|
"Grupy trzymające władze" to codzienność polskiego samorządu
Na prowincji bez zmian
Wojciech Borkowski
Afera Rywina poruszyła lawinę dyskusji o jakości życia publicznego w Polsce i stanie
naszego państwa. W jej wyniku spada poparcie dla rządu i Sejmu. Panuje powszechne przeświadczenie,
że "ci na górze" kradną. Coraz więcej mówi się o kryzysie państwa, wręcz
o końcu III Rzeczpospolitej. Ale kryzys nie dotyka tylko szczytów politycznej władzy.
Trawi też samorząd - mechanizmy są te same, co najwyżej skala inna.
Przeciętny obraz miasteczka w Polsce: między 10 a 20 tys. mieszkańców, kino (jeśli
jeszcze nie zbankrutowało), dom kultury, dyskoteka, liceum, kilka szkół podstawowych i
gimnazjów, jedna lub dwie parafie. W miastach powiatowych sąd, kilka urzędów. Kto dziś
stanowi elitę w tych miejscowościach? Z pewnością status ten utracili nauczyciele i
urzędnicy stanowiący w czasach II RP naturalną grupę wiodącą. Kryterium wykształcenia,
ma marginalne znaczenie liczy się tzw. przebojowość, zaradność.
Wprowadzenie samorządu w 1990 r. to jedna z najbardziej udanych reform w III RP. Pod względem
prawnym bez zarzutu, ale czy równoległy cel budowy obywatelskiego społeczeństwa samorządowego
został w pełni osiągnięty? Wątpliwe. Gdzieniegdzie nadal pozostały stare grupki
nomenklaturowe z czasów PRL, bądź powstały nowe. To są prawdziwe "grupy trzymające
władzę".
Towarzystwo na prowincji
Małe społeczności lokalne tym różnią się od dużych, że często dobrze wiedzą, o
tworzących się wzajemnych powiązaniach oligarchicznych. Czują się jednak wobec nich
bezsilne i siłą rzeczy godzą się na nie. Wynika to z przekonania, że każda próba
sprzeciwstawu może doprowadzić wyłącznie do "unicestwienia buntownika" w środowisku
lokalnym. Śmiałek nie zostanie wsparty przez nikogo, bo "każdy chce żyć".
Taka postawa prowadzi do zobojętnienia ludzi na sprawy społeczne. Można odnieść wrażenie,
że nie wszędzie zakończył się czas władczej PZPR: ustrój upadł - mentalność
pozostała. To niezaangażowanie sprzyja arogancji władzy. Nawet na szczeblu gminnym
zaostrza się podział na my i oni.
Kto potencjalnie może stanowić "grupę trzymającą władzę"? Trzon stanowi
burmistrz i najbliższe otoczenie - zastępcy, sekretarz, rzecznik prasowy, przewodniczący
rady. Kolejną ekipę wsparcia stanowią urzędnicy i kierownictwo instytucji samorządowych
oraz przedsiębiorstw komunalnych. Ważnym warunkiem stabilizującym działania grupy rządzącej,
pozwalającym na przeprowadzanie właściwych uchwał jest większość w radzie. Sposobem
na jej zapewnienie jest pozyskanie radnych np. poprzez zatrudnienie członków rodziny
radnego bezpośrednio w urzędzie, bądź w instytucjach jemu podległych. Przy obecnym
poziomie bezrobocia taki zabieg daje niemal 100 procentową pewność "ślepej
lojalności". Taka grupa wraz z rodzinami już sama w sobie stanowi pokaźny odsetek
zdyscyplinowanego elektoratu.
Szczególną bolączką małych społeczności są koterie - trudno ustalić wyraźną
granicę między niegroźnymi kontaktami towarzyskimi a zwyczajnym kumoterstwem czyli
rozdawaniem stanowisk dla niekoniecznie w oparciu o kryterium fachowości. Co gorsza
oddalenie od nadrzędnych instancji odwoławczych i ośrodków akademickich nie stymuluje
kadry urzędniczej do podnoszenia swoich kwalifikacji. Doprowadza to do zaniżenia
standardów postępowania w życiu publicznym. Stan ten nieprędko może ulec zmianie, gdyż
wobec braku perspektyw na uczciwe znalezienie pracy, zdolni młodzi ludzie po studiach nie
wracają do macierzystych miejscowości. Ustępują pola tym, którzy posiadają koneksje
a nie kwalifikacje.
Od czasu narodzin samorządu w Polskich gminach przeprowadzono ponad 300 referendów,
jednak tylko w co dziesiątej został przekroczony 30 procentowy próg frekwencji,
wymagany do uznania wyników za wiążące. Tak duża absencja wynika z co najmniej dwóch
powodów. Pierwszy to nikłe zaangażowanie obywateli w sprawy lokalne. Drugi jest
efektem, nie zawsze zgodnych z prawem, zabiegów władzy - ponieważ w referendach zwykle
biorą udział niezadowoleni, największym zagrożeniem jest wiążący wynik głosowania.
Zatem zgodnie ze swoiście pojętą logiką lokalne władze starają się zniechęcić
obywateli do pójścia do urn. Nieoficjalnie daje się do zrozumienia np., kto jest największym
pracodawcą, kto ustala stawki czynszu za lokale sklepowe należące do miasta, kto może
zwolnić z podatku gruntowego itd. Kto ośmieli się głosować, jest odnotowany w
dokumentach referendalnych, do których bez przeszkód mogą zajrzeć włodarze gminni.
Czwarta władza na łańcuchu
Naturalną tubą ujawniającą nieprawidłowości w życiu publicznym są dziennikarze.
Ale na nich w prowincjonalnych środowiskach trudno liczyć. Jest to efektem świadomej
polityki niektórych redakcji gazet regionalnych, które z racji słabej pozycji
ekonomicznej wolą nie narażać się miejscowym notablom, będącym często
zleceniodawcami płatnych ogłoszeń. Także sami dziennikarze dość szybko zaprzyjaźniają
się z miejscowymi decydentami, co wpływa na ich obiektywizm. W jednym z byłych miast
wojewódzkich dwaj dziennikarze otrzymali mieszkania z zasobów komunalnych z pominięciem
długiej listy oczekujących. Jak wiadomo, takie mieszkanie w pierwszej kolejności przysługuje
osobom o niskich dochodach, których nigdy nie będzie stać na zakup własnego lokalu.
Procedura przydziału poza kolejnością jest zarezerwowana wyłącznie dla osób szczególnie
ważnych dla miasta. Nadużycie to zostało jedynie wspomniane w jednej z lokalnych gazet,
przy okazji opisania sprawy przydziału w tym samym trybie, mieszkania dla Sędziego Sądu
Okręgowego. O ile można domniemywać, że sędzia był cennym nabytkiem dla wymiaru
sprawiedliwości, to trudno wymyśleć, nawet przy maksimum dobrej, woli rzeczową
argumentację dla przydziału lokali miejscowym dziennikarzom. Można przypuszczać, że tą
decyzją ratusz kupił sobie przychylność tak hojnie obdarowanych żurnalistów.
Mieszkańców należy informować o swoich sukcesach. Częstą praktyką jest zatem
wydawanie gazetek samorządowych, będących oficjalnymi organami prasowymi gmin. Nieco
bardziej wyrafinowaną metodą jest stworzenie takiej samej gazetki, ale formalnie niezależnej,
redagowanej oczywiście przez zaprzyjaźnionego człowieka. W jednym z miast taką gazetę
wydaje pracownik miejskiego muzeum. Pikanterii dodaje fakt, że wymieniony w stopce
redakcyjnej adres redakcji pokrywa się z siedzibą tegoż muzeum, a godziny dyżurów
redaktora z pracą tej instytucji.
Również gazety regionalne z reguły nie ryzykują starcia z lokalną władzą.
Najbezpieczniej jest pisać o kwiatkach wręczanych przez burmistrza. Jednak dużo większą
siłę rażenia ma telewizja. Jeśli w miejscowości działa telewizja kablowa, z pewnością
istnieje też program informacyjny. Należy więc powiązać osobę realizującą taki
program ze sobą na przykład poprzez zlecenie jej, za spore pieniądze, realizacji filmu
promującego miasto lub wręcz bezwstydne reklamowanie dokonań lokalnej władzy. Przeciętny
widz-wyborca nie ma pojęcia, że to co ogląda, jest opłaconą z budżetu miasta
informacją kontrolowaną, a nie bezstronnym dziennikarstwem.
Fikcyjne wspólnoty
Równie ważnym elementem sukcesu, jest kontrola nad lokalnymi organizacjami. Ten cel
najprościej można osiągnąć wprowadzając do nich swoich zaufanych, ewentualnie kupując
jej działaczy np. przy pomocy wyżej opisanych mechanizmów. Równoległym działaniem
wspomagającym jest wspieranie ze środków samorządowych wyłącznie "prawomyślnych"
organizacji, dając im możliwość rozwoju, jednocześnie blokując te niepokorne. Zabieg
ów przysparza także nowych zwolenników. Wykorzystanie więzi między wyborcą-członkiem
organizacji następuje również poprzez użycie jej szyldu dla celów wyborczych. Dobrze
jest, gdy kandydata popiera np.: straż pożarna, działkowcy, wędkarze, anonimowi
alkoholicy, miejscowe kluby sportowe, organizacje związkowe itd. Dla każdego coś miłego.
Identyczna zasada realizowana jest w przypadku partii politycznych. To łatwe zwłaszcza
na prawicy. Ciągłe zmiany i rozdrobnienie sprzyjają obsadzaniu swoimi lokalnych
organizacji partyjnych. Mechanizm jest prosty - działacze lokalni, jako ci najbardziej
aktywni, łatwo zyskują zaufanie nie zawsze rozeznanych i zakotwiczonych w terenie
partyjnych central nieraz rozpaczliwie poszukujących znanych mieszkańcom nazwisk. W ten
sposób działacze ci, już jako powiatowi pełnomocnicy wielkich partii, uzyskują
kontrolę nad ich lokalnymi strukturami. W pewnym powiatowym mieście przed wyborami
samorządowymi pełnomocnikiem gminnym PO został mianowany zastępca burmistrza.
Nominacja ta była tak utajniona, że nawet lokalni dziennikarze nic o tym nie wiedzieli.
"Grupie trzymającej władzę" chodziło wyłącznie o przejęcie znaczka i
zablokowanie powstania ewentualnej konkurencji, a nie o rozwój tej partii. Ważne jest
dobre, mające w danej chwili największe poparcie, logo.
Powyższe techniki wiążą ludzi w fikcyjną wspólnotę. Powszechne staje się wrażenie,
że wszyscy popierają kandydata XY: każda organizacja i większość partii
politycznych. Jeśli zatem wszyscy, to nie warto się silić na oryginalność, bo można
się narazić.
Wszystkie te zabiegi mogą jednak okazać się wciąż niewystarczające, bowiem niezwykle
istotnym, a może najważniejszym elementem utrzymania i legitymizacji władzy są
poprawne stosunki z miejscowym proboszczem. Kaznodzieja często jest największym
autorytetem - wysłuchanie niedzielnego kazania to dla wielu jedyna okazja do wysiłku
intelektualnego. Tak silna pozycja przedstawicieli Kościoła rodzi pokusę rządzących,
aby posłużyć się duchowieństwem dla utrzymania władzy. Częste są przykłady
zdobywania przychylności proboszczów np. w zamian za wybrukowanie terenu, czy iluminację
kościoła. Opowiedzenie się przez lokalnego proboszcza wyraźnie za kimś, a więc także
przeciw komuś innemu, nie sprzyja utrzymaniu więzi pomiędzy duszpasterzami a
parafianami. Powstaje podział na wiernych lepszych i gorszych.
W jednym z powiatowych miast w czasie kampanii samorządowej lokalne pismo religijno-społeczne
zaprosiło na debatę kandydatów na stanowisko burmistrza. Nie stawiła się tylko urzędująca
burmistrz, wysyłając do redakcji list, w którym, niewybrednie odżegnując od czci i
wiary swoich konkurentów odmówiła udziału w debacie. Redakcja opublikowała ów list,
lecz nigdy nie ujrzał on światła dziennego: po interwencji "grupy trzymającej władzę"
na polecenie biskupa cały nakład miesięcznika został wstrzymany. Argumentowano tę
decyzję nieangażowaniem się Kościoła w politykę. Co ciekawe, ta redakcja cztery lata
wcześniej jawnie i jednostronnie poparła ten układ, a gdy zdobyła się na dziennikarską
bezstronność i zorganizowała rzetelną debatę, jej gazeta została skonfiskowana.
*
Podporządkowanie sobie lokalnych organizacji, mediów, urzędów z biegiem czasu daje
poczucie bezkarności, a w konsekwencji doprowadza do patologii. Kiedyś władza utrzymywała
się rozdając talony na paliwo, samochody i inne deficytowe dobra. Dziś takimi dobrami są
praca, dotacje dla organizacji, wysokość czynszu za lokale użytkowe, mieszkania
komunalne itd. Władza pozbawiona należytej kontroli naturalnie dopuszcza się bezprawia.
Mechanizmy, które mogłyby temu zapobiec są w małych ośrodkach wciąż słabo wykształcone.

Wojciech Borkowski (1971) jest absolwentem dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.
|