu był Murray.

Nigdy później nie słyszałem muzyki tak jazzowej i tak sakralnej równocześnie, której siła z pewnością zmiażdżyłaby mury Jerycha. Uderzyło mnie, że Murray, kojarzony przecież z czarną awangardą, z taką żarliwością i radością gra jazzową klasykę. Bo też saksofonista z Berkeley wymyka się klasyfikacjom.

Jego pierwszą inspiracją była muzyka kościelna. Był i jest związany z free-jazzowymi muzykami z kręgu AACM, ale nigdy nie wyrzekł się miłości do Colemana Hawkinsa i Bena Webstera. Murray - podobnie jak pod koniec życia jeden z jego mistrzów, Albert Ayler - jest nieprzewidywalny. Nigdy nie wiadomo, czy zagra "Chelsea Bridge", czy szaleńcze free. Ciekaw byłem, w jakim wcieleniu wystąpi przed krakowską publicznością.

Za sprawą braci Olesiów Murray wystąpił w swoim wcieleniu "loftowym", czyli bardzo dalekim od mainstreamu. O dziwo, nie tylko nie narzucił "groźnym kotom" repertuaru, ale zgodził się grać niemal wyłącznie ich kompozycje. Bartłomiej i Marcin Olesiowie dość szybko pozbyli się tremy i dzielnie nawiązywali dialog z Murrayem, który co jakiś czas przerzucał się z saksofonu tenorowego na klarnet basowy.

Choć legendarny instrumentalista najczęściej imponował free-jazzowymi "przedęciami", za sprawą których jego tenor zbliżał się nieoczekiwanie do sopranu, nasycał także swą grę żarliwością spirituals i pomrukami w stylu Bena Webstera. Popisał się też sztuczkami brzmieniowymi, które upodobniły jego blachę do jakichś orientalnych perkusjonaliów. Bracia Olesiowie perfekcyjnie zaznaczali puls.

Najbardziej przypadło mi do gustu smyczkowe solo Marcina Olesia, który udanie naśladował brzmienie saksofonu. Bartłomiej z kolei z fantastycznym wyczuciem czuwał nad strukturą chorusu Murraya. Materiał z koncertu znajdzie się wkrótce na płycie.

Trochę szkoda, że muzycy nie mieli okazji dłużej "ograć" swojego materiału (jak np. kwartet Tomasza Stańki, który po kilkumiesięcznym tournée stał się dosłownie jednym organizmem), ale już dzisiaj można powiedzieć, że krążek Murraya z braćmi Olesiami będzie sporym wydarzeniem. Wielkie pochwały należą się "Erze jazzu", która umożliwiła "młodym kotom" spotkanie na tak niebotycznym szczycie.

Mimo wszystko czułem po koncercie pewien niedosyt, bo Murray zaprezentował się krakowskiej publiczności wyłącznie jako frenetyczny Hyde. A przecież jego cały urok polega na tym, że równie mocno kocha całą jazzową tradycję. Może i on czuł podobnie, bo koło północy wpadł do klubu "Indigo", gdzie dołączył do trio Arka Skolika.

Kiedy z półprzymkniętymi oczami grał wiązankę standardów z nastrojowym "All the Things You Are", dotarłem już do siódmego nieba. On chyba też.



GONZALO RUBALCABA TRIO: Gonzalo Rubalcaba (fortepian), Armando Gola (kontrabas) i Ignacio Berroa (perkusja), Górnośląskie Centrum Kultury, Katowice, 25 kwietnia, koncert z cyklu "Jazz raz po raz" zorganizowany przez agencję artystyczną "Paradam" i GCK.

DAVID MURRAY Z BRAĆMI OLESIAMI: David Murray (saksofon tenorowy i klarnet basowy), Marcin Oleś (kontrabas) i Bartłomiej "brat" Oleś (perkusja), Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha", Kraków, 26 kwietnia, koncert w ramach cyklu "Era Jazzu".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl