dotb.gif

„TP”, Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2808/wiara01.php

Dwugłos o nowej książce George'a Weigla


Katolicyzm bez wątpliwości

Jarosław Makowski


Kiedy samo pojęcie prawdy przeżywa deficyt, kiedy w imię wolności niemal wszystkie poglądy uważa się za równie słuszne, pisanie, że zna się prawdę, grozi posądzeniem o fanatyzm. Autorem, który nie baczy na takie koszta, jest George Weigel, a prawda, której chce bronić, wiąże się z tym, czego naucza Kościół katolicki.

Nowa książka Weigla, pt. "Prawda katolicyzmu" (angielski tytuł - "The Truth of Catholicism"; nie wiadomo, dlaczego wydawnictwo Znak zatytułowało polskie tłumaczenie "Czym jest katolicyzm?") może więc w czytelniku budzić zrozumiałą ciekawość. Tym bardziej, że z podtytułu dowiadujemy się, iż autor będzie rozważał dziesięć kontrowersyjnych pytań, które dotyczą dzisiejszego nauczania Kościoła. Weigel pyta np. czy Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem, czy Kościół ogranicza wolność człowieka i zagraża demokracji, czy katolicka etyka seksualna jest zdartą płytą. Autor monumentalnej biografii Papieża "Świadek nadziei" nie ukrywa, że idzie pod prąd salonowym modom, a nawet niektórym trendom współczesnej teologii, które, jego zdaniem, często "rozmiękczają" katolicyzm. Nie chce bawić się w subtelne rozróżnienia, ani tym bardziej hołdować kompromisom w imię dialogu czy tolerancji. Prawda, którą głosi, domaga się jasnego i stanowczego wyartykułowania.


Kościół ostrych granic

Weigel deklaruje, że nową książkę napisał dla katolików, którzy "nie są pewni tego, czego Kościół naucza i dlaczego tego naucza, a także dla tych, którzy pragną podzielić się swą wiarą z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi, a zwłaszcza z ludźmi młodymi". Zamiar tyleż w dziejach Kościoła znany, co trudny. Apologie chrześcijaństwa kreślili najbardziej przenikliwi myśliciele naszej tradycji, od św. Augustyna poczynając, a na Chestertonie kończąc. Amerykański intelektualista chce wpisać się w ten nurt. Jednak czytając kolejne strony jego książki rodzą się pytania: czy sposób argumentacji jest na tyle przekonujący, by zmusić sceptyków do dania wiary, że to, co Kościół głosi, jest prawdą o ich życiu i śmierci? Czy można skutecznie głosić przesłanie katolicyzmu, opierając się wyłącznie na doktrynalnych stwierdzeniach i oficjalnych wypowiedziach Kościoła? Innymi słowy: czy dobre chęci i mocne przekonania wystarczą, by napisać przekonującą apologię katolicyzmu?

Każdy rozdział zaczyna się od zaprezentowania stanowiska Kościoła, które budzi kontrowersje wśród odbiorców. Na przykład w pierwszym rozdziale Weigel pokazuje, z jakim oporem, a czasami atakiem ze strony "wrogów Kościoła" spotkała się opublikowana we wrześniu 2000 r. deklaracja "Dominus Iesus". Kwestie ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego zajmują w książce najwięcej miejsca (rozdziały I i VIII), dlatego też poświęcę im więcej uwagi.

Weigel pisze, że dla współczesnego człowieka na skandal zakrawa głoszenie, iż Jezus Chrystus jest jedynym zbawicielem świata i człowieka. O powszechnej niechęci do wyraźnych twierdzeń, jakie odnajdujemy w "Dominus Iesus", mają świadczyć przytaczane przez autora (schemat ten powtarza się niemal w każdym kolejnym rozdziale) cytaty z amerykańskiej prasy bądź stereotypowe opinie, jakie można usłyszeć w paryskich czy rzymskich kawiarniach. Po ogłoszeniu "Dominus Iesus" "jedna z amerykańskich gazet opublikowała zdjęcie Papieża z rozwartymi szeroko ramionami, opatrując je słowami: "Jesteśmy najlepsi"" - pisze Weigel. Amerykański intelektualista nie zadaje sobie trudu, by przywoływać nazwiska autorów, nie docieka, czy są kompetentnymi komentatorami, czy też depeszowcami, wypełniającymi puste miejsca w gazecie; nie podaje, gdzie ukazywały się przywołane przez niego teksty - czy w pismach codziennych, czy w teologicznych periodykach. Lekką ręką wrzuca wszystko do jednego worka, by zawyrokować: "z większości relacji można się było dowiedzieć, że deklaracja zadaje poważny cios trwającemu 30 lat dialogowi ekumenicznemu i międzyreligijnemu".

Otóż gwoli sprawiedliwości należy powiedzieć, że znaki zapytania pod adresem "Dominus Iesus" zgłaszali nie tylko publicyści liberalnych mediów, ale poważni teologowie i hierarchowie katoliccy. Język dokumentu obcy był np. kard. Edwardowi I. Cassidy'emu, który wówczas pełnił funkcję przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan. W czasie międzykonfesyjnego sympozjum zorganizowanego przez wspólnotę św. Idziego w Lizbonie kard. Cassidy mówił: ,,My, ludzie dialogu, jesteśmy szczególnie wyczuleni na pewne sformułowania" i przyznawał, że zarówno język, jak i czas opublikowania "Dominus Iesus" były niefortunne: ,,Watykan nie przewidział szkód, jakie przyniosło opublikowanie deklaracji". Zaś niepokój, jaki dokument wywołał wśród innych chrześcijan, starał się łagodzić sekretarz Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, wówczas biskup, a dziś kardynał Walter Kasper. Na konferencji prasowej w czasie sympozjum ekumenicznego zorganizowanego we wrześniu 2000 r. przez ,,Renovabis", bp Kasper uspakajał: ,,Moja wrażliwość jest inna, szczególnie w kwestii języka tego dokumentu oraz rozłożenia akcentów".

Oczywiście Weigel ma rację, kiedy pisze, że treść "Dominus Iesus" jest w dużej części przypomnieniem nauki II Soboru Watykańskiego. Ale nie można zapominać, że od Vaticanum Secundum upłynęło ponad 40 lat. W latach 60. i 70. Kościół stawiał pierwsze kroki na drodze ekumenii i dialogu międzyreligijnego. Dziś, po rozmaitych gestach pojednania (np. spotkaniach Jan Pawła II z patriarchą Bartłomiejem I, ekumenicznej encyklice "Ut unum sint") czy wspólnych inicjatywach (prace nad "Kartą Ekumeniczną") analogiczne wypowiedzi budzą wśród przedstawicieli innych wyznań rozczarowanie i gorycz. Cóż, zdaje się sądzić Weigel, to cena, jaką trzeba ponieść za głoszenie prawdy.


Świecki Ratzinger?

Paul Thibaud, długoletni redaktor naczelny katolickiego miesięcznika "Esprit", uważa, że zmienił się duch czasu i religia "stała się dzisiaj bardziej biblijna, stała się religią biblijnego tekstu, a w mniejszym stopniu religią dogmatów i katechizmu, który poucza, w co trzeba i w co nie należy wierzyć". Jednak amerykański intelektualista jest przekonany, że to fałszywy trop. Prawda, którą głosi katolicyzm, musi być wyartykułowana bez zbędnych dwuznaczności. Być może to głębokie przekonanie sprawia, że czasami zaciera się różnica między tym, czego naucza Kościół, a tym, co jest tylko interpretacją Weigla. Omawiana książka roi się o stwierdzeń typu: "Chrystus, którego głosi katolicyzm", "wiara w Jezusa Chrystusa tak, jak ją pojmuje Kościół", "jak głosi Kościół katolicki". Kłopot w tym, że w wielu przypadkach nawet oficjalne wypowiedzi Kościoła nie traktują spraw podnoszonych w książce tak jednoznacznie i definitywnie, jak to czyni Weigel.

Na przykład autor konsekwentnie nazywa Kościołem tylko wspólnotę katolicką, pozostałych zaś określa mianem "inni chrześcijanie" czy "wspólnoty chrześcijańskie". Jak pisze, "Kościół [katolicki - JM] nie może postrzegać siebie jako jeszcze jednego towaru na półce w supermarkecie religii świata". Niemniej "Dominus Iesus" ujmuje problem w sposób bardziej zróżnicowany, o czym autor wspomina w jednym z przypisów, ale już bez konsekwencji dla swoich rozważań. Otóż w IV rozdziale deklaracji czytamy, że "nadal istnieje w pełni jedynie Kościół katolicki" (nr 16), a Kościoły, które zachowały sukcesję apostolską biskupów i ważną Eucharystię, uznane są za "prawdziwe Kościoły partykularne" (słowa te dotyczą prawosławia). Natomiast w odniesieniu do chrześcijaństwa poreformacyjnego czytamy: "Wspólnoty kościelne, które nie zachowały prawomocnego Episkopatu oraz właściwej i całkowitej rzeczywistości eucharystycznego misterium, nie są Kościołami w ścisłym sensie" (nr 17). Deklaracja nie rozstrzyga, które konkretnie wspólnoty są Kościołami, a które nie. Na dowód raz jeszcze przywołam słowa kard. Kaspera, który tłumaczył, że Kościoły wywodzące się z Reformacji nie są "Kościołami w ścisłym sensie", ale tylko i wyłącznie "w rozumieniu Kościoła katolickiego". Czasami można odnieść wrażenie, że Weigel nauczanie Magisterium ewidentnie kreuje. Czyżby pojawił się w Kościele świecki Prefekt Kongregacji Nauki Wiary?


Katolicyzm jako światopogląd

Zasadniczy sprzeciw budzi nawet nie to, że Weigel interpretuje nauczanie Kościoła zachowawczo, by nie powiedzieć wbrew duchowi ostatniego Soboru. Także nie to, że na każdej stronie jego wywodu roi się od cytatów z oficjalnych dokumentów kongregacji watykańskich i pism Jana Pawła II (zdecydowanie lepiej czyta się teksty oryginalne niż kompilację cytatów), ale fakt, że amerykański intelektualista katolicyzm sprowadza do roli światopoglądu.

Jeśli przyjmiemy, że światopogląd łączy się z całościowym i spójnym rozumieniem człowieka i świata (stąd mówiło się jeszcze nie tak dawno o światopoglądzie ateistycznym czy naukowym), to Weigel jest zwolennikiem światopoglądu katolickiego. Oczywistym staje się więc, że obraz rzeczywistości musi budować zawsze w opozycji do czegoś: świata zachodniego, innych religii, postmodernizmu... inaczej mówiąc, konkurencyjnego światopoglądu. I tak na przykład pisze: "w świecie zachodnim panuje przekonanie, że człowiek osiąga swą pełnię przez niczym nieskrępowaną afirmację siebie". Natomiast "katolicyzm (...) twierdzi coś dokładnie przeciwnego (...) Utrzymuje, że osiągamy pełnię naszego istnienia jako ludzie, nie afirmując siebie, lecz dając siebie; składając siebie w darze innym, podobnie, jak i my zostaliśmy obdarowani życiem". Inny przykład: "W świecie zachodnim panuje głęboko zakorzenione przekonanie, że w sprawach seksu Kościół katolicki cechuje równocześnie pruderia i obsesja". A "tymczasem wcale tak nie jest. (...) Prawdziwy obraz katolickiej etyki seksualnej, u której podstaw - co trzeba podkreślić - leży afirmacja daru ludzkiej seksualności, odrzuca mit o pruderyjności Kościoła (...) Kościół naucza, że deprecjonowanie ludzkiej seksualności jest niezgodne z wielką biblijną prawdą przedstawioną w Księdze Rodzaju, gdzie czytamy: "A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre"".

Jakie są konsekwencje takiego sposobu myślenia? Dla Weigla wszystko, co katolicyzm głosi, ma charakter absolutny: od kwestii ostatecznego przeznaczenia człowieka poczynając, a na takich sprawach jak rozwody czy homoseksualizm kończąc. To sprawia, że wizja katolicyzmu, którą odnajdujemy na kartach jego książki, jest tyleż spójna, co zideologizowana. I aż dziw bierze, że można jeszcze znaleźć ludzi, którzy oparli się proponowanej przez niego wizji świata...

Sęk w tym, że katolicyzmu nie da się sprowadzić tylko do roli światopoglądu, gdyż wszystko, co głosi, jest konsekwencją tego, co niemożliwe: Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. Wiary chrześcijańskiej nie da się zweryfikować tak, jak weryfikuje się chemiczny skład cukru. Jej dynamiki, co pokazują choćby dzieje poszczególnych apostołów, nie da się zamknąć w formułach słownych, nakazach czy zakazach. Niesie ona ze sobą zasadniczą otwartość, zawsze raczej coś zaczyna niż zamyka, początkuje niż kończy. Dla Weigla, jako człowieka "mocnej prawdy", wieloznaczność, jaką odsłania wiara, musi być przejawem słabości Boga. Bo jak to możliwe, że Trójjedyny Bóg dopuszcza nieograniczoną i, co istotne, prawomocną ilość interpretacji swego przesłania? Kard. Ratzinger wyznaje w książce "Sól ziemi", że dróg do Boga jest tyle, ilu jest ludzi. Weigel zdaje się twierdzić, że istnieje tylko jedna, i to on ją zna.

*

Przed wiekami jeden z Ojców Kościoła, św. Bazyli Wielki zachęcał: "Niech wasze myśli o Bogu nie będą małostkowe, lecz z wielkim zrozumieniem rozważając to, co Jego dotyczy, tak mówcie o sprawach Boskich, aby również ci, którzy są daleko od zbawienia, mogli usłyszeć słowo wasze z powodu przenikliwości nauki". Gdyby Weigel znał te słowa i wziął je sobie do serca, nie napisałby swej książki w takim stylu. A tak, jesteśmy świadkami tego, jak uprawia się teologię cepem. I można się tylko zastanawiać, dlaczego wydawnictwo Znak, które publikowało i publikuje prace najwybitniejszych teologów XX wieku, zdecydowało się wydać tak niedobrą i nieprzekonującą apologię katolicyzmu?

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl