|
O "Pani Dalloway" Virginii Woolf i "Godzinach" Stephena Daldry'ego
Trema
Wiesław Juszczak
"Godziny" to pierwotny tytuł "Mrs Dalloway". Michael Cunningham,
pisząc powieść o tej powieści, przypomniał ten pierwszy zamysł Virginii Woolf.
Stephan Daldry, opierając się na bardzo dobrej książce Cunninghama, stworzył filmowe
arcydzieło.
 |
 Viginia Woolf |
|
"Mrs Dalloway said she would buy the flowers herself".
To zdanie stało się jednym z najsłynniejszych powieściowych incipitów. Banalne
stwierdzenie, że pewna dama z dzielnicy Westminster zdecydowała się osobiście
pofatygować, by zamówić kwiaty na przyjęcie, jest niby mocny hak, pewną ręką wbity
w nieogarnialny już mur historii literatury; niby ciężki gwóźdź, który musi utrzymać
ogromny, gęsty wieniec, przeznaczony na benefis jakiejś znakomitej aktorki albo na
uroczysty pogrzeb wielkiego reżysera.
Takie skojarzenie jest tu umyślne albo narzuciło się samo.
Choć w angielskim mamy parę odpowiedników słowa "trema", najpowszechniej,
niemal wyłącznie używanym jest termin stage fright. Literalnie: sceniczny lęk, strach
przed sceną, przed wejściem na scenę lub byciem na niej. Może on oznaczać inne
rodzaje niepokoju, w innych okolicznościach, ale jego rodowód wiąże się wyłącznie z
teatrem. Tak więc każdy przejaw tremy z teatrem się kojarzy, prowadzi (niekiedy już
bezwiednie) w jego stronę. I wydaje się to naturalne, skoro geniusz tego narodu w tej
dziedzinie ujawnił się najpełniej.
Powieść Virginii Woolf można czytać (lub odczuwać) jako opis narastającej fali owego
stage fright. Fali, która osiągając kulminację, załamuje się, opada, uspokaja i wygładza.
Potem, w innym przypływie, zaczyna się podnosić znowu, w nastroju i myślach samej
Clarissy - podobnie jak pierwsza - ale też w wewnętrznych stanach innych bohaterów.
Ostatnie, najgwałtowniejsze jej uderzenie kończy "Panią Dalloway".
Goście rozchodzą się, pokoje pustoszeją. Zostaje "na scenie" Peter Walsh,
przyjaciel i wielbiciel Clarissy z młodości, który niespodzianie - niewidziany przez
lata - zjawia się w jej domu przed południem i przychodzi znów wieczorem, zaproszony na
przyjęcie. Ostatnia z kobiet w salonie, wstając, wygłasza pozornie płaską sentencję:
"Cóż znaczy mózg w porównaniu z sercem?"
"- Pójdę już - rzekł Peter, ale usiadł jeszcze na chwilę. Czym jest ten
paniczny lęk? czym to uniesienie? myślał. Czym jest to, co mnie napełnia poruszeniem
tak niezwykłym?
To Clarissa, powiedział. For there she was".
W polskim przekładzie końcowe zdanie brzmi: "Bo Klarysa stała przed nim".
Trudno o większy błąd. Niestety jest ich wiele w tym tłumaczeniu, które powinno być
zrobione na nowo (bo istniejącego poprawić się nie da), ale ten może przyprawić o
rozpacz. Bo niszczy to, co najwspanialsze w finale. Jego dwuznaczność i niemal
nieogarnialną wieloznaczność zarazem. Jakieś olśnienie, odkrycie, i jakieś
zawieszenie w niewiadomym.
Quentin Bell, siostrzeniec Virginii Woolf, autor ogromnej znakomitej jej monografii,
wspomina, że według pierwotnego zamysłu pani Dalloway miała paść martwa u szczytu
schodów w kulminacyjnym momencie przyjęcia. Podobnie wcześniej, w 1930 roku, a więc w
pięć lat po opublikowaniu powieści, francuski krytyk Paul Dottin w artykule "Les
Sortiléges de Virginia Woolf", drukowanym na łamach "Revue de France",
napisał, że zdanie "For there she was" może nasuwać myśl, że Clarissa - od
jakiegoś już czasu nieobecna wśród gości - umiera w swoim pokoju lub popełnia samobójstwo.
(Scena z "Godzin" Stephena Daldry - bo o tym filmie i "Pani Dalloway"
chcę tu mówić - kiedy pisarka wychodzi na spacer i siedząc na ławce mówi: "Ona
musi umrzeć", nie została wymyślona; należy do historii kształtowania tego dzieła).
 |
 obwoluta 1. wydania Pani Dalloway (Hogarth Press 1925) projektu Vanessy Bell, siostry
Virginii Woolf |
|
Co znaczy "For there she was"? Przede wszystkim tłumacz musi mieć na tyle
wyczucia czy znajomości angielszczyzny, żeby rozpoznać w tym idiom. Nie jest to idiom
obiegowy, jak zbliżone pod pewnym względem do niego wyrażenie here we are, jakiego używamy
w sytuacji, gdy szukamy czegoś lub kogoś, i znajdujemy nagle czy wreszcie. Przekładając
je, nie napiszemy "jesteśmy tutaj", lecz "o, jest!", "znalazłem
wreszcie", "tu cię mamy!", itd. There z czasownikiem to be - na przykład
w zwrocie there you are! - znaczy po prostu: "jesteś!" (there w przekładzie
musi być w ogóle pominięte). Ale w obchodzącym nas zdaniu ma to jeszcze inny kierunek
znaczeniowy: to live, to exist, to remain - żyć, istnieć, pozostawać, trwać w jakimś
stanie* . "For there she was" można by zatem oddać najzwięźlej przez:
"Bo była". Jednak to "bycie" jest nasilone, jest zarazem jakąś pełnią
istnienia, uosobieniem życia, nienaruszalnością trwania, obecnością niewzruszoną.
Peter Walsh uświadamia sobie w tej chwili, że otwiera się przed nim wszystko, czym
zawsze była i jest dla niego Clarissa. Że nagle widzi ją w całej najgłębszej
prawdzie jej istnienia, którego pełni nigdy przedtem tak intensywnie nie doświadczył,
nie potrafił sobie uświadomić, nie rozumiał, choć na pewno odczuwał od dawno już
minionej młodości. Mógłby użyć tamtego, bardziej potocznego wyrażenia: here we are!
Bo ją "odnalazł". Lecz Virginia Woolf chciała powiedzieć coś więcej i
wyraziła to znacznie głębiej, przez - w gruncie rzeczy - niedopowiedzenie, zdanie w
jakimś sensie "nieostre". Dla Clarissy życie jest czymś niezwykłym i niezgłębionym,
czymś świętym. Jednocześnie jest ono stale zagrożone przez śmierć, przez coś dla
niej niewiarygodnego: "how unbelievable death was", myśli w pewnym momencie. I
ta niewiarygodność - przy całym uwielbieniu życia - zarazem pociąga ją i kusi.
Kiedy podczas przyjęcia (na którym jest pewien sławny psychiatra, budzący w niej odrazę
i nienawiść), dowiaduje się, że właśnie tego dnia jakiś młody pacjent, którego ów
psychiatra przyjął w południe, w kilka godzin później rzucił się z okna, czuje się
znieważona:
"Och! pomyślała Clarissa, tu, właśnie na moim przyjęciu, tu jest śmierć, pomyślała.
(...) Jakim prawem Bradshawowie mówili o śmierci na jej przyjęciu? Młody mężczyzna
się zabił. A oni rozmawiali o tym na jej przyjęciu - Bradshawowie rozmawiali o śmierci".
Lecz natychmiast jej wewnętrzny monolog zmienia kierunek:
"Zabił się - ale jak? Zawsze przenikało ją najpierw to cielesne doznanie, kiedy
ktoś mówił jej, nagle, o jakimś wypadku: suknia płonęła, ciało paliło. Rzucił się
z okna. Ziemia poderwała się w górę; ostre zardzewiałe sztachety przeszyły go, raniąc
niezdarnie, tępo. Leżał tam, i w jego mózgu brzmiał głuchy, głuchy, głuchy łomot,
a potem zdławienie ciemnością. Tak to widziała. Ale dlaczego to zrobił? I
Bradshawowie rozmawiali o tym na jej przyjęciu!
(...) Była jakaś rzecz, która się liczy; rzecz zaplątana w czczej gadaninie,
zeszpecona, zaciemniona w jej własnym życiu; gubiona w fałszu, kłamstwach, paplaniu.
On tę rzecz ocalił. Śmierć była wyzwaniem. Śmierć była usiłowaniem by się
porozumieć, kiedy ludzie czuli niemożność dotarcia do tego sedna, które, w tajemny
sposób, wymykało się im; bliskość rozdzielała; uniesienie gasło; człowiek zostawał
sam. W śmierci był jakiś uścisk, czułe objęcie.
Lecz ten młody mężczyzna, który się zabił - czy, zanurzając się, zdołał utrzymać
swój skarb? (...)
Co za niezwykła noc! W jakiś sposób czuła się nim - tym młodym człowiekiem, który
się zabił. Była zadowolona, że tak zrobił; odrzucił to, gdy oni żyli dalej"*
*.
W powieści mamy dwie pary związanych ze sobą w szczególny sposób ludzi. Najbliższym
partnerem Clarissy nie jest w tym momencie, w tym czerwcowym dniu, jej mąż Richard, lecz
Peter Walsh, zjawiający się po latach jak ucieleśnienie i powrót wspomnień z młodości.
Parę drugą tworzy ów młody, niespełna trzydziestoletni obłąkany człowiek, który
popełnia samobójstwo, Septimus Warren Smith, i jego żona, Włoszka, którą poznał -
mieszkając krótko po zawieszeniu broni - w Mediolanie, Lucrezia (Rezia). Po ślubie
cieszyła ją myśl o zamieszkaniu w Anglii. Teraz jest zagubiona w obcym wielkim mieście,
tęskni za rodzinnym domem, bezradna i porzucona, bo mąż opuścił ją, wchodząc w
zamknięty przed nią mrok obłędu. Kocha go, ale wie już tylko, że kochać, znaczy być
samotnym.
Na pierwszych stronach książki Clarissa myśli z ulgą o tym, że życie powróciło na
spokojne tory, bo wojna się skończyła, choć są jeszcze wśród jej znajomych kobiety,
które nie mogą zapomnieć o śmierci swoich synów. Ale dla niej ślady tamtego czasu są
już prawie zupełnie zatarte.
Dla Septimusa, w miarę upływu lat, przeżycia wojenne rosną w siłę. Słyszy głosy,
rozpoznaje wśród żywych twarze umarłych. Wróble w Regent's Park ćwierkają po grecku
(motyw powracający parokrotnie w filmie). Prześladuje go zwłaszcza śmierć najbliższego
przyjaciela, Evansa, który zginął przy nim na włoskim froncie niemal w ostatniej
bitwie. Tamten zginął, on żyje dalej. Widzi go w parku, biorąc za niego Petera Walsha
przechodzącego obok. Poza tym momentem żadna z postaci należących do tych dwu par nie
styka się z tworzącymi drugą. Zderzenie wątków, które toczą się równolegle, ale
osobno, następuje dopiero w cytowanej sekwencji powieści, pod sam koniec.
*
"Godziny" to pierwotny tytuł "Mrs Dalloway". Michael Cunningham, pisząc
powieść o tej powieści, przypomniał ten pierwszy zamysł Virginii Woolf. Choć, jak
powiedziałem, rzecz tu przedstawiana dotyczy filmu, a nie podstawy, z której wyrasta
scenariusz (bo film jest arcydziełem, a książka Cunninghama tylko bardzo dobrą książką),
koniecznych będzie parę odwołań do pierwowzoru, z jakiego korzystał Daldry.
 |
 Julianne Moore w filmie "Godziny" |
|
Dziwi mnie tak szeroki sukces tego filmu. W zalewie, zwłaszcza amerykańskiej, miernoty
kinematograficznej, i bezwzględnie - zdawałoby się - panującego stylu współczesnego
kina, uformowanego przez hollywoodzkie wzory, pojawienie się właśnie w tamtym kręgu
"Godzin" musi wywoływać zdumienie. A ich przyjęcie świadczy chyba o
kryzysie, o zmęczeniu rzeczoną masową produkcją. "Guma do żucia dla oczu"
może się przejadła? Albo może dostrzeżenie niezwykłości tego obrazu jest zasługą
elit, których opinia przebiła się tym razem przez chór przeciętności? Oczywiście
istnieją w Europie nieliczne bastiony znakomitej sztuki filmowej (Anglia, kraje
skandynawskie, niekiedy Niemcy, twórczość Almodóvara, Bertolucciego), ale jest to
kropla w morzu. Kiedy zjawiły się na ekranach "Wszystkie poranki świata",
jeden z moich przyjaciół (uważany zresztą u nas za "ambasadora" francuskiej
kultury) powiedział, że powstanie takiego filmu we Francji można porównać do
rewelacji, jaką byłoby zniesienie jajka przez koguta. Przypomniałem to sobie, bo z filmów
nakręconych w paru ostatnich dziesięcioleciach "Godziny" są dla mnie trzecim
najwyższej klasy dziełem po "Uczcie Babette" i właśnie "Wszystkich
porankach". (Oczywiście nie wymieniam tu kreacji ostatnich wielkich mistrzów, jak
Antonioniego "Po tamtej stronie chmur", i - przede wszystkim - "W obecności
klowna" Bergmana, by przy tych przykładach pozostać).
Doskonałość samego opanowania środków filmowych zdumiewa tym bardziej, gdy się wie,
że Stephen Daldry jest w zasadzie reżyserem teatralnym i dotychczas miał z kinem mało
do czynienia. "Godziny", jeśli się nie mylę, są jego drugim doświadczeniem
na tym polu.
Ale oblicze świetnego reżysera (w szerokim znaczeniu) ujawnia skompletowanie obsady: pod
tym względem uderzający profesjonalizm nie dziwi. Dziwi natomiast absolutne opanowanie
filmowego (właśnie filmowego, a nie teatralnego) rytmu, precyzja montażu, kompozycja każdego
kadru (gdzie czasem, w sekwencjach Virginii, "skopiowane" zostały zdjęcia z
archiwum Woolfów) - wreszcie operowanie światłem i barwą. Wszystko to sprawia, że w
wizualnym zarówno, jak dramaturgicznym planie nie ma tu pustego miejsca. Chciałoby się
wręcz powiedzieć: brak chwili na zaczerpnięcie oddechu. Film trwa bez mała dwie
godziny, a wydaje się chwilą. Miażdżącą chwilą. I jeszcze jedna zagadka: nie
wiadomo jakim sposobem zawrotne tempo zmieniających się obrazów, miejsc i czasu akcji,
nieustannie rosnące napięcia, wprowadzają nas w stan zatrzymania, budują nastrój
kontemplacji i śmiertelnej (to chyba odpowiednie słowo) ciszy. Bo gdy wszystko się kończy,
zamyka w bezbłędnie zakreślonym kręgu, kiedy przychodzi moment
"przebudzenia", zdajemy sobie sprawę, że trwaliśmy w kleszczach, albo (jak mówi
Clarissa Virginii Woolf: "in an embrace") w objęciach śmierci. Dlatego wcześniej
przywołałem z "Mrs Dalloway" to, co przywołałem.
*
Akcja filmu - trzeba przypomnieć - toczy się w trzech miejscach topograficznych i
chronologicznych: Richmond 1941, Los Angeles 1951, Nowy Jork 2001. Jest to zawsze
wydarzenie jednego dnia, zawsze czerwcowego, bo i akcja "Pani Dalloway" rozgrywa
się jednego dnia w połowie czerwca. Wolno przyjąć, że jest to rok 1922, kiedy pisarka
rozpoczęła swoje "Godziny", cztery lata po zakończeniu wojny (najwcześniejsza
notatka w jej dzienniku, gdzie zjawia się nazwisko bohaterki, i wzmianka o tym, że
pracuje nad tekstem zbyt szybko, pochodzi z sierpnia).
Tylko w pierwszym opowiadaniu wprowadzona została retrospekcja: historia Virginii Woolf
cofa się do momentu, w którym powstaje wspomniany incipit. Ale zaczyna się od dnia jej
samobójstwa, w czterdziestym pierwszym. I dwie pozostałe daty są też datami odrzucania
przez kogoś życia.
Virginia Woolf napisała kiedyś zdanie, którego fragment brzmi: "if life is indeed
true, and if fiction is indeed fictitious" - a które można przełożyć (i rozumieć)
w dwojaki sposób: "jeśli życie jest naprawdę prawdziwe, a fikcja naprawdę
fikcyjna", albo: "jeśli życie jest naprawdę prawdziwe, a beletrystyka
[literatura, powieść] jest naprawdę fikcją".
"Godziny" Daldry'ego da się interpretować jako odpowiedź na swoiste wyzwanie
zawarte w tej alternatywie. "Pani Dalloway" jawi się tutaj jako jeszcze jedno z
licznych, głównie w pisarstwie dziewiętnastego wieku, "dzieł przeklętych":
jak portret z "Portretu" Gogola, z opowiadania Poego "Portret owalny"
czy z "Poganki" Żmichowskiej; jak obraz Frenhofera z "Nieznanego arcydzieła"
Balzaka, portret Doriana Graya z powieści Wilde'a, obraz z "Madonny przyszłości"
Henry Jamesa (przykłady można by mnożyć długo). Był to temat niezmiernie popularny
od okresu romantyzmu, a rozwijał "fantastyczne" historie dzieł, malarskich
zazwyczaj, które niszczą, doprowadzają do szaleństwa lub zabijają tworzących je
artystów, pozujących modeli albo tych, którzy z dziełami tymi obcują.
"Mrs Dalloway" w "Godzinach" ujawnia podobnie demoniczną, destrukcyjną
siłę. W każdym razie jest powieścią groźną, niebezpieczną w swym oddziaływaniu.
Dla samej Virginii Woolf cała twórczość była zarazem ratunkiem i śmiertelnym zagrożeniem
(i w tej "fikcji", jaką jest ten film, i w "prawdziwym" życiu). Ale
dlaczego ta powieść ma nosić w sobie (lub faktycznie nosi) taką skumulowaną moc
pustoszenia?
Odpowiedzi mogą być różne. Wśród nich jest i taka: Clarissa Dalloway, która na
pierwszych stronach ukazuje się jako kobieta uwielbiająca życie, każdy jego przejaw,
piękna, beztroska, ciesząca się wszystkim, co ją otacza, w miarę rozwoju akcji odsłania
przed nami swą "drugą twarz" (albo ta odsłania się przed nią, dla niej).
Wszystko, co ma, jest w jakiś sposób czymś zagrożone. Przeszła ciężką chorobę,
niespodziane zjawienie się Petera Walsha przenosi ją w lata młodości i zmusza ją do
porównania tamtego czasu z obecnym. Myśl o przemijaniu staje się coraz bardziej
natarczywa. Jej spojrzenie, ogarniając młodych ludzi, narzuca jej wyobraźni to, że ich
wygląd będzie się zmieniał, że szybko zdeformuje ich upływ wieku. A dalej, gdy zbliża
się godzina przyjęcia, które wydaje, i które ma być "ofiarą złożoną życiu",
przyjęcia, które - co uświadamia sobie coraz głębiej - ma być zarazem potwierdzeniem
lub znalezieniem sensu jej własnego istnienia, ogarnia ją trema. Trema przechodząca na
początku wieczoru w poczucie kompletnej klęski. Później to mija. Zmienia się w
doznanie triumfu, osiągnięcia celu.
"Więc, mimo wszystko, to nie była klęska! - myśli - teraz już miało się udać
- jej przyjęcie. Zaczęło się. Ruszyło z miejsca. Choć wciąż jeszcze było w
niepewności zawieszone".
I dalej mamy bardzo znamienne zdanie:
"Za każdym razem, kiedy wydawała przyjęcie, miała uczucie, że jest czymś innym
niż sobą, i że każdy był w pewien sposób nierzeczywisty, a bardziej rzeczywisty w
sposób inny".
Zbierając te spostrzeżenia, dochodzimy do wniosku, że Clarissa w istocie - teraz, w tym
czasie, w jakim umieszczony jest ten jeden dzień, bo nie w młodości - porusza się w
tym, co realne, jak na scenie i, może nie do końca zdając sobie z tego sprawę, odczuwa
lęk przed "wielkim teatrem świata", by się posłużyć frazą z moralitetu
Calderona. Wszystko jest (jest tu do pewnego momentu) u niej grą, "byciem w
roli". Tylko taką formą istnienia. Dlatego wszystko podszyte jest tremą. Dopiero
to, co ją oburza i gorszy: rozmowa o śmierci na jej przyjęciu, staje się wyzwoleniem,
wydobywa ją z "fikcji". I owo spojrzenie prosto w twarz życiu odartemu z pozorów
może obudzić w niej tęsknotę za śmiercią. Właśnie for there she is.
Istotnie może to być powód jej odejścia. A jakieś tajemnicze przeczucie lub poczucie,
które może być "sygnałem" jej utraty, objawiające się w niepojętym
napadzie uniesienia i lęku Petera, może też znaczyć, że dopiero sama pojmując i
odrzucając życie, Clarissa pozwala je komuś innemu objąć i zrozumieć, już z
"tamtej strony", z całą jasnością, w dokonanej, zamkniętej pełni.
*
Nowojorski epizod z "Godzin" stanowi najjaśniejszą transpozycję głównych wątków
powieści. Dzień Clarissy Vaughan, "przezywanej" Panią Dalloway, zaczyna się
podobnie i jej czynności zmierzają w podobnym celu: wychodzi, by kupić kwiaty, bo urządza
przyjęcie. I nosi też wiele cech bohaterki Virginii Woolf. Przede wszystkim gra "na
scenie życia". Lecz doskonale wie, że gra, i że grać musi. Bo zarazem jest także
Rezią Warren Smith, choć nie ma nic z jej charakteru. Nie jest słabą, zagubioną, zlęknioną
kobietą, ale nurtuje ją niepokój chwilami przechodzący w rozpacz, powodujący z trudem
opanowywane załamania, podobnie jak tamtą. Richard jest niemal kopią Septimusa i - mimo
że nie jest to powiedziane wprost - popełnia samobójstwo wedle "wzoru"
podsuniętego przez "Panią Dalloway" (bo to on tak nazywa od młodości pannę
Vaughan). Czarny kadr kończący jego skok z okna jest wręcz "cytatem" z
fragmentu przytoczonego wyżej: "and than a suffocation of blackness" ("a
potem zdławienie ciemnością"). Richard, jak Septimus (i jak rzeczywista Virginia
Woolf), jest prześladowany przez nawiedzające go "głosy". A także coś mówi
czy śpiewa do niego po grecku, jak po grecku ćwierkają Septimusowi wróble w Regent's
Park itd. I jak sądziłem, zastanawiając się kiedyś nad swoistą "autoportretowością"
pisarki w kreśleniu tej postaci, że Septimus jest do pewnego stopnia jej alter ego, tak
i Richard powtarza Clarissie Vaughan przed samobójstwem coś, co zawiera (autentyczny) pożegnalny
list Virginii do Leonarda, czytany w prologu filmu. Poza tym parę Richard - Clarissa łączy
młodzieńcza więź czy "przygoda", powtarzająca w bardziej już przetworzony
(i przewrotny) sposób relację: Clarissa Dalloway - Peter Walsh. Te szczegóły markują
tylko splot subtelnych i z mistrzowską precyzją przemyślanych odniesień dzieła
Daldry'ego do powieści.
Filmowa opowieść o Clarissie i Richardzie (dodajmy, że mąż pani Dalloway nosi to samo
imię, a jej najbliższa przyjaciółka z młodości, Miss Seton - to samo, co towarzyszka
filmowej Clarissy: Sally) oparta jest na złożonym splataniu się wątków z literackiego
dzieła, które oboje czytali w młodości, które może odegrało jakąś rolę u początku
ich przyjaźni, z którego zapamiętane sytuacje - niekiedy żartobliwie - odtwarzają i
odgrywają. Lecz w ostatnim momencie zjawia się duch czy upiór Septimusa, by ostatecznie
rozwiązać wszystko. Może Richard, identyfikując się z tą postacią - do czego objawy
jego choroby dają aż nadto mocne podstawy - odnajduje w tym wybawienie, może stąd
czerpie odwagę (bo samobójstwo wymaga nierzadko odwagi, choć jest zwykle brane za akt
dyktowany tchórzostwem), może chce przez to nie tylko ocalić jakiś swój
"skarb", resztkę swego człowieczeństwa, ale także uwolnić od siebie Clarissę?
Może więc dzieło Virginii Woolf nie jest w tej sekwencji dziełem do gruntu
"przeklętym", choć zdaje się popychać ku śmierci. Ale w śmierci Richarda
można odnaleźć jakiś przebłysk zwycięstwa, wielki gest ofiary. I trudno to uznać za
duchową śmierć, jaką ukazuje historia pani Brown.
*
Ta trzecia warstwa narracji (bardziej u Daldry'ego niż w powieści Cunninghama) to wątek
najtrudniejszy do ogarnięcia i niemal tak nieuchwytny, tak wymykający się analitycznemu
opisowi, jak sama "Mrs Dalloway". Nie waham się powiedzieć, że jest przerażający.
(Na marginesie dodam, że dźwigająca go rola Julianne Moore to - dla mnie - kreacja, która
wznosi się w filmie nad wszystkie inne).
U Cunninghama wstępny rozdział poświęcony tej postaci rozpoczyna się od pierwszych
zdań tego dzieła.
Laura Brown jest z pozoru kobietą przeciętną, zwyczajną panią domu reprezentującą
middle class lub może lower middle class, lecz niezwykle wrażliwą, inteligentną i
bardzo oczytaną. Beletrystyka jest dla niej obszarem, w którym porusza się ze znawstwem
i, zapewne obok powieści mniejszego lotu, czyta wielką literaturę. Przedstawiona jest
po raz pierwszy, kiedy się budzi (jest w ciąży, więc mąż, nie chcąc jej niepokoić
rano, je na dole w kuchni śniadanie przed wyjściem do pracy, razem z kilkuletnim
synkiem). Ważny dla jej charakterystyki szczegół to to, że gdy tylko otwiera oczy, sięga
po książkę, i chociaż chciałaby zejść do kuchni, żeby zobaczyć syna, którego
uwielbia, i męża, którego kocha, a który tego właśnie dnia obchodzi urodziny - nie
może się przez jakiś czas oderwać od powieści. Wreszcie wstaje i idąc po schodach
odczuwa niepokój: musi opuścić jak gdyby bezpieczne miejsce, schronienie, jakie daje
jej ten świat, i wejść w drugi, który napawa ją tremą. Który z nich jest dla niej
bardziej realny?
Cytat z Cunninghama:
"Zatrzymuje się, ma przed sobą jeszcze kilka stopni, nasłuchuje i czeka; znów
ogarnia ją (chyba coraz silniejsze) uczucie przypominające senne marzenie, jak gdyby stała
za kulisami na chwilę przed wyjściem na scenę i rozpoczęciem roli, do której ani nie
jest odpowiednio ubrana, ani wystarczająco dobrze przygotowana. Co się ze mną dzieje,
zastanawia się. To przecież jej mąż jest w kuchni, to jej mały synek. Ten mężczyzna
i ten chłopiec nie potrzebują niczego więcej prócz jej obecności i, rzecz jasna, miłości.
Pokonuje ogromną chęć wycofania się po cichu na górę, do własnego łóżka i książki".***
W rozdziale dalszym, kiedy dzwoni do drzwi jej przyjaciółka Kitty, mamy znowu opis
niewytłumaczalnego napadu stage fright:
"Z trudem przełyka ślinę, czując w gardle ostry skurcz niepokoju, narastającego
uczucia paniki. Za chwilę wejdzie Kitty, a ona jest nieuczesana, jeszcze ma na sobie
szlafrok. Nazbyt jawnie wygląda na kobietę strapioną. Chce podbiec do drzwi i jednocześnie
trwać w bezruchu przy zlewozmywaku, aż Kitty zrezygnuje i odejdzie".
"Unless I am not myself, I am nobody", wyznała Virginia Woolf w dzienniku w
lipcu 1923 roku, podczas pracy nad powieścią. "O ile nie jestem sobą, jestem
nikim". Główny motyw czy powód "samobójstwa" Laury Brown można by
zamknąć w tym zdaniu. Ale dotarcie do sedna jej tajemnicy wymagałoby dalszego, długiego
jeszcze namysłu nad powodem wypowiedzenia takiej kwestii, jej sensem, i nad całym łańcuchem
konsekwencji, jakie pociąga ona za sobą.
W "Pani Dalloway", jak wolno by wnosić tylko z tych uwag, które tu zanotowałem,
istnieje "strona życia" i "strona śmierci". Laura uosabia tę drugą.
Ulega kuszeniu, które narasta w miarę rozwoju akcji w postawie Septimusa, i któremu
poddaje się on za sprawą zewnętrznych raczej okoliczności (ucieczka przed
zniewoleniem, jakie uświadamia mu ostatecznie ostatnia wizyta u psychiatry), bo mimo
wszystko chce żyć, i właśnie obłęd pragnienie to zdaje się podtrzymywać, a może
nawet je wzmaga. I zarazem jej "portret" skupia to, co jawi się jak gęstniejąca
ciemność w wewnętrznym wizerunku Clarissy, którą coraz natarczywiej nawiedza myśl,
że jej życie się dopełniło. Można postrzegać w tym przeczucie nagłej śmierci na
oczach wszystkich (jak w zarzuconym przez pisarkę pomyśle, o którym wspomina Bell), lub
własnowolne odrzucenie życia przez Clarissę po tym, jak jej przyjęcie, traktowane jako
jej - złożona życiu - ofiara spełniła się, została "przyjęta" (co
sugerował Dottin).
W kluczowym zdaniu kończącym powieść: "For there she was" - gdyby nam wolno
było zignorować jego idiomatyczność - słowo "there", "tam",
znaczyłoby, że "już tam", "po tamtej stronie" odczuwa jej obecność
Peter Walsh w przypływie niewytłumaczalnego przerażenia i ekstazy. Ale, jak powiedzieliśmy,
chociaż to zdanie może taki domysł podsuwać, prawidłowo odczytywane nie tak prosto
brzmi, i nie tak jednoznacznie się tłumaczy.
Nieuchwytność odejścia Laury Brown, jego wieloznaczność, jest najbliższa chyba tej
ostatniej frazie. A jej postać łączy w sobie wszystkie motywy śmierci, jakie pojawiają
się w filmie, w powieści Virginii Woolf, i w samej jej biografii.
Skoro - jak się okazuje - ani życie nie jest do końca prawdziwe, ani sztuka naprawdę
fikcyjna, prawdziwa może być tylko śmierć. I Laura - zatruwana powoli lekturą
"przeklętego dzieła", które taki dylemat przed nią odsłania, i umacnia jakiś,
jakby wrodzony lęk przed sceną życia - poddaje się. Postanawia doświadczyć tej
prawdy. Lub musi ją przyjąć, żyjąc w niej, żyjąc nią - martwa.
* Za pomoc w ostatecznym rozwiązaniu tego trudnego w istocie problemu chciałbym gorąco
podziękować Pani Barbarze Górskiej z Cambridge University Press.
** Fragmenty z "Pani Dalloway" w przekładzie Ewy Gieysztor, przystosowanym do
mojej książki o tej powieści ("Zasłona w rajskie ptaki", Warszawa 1981).
Ponieważ analiza przeprowadzana tam była na tekście oryginału, umieściliśmy w
przypisach tłumaczenie możliwie najwierniejsze, nie mogąc się opierać na istniejącym
polskim wydaniu.
*** Cytaty za: Michael Cunningham, "Godziny". Przeł. Maja Charkiewicz i Beata
Gonar, Poznań 2003.
WIESŁAW JUSZCZAK, historyk sztuki, prof. Uniwersytetu Warszwaskiego, zajmował się
m. in. europejskim wczesnym romantyzmem, modernizmem polskim, religią Grecji; tłumaczył
Blake`a i Eliota. Ostatnio wydał "Realność bogów"; omówienie tej książki
zamieściliśmy w poprzednim numerze "TP".
|