dotb.gif

„TP”, Nr 19 (2809), 11 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2809/kultura02.php

O filmie "Czas religii" Marca Bellocchio


Wadliwe rusztowanie

Ks. Adam Boniecki


Na ekrany naszych kin wchodzi najnowszy film anarchizującego reżysera włoskiego Marca Bellocchio. Niestety, "L'ora di religione", film bardzo ładny i - jak to się mówi - dobrze zrobiony, zupełnie mi się nie podoba.

Pomimo wszystkich swoich walorów: sprawnej reżyserii, znakomitej gry aktorów, udanej scenografii itp., film ani nie przekonuje, ani nie pobudza do głębszej refleksji - a o to, zdaje się, chodziło. Pierwszą rzucajacą się w oczy rzeczą jest wieloznaczność szczegółów: imion bohaterów, ale także samego tytułu filmu, który może znaczyć - jak chce jego polska wersja - "czas religii", jak również lekcję religii w szkole. Nazwisko bohatera - Ernesto Picciafuoco znaczy chyba "ten, kto igra z ogniem", książę nazywa się Nulla - czyli nic, a piękna panna (pani od religii) - Diana Sereni, co przywodzi skojarzenie z pogodą, zarówno ducha jak i meteorologiczną.

Watykan, choć umieszczony, jak można wnioskować z trasy przejazdu bohatera przez Rzym, tam, gdzie należy, pokazany został bez jakiejkolwiek dbałości o podobieństwo do pierwowzoru. Scena przyjęcia z biskupami, księżmi i zakonnicami utrzymana jest w konwencji farsy, z ostentacyjnym lekceważeniem prawdopodobieństwa. Może należy odczytać to jako sygnał, że chociaż treść filmu ściśle związana jest z aktywnością Kurii Rzymskiej i dotyczy Kościoła katolickiego, to jednak nie o ten Watykan, nie o konkretnego papieża czy prałatów chodzi, ale o sprawy znacznie bardziej zasadnicze. Film (być może) był pomyślany jako sui generis przypowieść. Może miał być kroplą rosy, w której odbije się jeśli nie wszechświat, to przynajmniej człowiek naszej cywilizacji. Ale nie jest.

*

A oto w największym skrócie historia. Malarz Ernesto P. dowiaduje się niespodziewanie, że od trzech lat toczy się proces beatyfikacyjny jego matki. Jej śmierć ma być uznana za męczeństwo, bo zginęła z ręki nienormalnego syna, któremu uporczywie zabraniała przeklinać. Wiadomość zbiega się z momentem, w którym on i żona konstatują, że lekcje religii mają fatalny wpływ na wrażliwą psychikę ich synka Leonarda. Ernesto zostaje wezwany do złożenia zeznań; ma także wyperswadować bratu-zabójcy imieniem Egidio, by złożył zeznanie (my wiemy, że fałszywe), które umożliwi beatyfikację nieboszczki. A do tego wszystkiego Ernesto nie wierzy w Boga, podczas gdy reszta rodzeństwa nagle zamienia się w w praktykujących katolików.

Ernesto nie chce jednak brać udziału w farsie. Matki nienawidził. "Dlaczego?" - pyta zaskoczony kardynał. "Bo była głupia, bo nic nie rozumiała". Właściwie nikt jej za życia nie cenił. Skąd więc pomysł beatyfikacji? Ciotka Maria wyjaśnia to Ernestowi: "Czyż nie będzie użyteczne dla was w przyszłości, dla twojego synka, posiadanie "świętej" babki?". A więc chodzi o tytuł, prestiż, uznanie... Wszystko to, co rodzina Picciafuoco dawno utraciła.

Niewierzący Ernesto, choć w jakimś stopniu uczestniczy w tej farsie, manifestuje swój sprzeciw. Największą rzeczą, której może dokonać, będąc niewierzącym, to pokochać. Nie, nie wszystkich bliźnich, ale jednego, konkretnego człowieka. Najlepiej kobietę. Bo oto właśnie Ernesto namiętnie, bardzo po włosku i w dodatku z wzajemnością zakochuje się w Dianie Sereni, nauczycielce religii, a dzieje się to w dniu, w którym przyszedł do szkoły, by zwolnić synka z chodzenia na lekcje. Nie dowiadujemy się, co było dalej. Czy chory psychicznie Egidio przemówił, czy Ernesto się rozwiódł, ani czy jego matka została wyniesiona na ołtarze.

Razi w tym filmie budowanie rzeczywistości w taki sposób, by wydawało się, iż "instytucjonalnie" zatwierdzona świętość z natury rzeczy jest podejrzana, a dopiero bez Boga i Kościoła da się dostrzec i realizować "świętość" bardziej ludzką i prawdziwą. Ale żeby mieć tezę i antytezę, trzeba było sfałszować katolickie rozumienie świętości, wymyślić jakieś kretyńskie procedury, nie mające absolutnie nic wspólnego z rzeczywistymi. I w ten sposób robi się ludziom wodę z mózgu. Tym bardziej, że film, jako film, jest naprawdę bardzo ładny.


"CZAS RELIGII" reżyseria i scenariusz Marco Belocchio, obsada: Sergio Castellito, Jacqueline Lustig, Chiara Conti i inni, Włochy 2002.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl