|
„TP”, Nr 19 (2809), 11 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2809/kraj01.php
W politycznym czyśćcu
Z Władysławem Frasyniukiem, przewodniczącym Unii Wolności,
rozmawiają Andrzej Brzeziecki i Jarosław Makowski
"TYGODNIK POWSZECHNY": - Po wejściu do Unii Europejskiej pańska firma
transportowa będzie musiała walczyć o klienta z zachodnimi konkurentami. A Pan, zamiast
przygotowywać ją do tej walki, przewodniczy partii, która toczy bój o przetrwanie. Czy
szefując dziś UW nie ma Pan poczucia wykonywania syzyfowej pracy?
WŁADYSŁAW FRASYNIUK: - Firmę zaniedbuję, bo wierzę, że taka partia, jak Unia Wolności,
jest potrzebna Polsce. Czy nadszedł czas, by Polska, w której ugrupowania polityczne
powstają, jak grzyby po deszczu, mogła odesłać na śmietnik historii partię, która
trwa od 1989 r.?
Nie można odesłać bez mrugnięcia okiem na emeryturę ludzi, którzy tworzyli
demokratyczne państwo, którym wszyscy zawdzięczamy aktualne miejsce polskiego społeczeństwa.
A jesteśmy w przededniu wstąpienia do grupy demokratycznych i zamożnych państw Unii
Europejskiej...
Nasza kampania europejska przywołuje pozytywne skojarzenia, pokazuje, że jesteśmy
nowoczesną partią, o sympatycznym liberalnym obliczu. Dlatego jej główne hasło brzmi:
"Kocham Unię E".
- Liderzy partii mogą twierdzić, że jest ona potrzebna. Ale Polacy jednak odesłali Unię
na ławkę rezerwowych. Być może jest to znak, że Unia wyczerpała swoje możliwości.
I pora zgasić światło.
- Nie sądzę, bym jako przewodniczący partii - która odwołuje się do takich wartości,
jak wolność, przyzwoitość, demokracja, miał prawo zgasić światło. Powiedzieć:
koniec. Ks. prof. Józef Tischner mówił o Unii Wolności, że nie jest partią która
szuka idei, ale ideą, która szuka partii. Wierzę głęboko, że pewność i stałość
wartości, które wyznajemy, pozwoli nam odzyskać zaufanie wyborców i przetrwać na
scenie politycznej.
Unia Wolności znajduje się dziś w czyśćcu. Ciężko na to pracowała, odwracając się
niejednokrotnie plecami do swego elektoratu. Ale jest też partią, która ma swoją
tradycję, dorobek i historię oraz nadal może służyć polskiemu społeczeństwu.
- Trwanie dla samego trwania nie jest wartością samą w sobie. Już wielokrotnie w
przeszłości liderzy Unii twierdzili, że potrafią wyciągać wnioski z popełnionych błędów.
I co?
- Wyciągamy wnioski. Dziś sondaże pokazują, że mamy 6 proc. Po wyborach samorządowych,
które mogły nas ostatecznie pogrzebać, podnosimy się. Wychodzimy z zapaści, bo
zrywamy z wizerunkiem Unii jako partii posągowej, ponurej i śmiertelnie poważnej.
Gazeta, którą Państwo reprezentujecie, trwa także dla wartości, a nie dlatego, że się
dobrze sprzedaje. Za to właśnie Was cenimy.
- A co dziś proponuje Unia Wolności?
- Stawiamy przede wszystkim na ludzi młodych, przedsiębiorczych, którzy w naszym wejściu
do Unii Europejskiej widzą swą życiową szansę. Adresujemy swój program również do
polskiej inteligencji, do osób prowadzących swą własną działalność gospodarczą. W
swym programie nie zapominamy też o ludziach starszych i tym, którzy nie ze swojej winy
znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej.
Kogo jednak obchodzi nasze stanowisko w kwestii tej, czy innej ustawy? Na nasze
konferencje dziennikarze nie zaglądają. Tak było na przykład w sprawie gazu, gdy na
spotkanie z udziałem prof. Geremka i wicepremiera Steinhoffa nie przyszedł żaden
dziennikarz. Widocznie media uznały, że obaj panowie nie mają nic sensacyjnego do
powiedzenia. Szkoda, bo obaj politycy chcieli ukazać ważne mechanizmy na styku
gospodarki i polityki międzynarodowej.
- To musi być frustrujące...
- Polityka to sztuka cierpliwości. Mamy świadomość, że to będzie długi marsz. Dziś
jesteśmy widoczni w kampanii europejskiej, a jednocześnie pracujemy nad kształtem
koniecznych zmian w państwie. Będąc w Sejmie odwołamy się do efektów dzisiejszej
pracy.
- Najpierw jednak trzeba do tego Sejmu wejść. Żeby przeprowadzić w kraju reformy
trzeba mieć narzędzia: przekonywujący program, posłów w parlamencie... A na Wiejskiej
już siedzą posłowie Platformy Obywatelskiej, którzy zapewne podpisaliby się pod Pana
tezami.
- To prawda, że PO przejęła nasz elektorat i wygrała wybory. Ale czy w parlamencie PO
zastąpiła UW? Moim zdaniem: nie. Czy wyobrażacie sobie, by Geremek, Mazowiecki czy
Frasyniuk wystąpili koniunkturalnie przeciwko marszałkowi Markowi Borowskiemu, gdy ten
bronił godności parlamentu przed populistami różnych maści? Jak zachowała się
Platforma? Właśnie w takich trudnych chwilach weryfikują się zasady i wartości, którymi
kieruje się partia.
Myślę czasem, że politycy UW są wyrzutem sumienia klasy politycznej. Poradzili sobie w
Sierpniu 1980 r., odważnie i godnie przesiedzieli lata na taboretach więziennych, a później
potrafili wstać z foteli parlamentarnych czy rządowych, by je opuścić.
- Nie byłoby problemu, gdyby UW była wyrzutem sumienia dla polityków. Ale dziś
wszystkie znaki na ziemi i niebie pokazują, że ta partia nie pasuje także polskiemu społeczeństwu.
- Czy to znaczy, że mamy porzucić swoje ideały? Nie zrezygnujemy z naszego stylu
uprawiania polityki, tylko dlatego, że ludzie kochają dziś takich polityków, którzy -
jak Andrzej Lepper odwołują się do populizmu i roszczeniowych postaw. Albo, jak Roman
Giertych - do fobii i uprzedzeń. Zapewniam, że potrafię używać wszystkich słów, którymi
posługuje się Lepper, a znam też kilka, które są mu całkiem obce. Zaręczam, że
lepiej niż on radzę sobie w trakcie ulicznych demonstracji czy strajków. Lecz Sejm nie
jest miejscem odpowiednim dla korzystania z takich metod nacisku. Wręcz przeciwnie, w
parlamencie powinna toczyć się rzetelna praca skutkująca poprawą poziomu życia Polek
i Polaków.
- Najwyraźniej w Polsce nie ma potrzeby silnej partii centrowej, bo gdyby była, to taka
partia już by dawno powstała.
- Takim ugrupowaniem była Unia Demokratyczna, a obecnie jest Unia Wolności. Partia
centrum odwołuje się do bardzo wymagającego wyborcy. Wyborcy, który odrzuca demagogię,
domagając się wiedzy i kompetencji.
Odpowiadając na pytanie wprost: Unia Wolności ma tak niskie notowania, bo nie mają
nawyku głosowania ludzie młodzi, wykształceni, przedsiębiorczy.
- Potencjalny elektorat nie chodzi na wybory, gdyż Unia Wolności go zawiodła.
- W pewnym sensie to prawda. Pamiętam debatę dotyczącą wynagrodzeń dla nauczycieli.
Miały być podwyżki. Jednak w pewnym momencie mój klub uległ racjonalnym naciskom
Leszka Balcerowicza. Z punktu widzenia dobra budżetu, on miał rację. Ale dla nas, i dla
naszego elektoratu to nie było korzystne. Należałem do grupy kilku posłów, którzy
przeciwstawili się Balcerowiczowi, bo uważałem, że podwyżki były konieczne.
Podobne przykłady dowodzą, że polskie środowiska inteligenckie mogły czuć się
rozczarowane postawą UW. Ale to nie zmienia faktu, że one potrzebują lidera i partii,
która jest w stanie zapewnić im reprezentację i szansę na rozwój. Myślę, że te środowiska
czują się zagrożone ekspansją Leppera i Giertycha.
- Ale UW nie daje takiego poczucia bezpieczeństwa. Żeby je gwarantować, trzeba być
silnym, a Pana partia jest słaba.
- Dlatego część tych środowisk zagłosowała na SLD. Dziś widać, że nie był to
najlepszy wybór.
- Słuchając Pana, można odnieść wrażenie, że Unia Wolności jest najlepszą z możliwych
formacji politycznych. Sęk w tym tylko, że społeczeństwo jest ślepe, i tego nie
widzi.
- Nie. Mamy pokorę i nie obrażamy się na rzeczywistość. Zostałem przewodniczącym,
wierząc, że UW jest najlepszą z formacji politycznych.
Unia też się zmienia. W końcowej kadencji poprzedniego parlamentu zaczęliśmy mówić
głosem naszego elektoratu: nauczycieli, przedsiębiorców, taksówkarzy. Niestety za późno.
Unia zwykła przedtem mówić o wielkich sprawach: makroekonomii, naprawie Polski czy
jednoczącej się Europie. Stworzyliśmy przestrzeń nowoczesnego państwa, ale zapomnieliśmy,
że w tej przestrzeni żyją jeszcze zwykli ludzie. O ważnych sprawach mówiliśmy zbyt
skomplikowanym i hermetycznym językiem. Za mało dbaliśmy o interesy naszego elektoratu,
bo interes państwa zawsze był na pierwszym miejscu. Dalej tak uważam, ale teraz wiem,
że trzeba widzieć też interes tych, którzy to państwo budują.
- Jacek Kuroń apeluje, przede wszystkim do młodych ludzi, by porzucili stricte partyjne
życie na rzecz włączenia się w wielki ruch edukacji społecznej. Może to jest przyszłość
pańskiej formacji: czy nie lepiej zostać organizacją pozarządową działającą na
rzecz społeczeństwa obywatelskiego?
- Jedno nie wyklucza drugiego. Marzeniem Jacka Kuronia było silne społeczeństwo
obywatelskie i ruch obywatelski. On je zrealizował. Solidarność była po części partią
polityczną, ruchem obywatelskim i związkiem zawodowym.
Ale to już przeszłość. W 1989 r. byłem jednym z nielicznych, którzy powiedzieli:
czas na normalność. Związek, ma być związkiem, partia partią, a ruch obywatelski
ruchem obywatelskim.
Jestem przekonany, że partia polityczna może skuteczniej wpływać na polepszenie
sytuacji polskiej oświaty, czy efektywnie wspierać budowę społeczeństwa
obywatelskiego. Dlatego Unia Wolności jest potrzebna i ciągle trwa na polskiej scenie
politycznej.
- Pana biografia, jak też wielu członków Unii świadczy o tym, że potrafiliście obalić
komunistyczny system. Czy to nie paradoks, że nie potraficie w normalnych demokratycznych
warunkach wejść do parlamentu?
- Nie zgadzam się z tą tezą. Demontowaliśmy komunizm, chowając jednocześnie do
kieszeni nienawiść czy chęć odwetu. To nie było łatwe po latach spędzonych w więzieniu.
Byliśmy zarazem jedyną partią, która miała odwagę, by zmieniać rzeczywistość,
reformować kraj. Lokalna demokracja to dzieło Tadeusza Mazowieckiego, gospodarka rynkowa
i restrukturyzacja państwowych przedsiębiorstw - Leszka Balcerowicza, Tadeusza
Syryjczyka i Jerzego Osiatyńskiego, nowoczesna polityka zagraniczna - Bronisława
Geremka, edukacja - Ireny Dzierzgowskiej i Grażyny Staniszewskiej, polityka społeczna -
Jacka Kuronia, Jana Lityńskiego czy Joanny Staręgi, gwarancja praw dla mniejszości -
Zofii Kuratowskiej i Tadeusza Zielińskiego. Tak wymieniać mógłbym długo. Mamy wiele
sukcesów, z nich jesteśmy dumni. Wygraliśmy swoje powstanie i zrealizowaliśmy nasze
marzenia. Takiego pokolenia jak nasze nie było w Polsce od wielu lat.
- Przejmował Pan Unię, mówiąc, że tej partii potrzebny jest "barbarzyńca".
I Pana czyny to potwierdzają: rozpętał Pan spór z Tadeuszem Mazowieckim o charakter
Unii.
- Przypomnę, że chodziło o "Barbarzyńcę w ogrodzie". Spór jest rzeczą
naturalną po przegranych wyborach. Ten spór nadal się toczy i dotyczy naszego miejsca
na scenie politycznej, oferty programowej a także elektoratu do którego się odnosimy.
W oczach polskiej inteligencji straciliśmy nie tylko dlatego, że nie dbaliśmy o ich
materialne interesy. To są ludzie inteligentni i wiedzą, jaka była sytuacja państwa.
Straciliśmy, bo w sprawach obyczajowych nie zabieraliśmy stanowiska, uznając, że ktoś
się może obrazić.
- Bo łatwiej jest dyskutować i spierać się o symbole, na temat których każdy ma coś
do powiedzenia, niż przedstawić spójny program naprawy finansów państwa?
- Przeciwnie, należymy do polityków, którzy mieli odwagę przedstawić program naprawy
finansów - odrzucony przez poprzedni sejm głosami SLD i AWS, natomiast nie mieliśmy
odwagi, by zaatakować ojca Tadeusza Rydzyka za sianie nienawiści, rasizmu i ksenofobii.
Z pewnością nie jest to temat zastępczy. Oczywiście, nie ma cienia wątpliwości, że
w Polsce najważniejszym problemem jest bezrobocie. I nikt nie ma gotowych odpowiedzi. Nie
ma ich też Władysław Frasyniuk. Ludzie boją się o pracę, a moją intencją nie jest
zamienianie jednych niepokojów na inne.
- Wcześniej przekonywał Pan, że Unia ma ten komfort, iż może milczeć. Dlaczego więc
chce zabierać głos w sprawach, które światopoglądowo dzielą nawet nielicznych
zwolenników partii. Mamy na myśli eutanazję czy homoseksualizm. Między innymi z tych
powodów odszedł z partii Tadeusz Mazowiecki. A lewicy, z minister Jarugą-Nowacką na
czele, i tak nie przebijecie w podejmowaniu drażliwych kwestii.
- Tolerancja i wolność to poważne kwestie. Nie może tu być mowy o jakiejkolwiek
licytacji. Postęp w nauce sprawia, że politycy coraz częściej będą musieli zabierać
głos w kwestiach będących konsekwencjami rozwoju genetyki. Czy mamy udawać, że nie ma
w Polsce narkomanii, przemocy w rodzinie czy nietolerancji dla związków homoseksualnych?
Boimy się słowa eutanazja w czasach, gdy z gazet dowiadujemy się, że o długości
naszego życia może zadecydować pielęgniarz z pogotowia.
- Ale to kampanię prounijną a nie te kwestie uznaje Pan za najważniejsze dla UW. Może
więc za różnienie się z Mazowieckim zapłacił Pan zbyt dużą cenę. Twórca i
historyczny przywódca Unii Wolności promuje integrację z Kwaśniewskim i Oleksym, nie z
Panem.
- Tadeusz Mazowiecki postawił mi zarzut, że mam skłonność do współpracy z SLD i
Samoobroną. Był to zarzut krzywdzący. Dziś powiem, że cieszę się z tego, iż
Mazowiecki ściska się z Aleksandrem Kwaśniewskim i Józefem Oleksym. Ma odwagę
pokazywać się z nimi i demonstrować jedność w sprawie europejskiej. Nie usłyszy ode
mnie, że jestem zaskoczony, iż podaje rękę Oleksemu. Uważam, że takie zachowanie byłoby
niemądre.
WŁADYSŁAW FRASYNIUK (1954) jest przewodniczącym Unii Wolności od 2001 r. Z zawodu
kierowca. Po wprowadzeniu stanu wojennego w podziemiu, aresztowany w 1982 r. - spędził w
sumie cztery lata w więzieniu. Uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Poseł na Sejm RP w
latach 1989-2001. Członek władz Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Prezes
Stowarzyszenia "Na Rzecz Dzieci" oraz Sekcji Bokserskiej "Gwardii"
Wrocław.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|