|
„TP”, Nr 19 (2809), 11 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2809/felpodsiadlo.php
My, ludzie
Jacek Podsiadło
A mój syn grał właśnie w fifę 2002, po raz trzydziesty Brazylią przeciw Izraelowi,
kiedy w znany mi już na pamięć doping, rytmiczne "Bra-sil! Bra-sil!", wplotły
się niespodziewanie jakieś inne okrzyki. Zdziwiony, że drużyna mojego syna sprokurowała
jakąś nieznaną dotąd sytuację, która spowodowała wygenerowanie przez komputer
nowego rodzaju wiwatów, wszedłem do jego pokoju. Kiedy jednak usłyszałem, że kibice
Brazylii dopingują ją w języku nizinnych Polska Roma, od razu wiedziałem, o co chodzi.
I że trzeba wyjrzeć przez okno.
Mieszkamy tuż obok cygańskiego slumsu. Z dziewiątego piętra mam na niego dobry widok i
czynię liczne obserwacje etnograficzne. Do kontaktów bezpośrednich z Cyganami dochodzi
rzadko ze względu na inność obyczajową. Na razie najbliższy kontakt miałem z
"Murzynem", smagłym młodzieńcem w stanie nieustannego zamroczenia. Znajoma,
która mieszka tu od urodzenia, twierdzi, że to butaprenista. Murzyn ciągle załatwia
jakieś obce mi kulturowo porachunki, często chodzi zakrwawiony, musi być już nieźle
pokiereszowany. Kiedyś zaczepił mnie w nocy i bardzo czegoś ode mnie chciał, ale nie
potrafił wyartykułować, czego. Ponieważ całą koszulę miał w szkarłatnych plamach,
powiedziałem "Kałe jakcha, kałe bała", bo więcej po cygańsku nie umiem, i
zacząłem wycofywać się na z góry upatrzone pozycje. Wtedy tak strasznie na mnie
nakrzyczał, że od razu załapałem, że trzeba go poczęstować papierosem. Zaprzyjaźniliśmy
się, ale kiedy natknąłem się na niego następny raz, na szczęście już tego nie pamiętał.
Tak samo nie poznaje mnie Mirko, chłopak w wieku mojego syna, być może syn Murzyna.
Jest trochę "opóźniony", zachowuje się dziwnie, osiedlowe dzieci gadziów
omijają go z daleka, jest strasznie zaniedbany, świetnie klnie po polsku. To jemu kupiłem
kiedyś tanie autko w tym ultrasupermarkecie "Biedronka", gdzie biedne dzieci
przychodzą pobawić się cichcem, pamiętacie. Od razu zażądał jeszcze czołgu,
osiemnastu kilo cukierków i ręki manekina, ale odmówiłem, więc może się obraził.
Niemniej imponuje mi. Jest niezniszczalny. W swoim siedmio- czy ośmioletnim życiorysie
doświadczył więcej, niż ja w całym długim życiu. Zgadnijcie, na czym zjeżdża zimą
z górki na wale Odry, gdzie nasze dzieci przychodzą z sankami, skibobami, nartami, a
przynajmniej gruszkami pod tyłek? Ha! Wiedziałem, że nie zgadniecie, nikt nie wygrał
pralki "Frania". Otóż schodzi do rzeki, bierze sobie kawał lodu z kry i śmiga
na nim z góry, aż mu pępek świeci spod letniej koszuliny. Nie zmyślam.
Być może znacie to krążące po internecie zdjęcie nagrobku Cygana, uwiecznionego na
czarnej tablicy w dumnej pozie: oparł się o swoją bodajże beemwicę i nawija przez komórę.
W tle stoi na łączce inny jeszcze element sztafażu, keyboard na stojaczku, iżby było
wiadomym, że tu spoczywa artysta. Tacy Cyganie też u nas mieszkają, ale na drugim końcu
miasta, w tych wielkich pseudopałacach z pseudomarmurów. Moi Cyganie są inni. Na pewno
nie mają telefonów komórkowych, ale porozumiewają się na wielkie odległości
krzykiem. Głosy mają takie, że chyba niewiele ustępują zasięgiem Erze czy Idei.
Zatem cygański wrzask to dla mnie nie nowina, lecz nauczyłem się już rozpoznawać po
stopniu dramatyzmu, kiedy trzeba wyjrzeć przez okno. A już jeśli Cyganka zaczyna swój
obcojęzyczny wrzask apostrofą "Luuudzie!", jest to oczywisty znak wyższej
konieczności i powagi sytuacji. Tak było i tym razem. "Luuudzie!" - wrzasnęła
młoda kobieta a potem trajkotała swoje kałe jakcha kałe bała czy coś. Wychyliłem się
z okna. Na trawniku leżała staruszka, Cyganie biegali wokół wte i wewte, ktoś
przecierał jej czoło. "Ten przeklęty Izrael!", powiedział mój syn, który
stracił właśnie bramkę (nie zmyślam), co uspokoiło mnie, iż jest zaprzątnięty
futbolem na tyle, że nie docierają doń ludzkie dramaty. Jak zwykle w takich razach
ludzie, skoro ich wołano, otworzyli okna i wylegli na balkony. Żywo komentowano rozwój
sytuacji. Młody Cygan wniósł staruszkę na rękach do mieszkania. Nie minęła minuta,
a staruszka wybiegła z niego o własnych siłach i zataczając się, gestykulując i bełkocząc
ruszyła do ucieczki. Druga ruszyła w pościg, nie wiadomo czemu pchając przed sobą wózek
z niemowlęciem. Jeden pan na balkonie bloku vis ŕ vis wyjął kamerę i zaczął filmować.
Przysięgam, że nie zmyślam. Brazylia wyrównała. "Bra-sil! Bra-sil!
Bra-sil!" "Ludzie, dzwońcie!!!" - błagała jedna z Cyganek. Jak ja znam
cygańskie "kałe jakcha, kałe bała", tak każda Cyganka z naszego slumsu zna
to hasło. Cyganki nie nadużywają go i jeśli już takie hasło pada, to wiadomo, że
akcja na dole osiągnęła punkt kulminacyjny.
Czasem dzwonimy. Ale nie zawsze. Ale jeśli jakiś Cygan lata z siekierą między naszymi
samochodami, dzwonimy obowiązkowo. A właśnie, niedawno wespół z przypadkową sąsiadką
odbiliśmy z rąk gadzia kolegę Mirka. Gadzio był straszny, tym straszniejszy, że po
tracheotomii. Syczącym szeptem krzyczał na zapłakanego malucha, szarpał go i straszył
policją. Kiedy podjęliśmy akcję rozjemczą, oskarżycielskim tonem wyjaśnił, że
przyłapał go na rysowaniu gwoździem karoserii. Po wysłuchaniu przerażonego oskarżonego
i okazaniu przezeń narzędzia zbrodni wyjaśniło się, że bawił się puszczaniem bączka
zrobionego z trybiku ze starego zegara. Spojler był idealnie poziomy, idealnie gładki i
idealnie nadawał się do takiej zabawy. Ale nie był porysowany, na co natychmiast zwróciliśmy
uwagę.
- Panie, a masz pan samochód? - nasyczał na mnie straszny gadzio.
- Mam - skłamałem.
- No to chyba wiesz pan, ile teraz kosztuje lakier? A tu na osiedlu jest pełno takich
porysowanych samochodów.
Dopiero po postraszeniu gadzia policją, wypuścił małego i uciekł posykując coś
gadzio na ludzi, którzy nie wiedzą, w jakim świecie żyją.
Więc czasem dzwonimy, ale nie zawsze. Bo i nie zawsze wiadomo, czy dzwonić na policję,
czy na pogotowie. Trzeba zgadywać. A kiedy już przyjadą niebiescy policjanci czy biali
sanitariusze, to wiadomo, że widowisko zaraz się skończy. A odrębność kulturowa
Cyganów jest taka ciekawa! Specjalnie nazywam ich po staremu Cyganami, nie Romami. Ktoś,
kto wymyślił tę nazewniczą zmianę, przeliczył się z magicznymi możliwościami języka.
Cyganie nic a nic się nie zmienili, odkąd "ładniej" ich nazywamy w telewizji
i gazetach. Owszem, jest w słowie "Cyganie" pogardliwy odcień, ale jak zniknie
pogarda, zniknie i ten odcień. Zamiast przywracać im rdzenną nazwę, lepiej byłoby
oddać im wozy i ogniska, któreśmy im zabrali trzydzieści lat temu. Ja tam nie mam nic
przeciwko temu, że nie jestem dla nich żaden Polak, tylko gadzio.
Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|