dotb.gif

„TP”, Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2808/main01.php



Nie ma kryzysu?

Z profesorem Andrzejem Rychardem z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN
rozmawia Krzysztof Burnetko


KRZYSZTOF BURNETKO: - Dotąd raczej strofował Pan publicystów sięgających w opisach sytuacji społeczno-politycznej w Polsce po słowo "kryzys". Czy teraz nie należałoby jednak go użyć? Trwa zamieszanie wokół afery Rywina. Wedle OBOP aż 82 proc. Polaków krytycznie ocenia gabinet Leszka Millera. A niemal 2/3 sondowanych przez "Rzeczpospolitą" chce przyspieszonych wyborów.

ANDRZEJ RYCHARD: - Kryzys to moment przełomowy - owszem, zapaść, ale o tak dużym nasileniu, że w jej efekcie rodzi się nowa jakość. Zgadzam się z tymi koncepcjami, wedle których kryzys w polityce to chwila, w której systemu państwowego czy partyjnego nie da się już naprawić środkami mu właściwymi i trzeba sięgnąć po metody sprzeczne z jego istotą - w tym sensie kryzys oznacza koniec dotychczasowego systemu. W latach 80. komunizm znalazł się w kryzysie, bo jego centralnie planowanej gospodarki nie można było zreformować metodami gospodarki centralnie planowej. Trzeba było dopuścić elementy wolnego rynku, tyle że ich wprowadzenie oznaczało śmierć komunizmu.

W Polsce od 1989 r. budujemy demokrację parlamentarną i gospodarkę rynkową. Można wskazać różne ich niedomagania, lecz jak dotąd do usunięcia patologii nie musieliśmy używać środków sprzecznych z naturą demokracji i rynku. Przeciwnie: najlepszym sposobem uzdrowienia sytuacji jest wzmacnianie mechanizmów demokratycznych i rynkowych.

- Afera Rywina dowiodła nie tylko skali matactw na styku biznesu, polityki i mediów, ale pokazała brak zahamowań i bezczelność niektórych środowisk uchodzących dotąd za elity. Więcej: wciąż nie została do końca wyjaśniona, a w pracy prokuratury i sejmowej komisji śledczej - organów systemowo właśnie powołanych na wypadek takich spraw - widać coraz więcej wątków politycznych. Na to nakłada się spadek poparcia dla Sejmu, rządu a nawet prezydenta.

- Być może wyczerpuje się formuła demokracji i rynku, której początki sięgają 1989 r. Ale nie sądzę, by dla ratowania sytuacji konieczne były metody rodem z innych systemów. Może jesteśmy bliżej kryzysu niż parę lat temu, ale polska demokracja i rynek jeszcze w stanie kryzysu nie są.

- Niektórzy publicyści, ba, także niektórzy socjologowie i politolodzy, utrzymują jednak, że w III RP nie ma ani rzeczywistej demokracji, ani wolnego rynku - żyjemy w demokracji dekoracyjnej.

- W systemie III RP jest wiele elementów fasadowości. Ale ta fasada nie jest kompletnie nieprzepuszczalna: dowodem choćby, że media ujawniają co rusz jakieś afery.

Ponadto nie wszystkie z zachodzących w Polsce zjawisk wynikają z niedorozwoju rodzimej demokracji. Wiele jest efektem niedostosowania tradycyjnych struktur politycznych do pojawiających się dziś procesów i wyzwań. To problem drążący także rozwinięte, zdawałoby się, demokracje na Zachodzie. I tam, jak pisze np. Ulrich Beck, tradycyjna polityka zmienia formułę: pola, w których dominowała, przestają być polityczne, a równocześnie polityka pojawia się w innych sferach, dotąd uchodzących za apolityczne.

Prof. Marek Ziółkowski twierdzi, że we współczesnej Polsce obowiązują wartości związane z okresem zarówno przedmodernistycznym, jak modernizacyjnym i postmodernistycznym. Można to przenieść na sferę polityki. Wiele instytucji ustrojowych ma tradycyjne i przestarzałe już korzenie. Jednocześnie próbuje się dokonać gwałtownej modernizacji, za cel mając przejęcie modelu z mitycznego Zachodu. Tyle że ten jest już po części na tymże Zachodzie odrzucany i wypierany przez politykę epoki postmodernistycznej.

Dobrym przykładem są nasze partie. Gdy powstawały, były oparte głównie o genealogię wynikającą ze starych podziałów. Nie artykułowały interesów rozmaitych grup społeczno-zawodowych, lecz ogniskowały się wokół wartości i sporów ideowych. Niektórzy wybitni teoretycy nauk o polityce - na przykład Juan J. Linz i Alfred C. Stepan w książce o rewolucji demokratycznej w postkomunistycznej Europie i w południowej Ameryce - twierdzili wręcz, że Polska nie przeszła jeszcze od etycznego społeczeństwa obywatelskiego do politycznego społeczeństwa demokratycznego. Ich zdaniem koniecznym elementem modernizacji byłoby dopiero odejście od polityki opartej o wartości - której symbolem był ruch społecznego protestu w rodzaju ,,Solidarności", gdzie aksjologia odgrywała główną rolę - do polityki skupionej na reprezentowaniu przez partie interesów społeczno-ekonomicznych poszczególnych segmentów elektoratu.

Lecz dziś na Zachodzie coraz częściej te tradycyjne podziały na ugrupowania bardziej socjaldemokratyczne i bardziej prokapitalistyczne współistnieją z innymi podziałami, nie wynikającymi już z prostych kryteriów statusowo-klasowych. Rolę zaczynają odgrywać orientacje cywilizacyjne, poglądy obyczajowe czy wynikające z różnic płci. Może więc goniąc za systemem partyjnym rozumianym jako reprezentacja interesów, gonimy za czymś, co powoli odchodzi do lamusa? Może nasze partie, oparte w sporym stopniu na podziałach ideowych, nie należą do zamierzchłej przeszłości, lecz przeciwnie - są w awangardzie, wyprzedzają Zachód i to do nich należy przyszłość? Może nasza przednowoczesność stanie się ponowoczesnością? Tyle że nie przejdziemy etapu nowoczesności - co paradoksalnie może być dla Polaków frustrujące, bo oni nie lubią przednowoczesności, ponowoczesności się boją, a chcieliby za to bardzo być nowocześni.

- Skoro nie jesteśmy specjalnie zapóźnieni, to dlaczego Polacy tracą zaufanie do życia publicznego?

- Bo patrzymy na politykę w kategoriach niespełnionych obietnic. Polska jest krajem niezrealizowanych marzeń transformacyjnych. Po 1989 r. wprowadzono - w imię zmiany systemu i powodzenia reform - wymóg mobilizacji i aktywności. I ludzie to kupili: zaczęli wedle tych reguł funkcjonować. Trzeba pamiętać, że napęd transformacji pierwszej połowy lat 90. nadała drobna przedsiębiorczość, która wyzwoliła się w wielu Polakach. To były początki mitycznej klasy średniej. W pewnym momencie pojawiły się jednak koszty, z którymi nie zawsze potrafiono sobie radzić. Rewolucja została wstrzymana - więc jej uczestnicy poczuli się sfrustrowani. Zwracali na to uwagę socjologowie: Lena Kolarska-Bobińska czy Jadwiga Staniszkis.
Przestawiciele tej powstającej klasy średniej byli sfrustrowani, mimo że radzili sobie lepiej, niż to oceniali.
Swoje robiło i to, że cały czas czuli psychiczny dyskomfort, wynikający z tego, że ich aspiracje rosły szybko, a możliwość ich zaspokojenia dużo wolniej. Polska była przez kilka lat modelowym przykładem niezrozumienia przez niektórych ekonomistów elementarnych prawideł socjologii.
Otóż choć krzywa statystycznego zaspokojenia potrzeb rosła, a wyposażenie polskich gospodarstw domowych było coraz lepsze, ludzie mówili, że jest coraz gorzej. Ekonomiści się dziwili: skoro jest tak dobrze, czemu naród narzeka. Nie wzięli pod uwagę, że rosła też krzywa aspiracji. Rozchodzenie się tych krzywych wyznacza stopień niezadowolenia społecznego. Zatem niezadowolenie jest niższe wtedy, gdy stopień zaspokojenia potrzeb jest... mniejszy. Kiedy zaś zaspokojenie potrzeb jest wyższe, to wyższe jest też niezadowolenie, bo aspiracje rosną jeszcze szybciej.

Edwarda Gierka też wykończyły rosnące w latach 70. aspiracje Polaków - to one stały się zarzewiem buntu 1980 r. Ale był to drobiazg w porównaniu do aspiracji po powstaniu III RP. W latach 70., nie mówiąc o czasach Gomułki, nikt w Polsce nie porównywał się do pana Schmidta z Niemiec Zachodnich czy Smitha z Wielkiej Brytanii, bo było jasne, że to inna bajka. Gdy jednak pojawiły się Geant'y i Carrefour'y, za szybami salonów samochodowych stoją najnowsze modele, a każdy może to zobaczyć, to siłą rzeczy zaczyna porównywać swój los do sytuacji Schmidta i Smitha.
Dlatego choć ludzie radzili sobie coraz lepiej, to czuli się coraz gorzej. To jest główna przyczyna obecnego stanu nastrojów społecznych.

- Silniejsza niż zawiedzione nadzieje wobec państwa czy elit?

- Erozja państwa i zachowanie elit też są powodem niezadowolenia. Ale - paradoksalnie - Polacy rewolucję lat 90. zrobili raczej jako konsumenci niż jako obywatele.
Pytani o ocenę funkcjonowania demokracji i rynku, są krytyczni w obu przypadkach. Ale, co znamienne, notowania rynku są gorsze niż demokracji. Natomiast odwrotnie jest, kiedy zanalizujemy to, w czym ludzie uczestniczą na co dzień.

- Uczestnictwo w rynku wymusza życie. Do wyborów można iść albo nie.

- Właśnie wymuszona partycypacja w rynku powoduje, że organizujemy życie wokół zaspokajania interesów i aspiracji konsumpcyjnych raczej niż obywatelskich. Polityka, owszem, bywa źródłem frustracji, ale dla sporej części społeczeństwa nie jest źródłem codziennego niezadowolenia.

A co do elit, trudno się dziwić, że jest z nimi tak źle: polskie elity nie są z Madagaskaru, ale stąd - z tego społeczeństwa. Więcej: to samo społeczeństwo wyłoniło z siebie takie elity, jakie teraz ma.

Znamienne też, że wśród niegłosujących, są zarówno tacy, którzy traktują to jako akt buntu, jak i tacy, którzy nie idą, bo powodzi im się w miarę dobrze i nie widzą potrzeby zmian, albo nie mają czasu, bo są zajęci własnymi interesami.

- Czyżby to, że obywatele nie uczestniczą w polityce, nie zawsze jest zjawiskiem niebezpiecznym dla demokracji? Przeciwnie: dowodzi normalnienia sytuacji?

- Jest złym znakiem dla demokracji, jeśli nie potrafi przedstawić obywatelom oferty, skłaniającej do zaangażowania - choćby tak minimalnego, jak wrzucenie kartki wyborczej. Tymczasem polski wybór polityczny sprowadza się na dobrą sprawę do uczestniczenia albo nieuczestniczenia w polityce. Każdy z nas ma znajomych, którzy świadomie odmawiają uczestniczenia w polityce. Nawet na wyższych piętrach drabiny społecznej są ludzie, którzy są niezadowoleni z możliwości wyboru, jakie daje im polityka, więc ją bojkotują.
Poza tymi świadomymi nieuczestnikami jest jednak zasadnicza grupa tych, którzy nie uczestniczą, bo nie mają odpowiedniego kapitału społecznego, lokują się na niższych piętrach struktury społecznej. Jak wykazały badania Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz z IFiS PAN, to dziś najbardziej dramatyczna linia podziału w Polsce: między tymi, którzy biorą udział w szeroko rozumianym życiu publicznym, a tymi, którzy w ogóle w nim nie uczestniczą, bo nie mają ku temu odpowiedniej "społecznej infrastruktury". Kluczowy dotąd spór między "nami" i "nimi" został już wpisany w system i dogorywa w jego ramach.

- Czy afery typu Rywingate mogą stać się okazją do mobilizacji społecznej pod hasłem uzdrowienia sytuacji, czy przeciwnie: większe jest prawdopodobieństwo, że tylko pogłębiają frustrację?

- Tego się nie da powiedzieć. Lecz to w związku z aferą Rywina pojawiły się w Polsce oznaki wzrostu zatroskania obywatelskiego. Apele o jednomandatowe okręgi wyborcze, reformę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji czy wreszcie idee ogłoszenia IV Rzeczpospolitej to przejawy odradzania się obywatelskiego zatroskania przynajmniej w środowiskach inteligenckich. Mniejsze znaczenie ma w tej sytuacji, iż naiwnością trąci pogląd, że unieważniając III RP automatycznie pozbędziemy się wszystkich jej patologii. Nie mówiąc, że rozpoczynanie reformy państwa od zmiany symboli, grozi skupieniem się na nowej fasadzie kosztem pamięci o celu przedsięwzięcia.

Pytanie stojące teraz przed Polską brzmi: czy w sytuacji braku autorytetów i niebezpieczeństwa wykorzystania takich nastrojów społecznych przez polityków, impuls wywołany szokiem afery Rywina okaże się na tyle silny, że trend do zmian będzie mógł objąć i inne kręgi. Jeżeli jednak cechą polskiego systemu jest nieuczestnictwo w życiu publicznym, w tej chwili tendencja ta się łamie i w tym sensie jest to przesilenie.
Istnieje oczywiście niebezpieczeństwo, że afera Rywina nie doprowadzi do zmiany systemu, tylko do pogłębienia się niewiary w polityków i państwo. To ułatwiłoby robotę zwolennikom rozwiązań typu populizująco-niedemokratycznych.

Zwłaszcza że praktycznie wszystkie partie polityczne w Polsce próbują zbijać kapitał na odwoływaniu się do lęków różnych odłamów swojego elektoratu. Nie trzeba nawet sięgać po przykład Samoobrony czy Ligi Polskich Rodzin, bo na poczuciu niezadowolenia próbują też grać Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe oraz Prawo i Sprawiedliwość. W zasadzie tylko Platforma Obywatelska próbuje się odwoływać do tych, którym jako tako się powiodło - kłopot w tym, że i Platformie wiedzie się jako tako.

- Czy elektorat niezadowolonych może zgodzić się na populistyczne rozwiązania? W nadziei, że silna ręka zaprowadzi porządek i zredukuje lęki?

- Nie wykluczałbym tego niebezpieczeństwa. Szczęśliwie są dosyć potężne kotwice, które przed nim bronią: Unia Europejska, niektóre instytucje ustrojowe, wreszcie elektorat, który nie lubi rozwiązań skrajnych. On może wyrażać ekstremalnie posunięte niezadowolenie ze stanu demokracji, ale nie zawsze, nie od razu i nie do końca przekłada się to w Polsce na silne poparcie dla niedemokratycznych i radykalnych rozwiązań w systemie państwa.

- Podział na zaangażowanych w politykę i całą resztę, która się nią nie interesuje, bądź ją bojkotuje, może, paradoksalnie, utrwalać obecny kształt sceny politycznej...

- Do pewnego momentu można było sądzić, że jeżeli podążymy tropem tradycyjnego myślenia o modernizacji systemu politycznego - czyli, upraszczając: od partii etosu do partii interesu, to w końcu powstanie w Polsce klasa średnia i wytworzy się zapotrzebowanie na demokrację. Rozwój klasy średniej został jednak przyblokowany, bo tylko jej część potrafi sobie radzić na prawdziwym rynku: gdy trzeba płacić podatki, mieć czysto w sklepie itd. Okazało się też, że partia, która miała być dla klasy średniej tą wyśnioną, czyli właśnie PO - przyciągnęła tylko jej część. Ku zdumieniu wielu analityków i polityków, przedstawiciele klasy średniej głosowali też na populistyczne Samoobronę i LPR (ci, którym się nie powiodło) czy lewicowe SLD i PSL. Koncepcja, że z klasy średniej wyłoni się nowy impuls, okazała się na razie chybiona. Lecz to, jaki będzie los zalążków polskiej klasy średniej, co stanie się z jej zawiedzionymi nadziejami, kto ją przejmie i gdzie ona pójdzie, jest nadal ważne.

Prof. Edmund Mokrzycki napisał parę lat temu, że klasa średnia w Polsce jest mitem, bo kiedy się o niej mówi, nie ma się na myśli konkretnej klasy w tym społeczeństwie, ale model ładu ustrojowego opartego niemal wyłącznie o tą wyśnioną grupę obywateli.

- Jakie hasło może dziś porwać Polaków do większego zaangażowania?

- W Polsce mógłby odnieść sukces ktoś, kto potrafiłby - bez odwoływania się do chwytów populistycznych, albo odwołując się w najlepszym sensie tego słowa, tzn. nie odwracając tyłem do nastrojów - połączyć dwa rodzaje oczekiwań, które są silne w polskim społeczeństwie. Pierwsze związane jest z poczuciem lęku. Drugie to oczekiwanie, jednak, zmian. Chodzi więc o ,,bezpieczną modernizację".

Jedynym politykiem, który na razie to czyni, jest Aleksander Kwaśniewski. Dużą część pozycji politycznej zbudował na umiejętności stwarzania wrażenia, że przeprowadzi ludzi w kierunku społeczeństwa bardziej zmodernizowanego, nie nadszarpując jednak zbytnio ich poczucia bezpieczeństwa.

Partia takiego bezpiecznego modernizmu musiałaby być centrowa, bo działałaby w społeczeństwie w dużym stopniu przywiązanym bardziej do tradycji niż do wartości katolickich; w społeczeństwie, które chciałoby żyć nowocześnie, ale nie wyrzekając się swojej tożsamości; które choć doświadczyło niebezpieczeństw rynku, chciałoby go jednak dalej budować.

- To pokazuje, że życie społeczne biegnie innym torem niż polityczne.

- Jeszcze dobitniejszą ilustrację tej różnicy dał prof. Henryk Domański, porównując wpływ dwóch rewolucji, które kształtowały strukturę społeczną w Polsce: rewolucji instalującej komunizm i rewolucji komunizm deinstalującej. Okazało się, że rewolucja instalująca komunizm przeorała strukturę społeczną w stopniu o wiele większym niż ta, która była demontażem komunizmu. Niezależnie więc, co sądzimy o symbolicznych wydarzeniach politycznych - upadku muru berlińskiego, "Solidarności", procesy społeczne mają zupełnie inną dynamikę.

Jeżeli z tego punktu widzenia spojrzymy na polską transformację i będziemy starać się przywrócić temu słowu głębszy sens, a nie sprowadzać do zmian o charakterze politycznym, prawdziwa transformacja w Polsce nie tylko się nie skończyła, ale nie wiemy, czy na dobre się zaczęła.




Prof. Andrzej Rychard (1951) jest kierownikiem Zespołu Badawczego Socjologii Polityki i Gospodarki Instytutu Filozofii i Socjologii PAN i dyrektorem Ośrodka Studiów Społecznych przy IFiS PAN

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl