|
Nie ma kryzysu?
Z profesorem Andrzejem Rychardem z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN
rozmawia Krzysztof
Burnetko
KRZYSZTOF BURNETKO: - Dotąd raczej strofował Pan publicystów sięgających w
opisach sytuacji społeczno-politycznej w Polsce po słowo "kryzys". Czy teraz
nie należałoby jednak go użyć? Trwa zamieszanie wokół afery Rywina. Wedle OBOP aż
82 proc. Polaków krytycznie ocenia gabinet Leszka Millera. A niemal 2/3 sondowanych przez
"Rzeczpospolitą" chce przyspieszonych wyborów.
ANDRZEJ RYCHARD: - Kryzys to moment przełomowy - owszem, zapaść, ale o tak
dużym nasileniu, że w jej efekcie rodzi się nowa jakość. Zgadzam się z tymi
koncepcjami, wedle których kryzys w polityce to chwila, w której systemu państwowego
czy partyjnego nie da się już naprawić środkami mu właściwymi i trzeba sięgnąć po
metody sprzeczne z jego istotą - w tym sensie kryzys oznacza koniec dotychczasowego
systemu. W latach 80. komunizm znalazł się w kryzysie, bo jego centralnie planowanej
gospodarki nie można było zreformować metodami gospodarki centralnie planowej. Trzeba
było dopuścić elementy wolnego rynku, tyle że ich wprowadzenie oznaczało śmierć
komunizmu.
W Polsce od 1989 r. budujemy demokrację parlamentarną i gospodarkę rynkową. Można
wskazać różne ich niedomagania, lecz jak dotąd do usunięcia patologii nie musieliśmy
używać środków sprzecznych z naturą demokracji i rynku. Przeciwnie: najlepszym
sposobem uzdrowienia sytuacji jest wzmacnianie mechanizmów demokratycznych i rynkowych.
- Afera Rywina dowiodła nie tylko skali matactw na styku biznesu, polityki i mediów,
ale pokazała brak zahamowań i bezczelność niektórych środowisk uchodzących dotąd
za elity. Więcej: wciąż nie została do końca wyjaśniona, a w pracy prokuratury i
sejmowej komisji śledczej - organów systemowo właśnie powołanych na wypadek takich
spraw - widać coraz więcej wątków politycznych. Na to nakłada się spadek poparcia
dla Sejmu, rządu a nawet prezydenta.
- Być może wyczerpuje się formuła demokracji i rynku, której początki sięgają 1989
r. Ale nie sądzę, by dla ratowania sytuacji konieczne były metody rodem z innych
systemów. Może jesteśmy bliżej kryzysu niż parę lat temu, ale polska demokracja i
rynek jeszcze w stanie kryzysu nie są.
- Niektórzy publicyści, ba, także niektórzy socjologowie i politolodzy, utrzymują
jednak, że w III RP nie ma ani rzeczywistej demokracji, ani wolnego rynku - żyjemy w
demokracji dekoracyjnej.
- W systemie III RP jest wiele elementów fasadowości. Ale ta fasada nie jest kompletnie
nieprzepuszczalna: dowodem choćby, że media ujawniają co rusz jakieś afery.
Ponadto nie wszystkie z zachodzących w Polsce zjawisk wynikają z niedorozwoju rodzimej
demokracji. Wiele jest efektem niedostosowania tradycyjnych struktur politycznych do
pojawiających się dziś procesów i wyzwań. To problem drążący także rozwinięte,
zdawałoby się, demokracje na Zachodzie. I tam, jak pisze np. Ulrich Beck, tradycyjna
polityka zmienia formułę: pola, w których dominowała, przestają być polityczne, a
równocześnie polityka pojawia się w innych sferach, dotąd uchodzących za apolityczne.
Prof. Marek Ziółkowski twierdzi, że we współczesnej Polsce obowiązują wartości
związane z okresem zarówno przedmodernistycznym, jak modernizacyjnym i
postmodernistycznym. Można to przenieść na sferę polityki. Wiele instytucji
ustrojowych ma tradycyjne i przestarzałe już korzenie. Jednocześnie próbuje się
dokonać gwałtownej modernizacji, za cel mając przejęcie modelu z mitycznego Zachodu.
Tyle że ten jest już po części na tymże Zachodzie odrzucany i wypierany przez
politykę epoki postmodernistycznej.
Dobrym przykładem są nasze partie. Gdy powstawały, były oparte głównie o genealogię
wynikającą ze starych podziałów. Nie artykułowały interesów rozmaitych grup
społeczno-zawodowych, lecz ogniskowały się wokół wartości i sporów ideowych.
Niektórzy wybitni teoretycy nauk o polityce - na przykład Juan J. Linz i Alfred C.
Stepan w książce o rewolucji demokratycznej w postkomunistycznej Europie i w
południowej Ameryce - twierdzili wręcz, że Polska nie przeszła jeszcze od etycznego
społeczeństwa obywatelskiego do politycznego społeczeństwa demokratycznego. Ich
zdaniem koniecznym elementem modernizacji byłoby dopiero odejście od polityki opartej o
wartości - której symbolem był ruch społecznego protestu w rodzaju
,,Solidarności", gdzie aksjologia odgrywała główną rolę - do polityki skupionej
na reprezentowaniu przez partie interesów społeczno-ekonomicznych poszczególnych
segmentów elektoratu.
Lecz dziś na Zachodzie coraz częściej te tradycyjne podziały na ugrupowania bardziej
socjaldemokratyczne i bardziej prokapitalistyczne współistnieją z innymi podziałami,
nie wynikającymi już z prostych kryteriów statusowo-klasowych. Rolę zaczynają
odgrywać orientacje cywilizacyjne, poglądy obyczajowe czy wynikające z różnic płci.
Może więc goniąc za systemem partyjnym rozumianym jako reprezentacja interesów, gonimy
za czymś, co powoli odchodzi do lamusa? Może nasze partie, oparte w sporym stopniu na
podziałach ideowych, nie należą do zamierzchłej przeszłości, lecz przeciwnie - są w
awangardzie, wyprzedzają Zachód i to do nich należy przyszłość? Może nasza
przednowoczesność stanie się ponowoczesnością? Tyle że nie przejdziemy etapu
nowoczesności - co paradoksalnie może być dla Polaków frustrujące, bo oni nie lubią
przednowoczesności, ponowoczesności się boją, a chcieliby za to bardzo być
nowocześni.
- Skoro nie jesteśmy specjalnie zapóźnieni, to dlaczego Polacy tracą zaufanie do
życia publicznego?
- Bo patrzymy na politykę w kategoriach niespełnionych obietnic. Polska jest krajem
niezrealizowanych marzeń transformacyjnych. Po 1989 r. wprowadzono - w imię zmiany
systemu i powodzenia reform - wymóg mobilizacji i aktywności. I ludzie to kupili:
zaczęli wedle tych reguł funkcjonować. Trzeba pamiętać, że napęd transformacji
pierwszej połowy lat 90. nadała drobna przedsiębiorczość, która wyzwoliła się w
wielu Polakach. To były początki mitycznej klasy średniej. W pewnym momencie pojawiły
się jednak koszty, z którymi nie zawsze potrafiono sobie radzić. Rewolucja została
wstrzymana - więc jej uczestnicy poczuli się sfrustrowani. Zwracali na to uwagę
socjologowie: Lena Kolarska-Bobińska czy Jadwiga Staniszkis.
Przestawiciele tej powstającej klasy średniej byli sfrustrowani, mimo że radzili sobie
lepiej, niż to oceniali.
Swoje robiło i to, że cały czas czuli psychiczny dyskomfort, wynikający z tego, że
ich aspiracje rosły szybko, a możliwość ich zaspokojenia dużo wolniej. Polska była
przez kilka lat modelowym przykładem niezrozumienia przez niektórych ekonomistów
elementarnych prawideł socjologii.
Otóż choć krzywa statystycznego zaspokojenia potrzeb rosła, a wyposażenie polskich
gospodarstw domowych było coraz lepsze, ludzie mówili, że jest coraz gorzej.
Ekonomiści się dziwili: skoro jest tak dobrze, czemu naród narzeka. Nie wzięli pod
uwagę, że rosła też krzywa aspiracji. Rozchodzenie się tych krzywych wyznacza
stopień niezadowolenia społecznego. Zatem niezadowolenie jest niższe wtedy, gdy
stopień zaspokojenia potrzeb jest... mniejszy. Kiedy zaś zaspokojenie potrzeb jest
wyższe, to wyższe jest też niezadowolenie, bo aspiracje rosną jeszcze szybciej.
Edwarda Gierka też wykończyły rosnące w latach 70. aspiracje Polaków - to one stały
się zarzewiem buntu 1980 r. Ale był to drobiazg w porównaniu do aspiracji po powstaniu
III RP. W latach 70., nie mówiąc o czasach Gomułki, nikt w Polsce nie porównywał się
do pana Schmidta z Niemiec Zachodnich czy Smitha z Wielkiej Brytanii, bo było jasne, że
to inna bajka. Gdy jednak pojawiły się Geant'y i Carrefour'y, za szybami salonów
samochodowych stoją najnowsze modele, a każdy może to zobaczyć, to siłą rzeczy
zaczyna porównywać swój los do sytuacji Schmidta i Smitha.
Dlatego choć ludzie radzili sobie coraz lepiej, to czuli się coraz gorzej. To jest
główna przyczyna obecnego stanu nastrojów społecznych.
- Silniejsza niż zawiedzione nadzieje wobec państwa czy elit?
- Erozja państwa i zachowanie elit też są powodem niezadowolenia. Ale - paradoksalnie -
Polacy rewolucję lat 90. zrobili raczej jako konsumenci niż jako obywatele.
Pytani o ocenę funkcjonowania demokracji i rynku, są krytyczni w obu przypadkach. Ale,
co znamienne, notowania rynku są gorsze niż demokracji. Natomiast odwrotnie jest, kiedy
zanalizujemy to, w czym ludzie uczestniczą na co dzień.
- Uczestnictwo w rynku wymusza życie. Do wyborów można iść albo nie.
- Właśnie wymuszona partycypacja w rynku powoduje, że organizujemy życie wokół
zaspokajania interesów i aspiracji konsumpcyjnych raczej niż obywatelskich. Polityka,
owszem, bywa źródłem frustracji, ale dla sporej części społeczeństwa nie jest
źródłem codziennego niezadowolenia.
A co do elit, trudno się dziwić, że jest z nimi tak źle: polskie elity nie są z
Madagaskaru, ale stąd - z tego społeczeństwa. Więcej: to samo społeczeństwo
wyłoniło z siebie takie elity, jakie teraz ma.
Znamienne też, że wśród niegłosujących, są zarówno tacy, którzy traktują to jako
akt buntu, jak i tacy, którzy nie idą, bo powodzi im się w miarę dobrze i nie widzą
potrzeby zmian, albo nie mają czasu, bo są zajęci własnymi interesami.
- Czyżby to, że obywatele nie uczestniczą w polityce, nie zawsze jest zjawiskiem
niebezpiecznym dla demokracji? Przeciwnie: dowodzi normalnienia sytuacji?
- Jest złym znakiem dla demokracji, jeśli nie potrafi przedstawić obywatelom oferty,
skłaniającej do zaangażowania - choćby tak minimalnego, jak wrzucenie kartki
wyborczej. Tymczasem polski wybór polityczny sprowadza się na dobrą sprawę do
uczestniczenia albo nieuczestniczenia w polityce. Każdy z nas ma znajomych, którzy
świadomie odmawiają uczestniczenia w polityce. Nawet na wyższych piętrach drabiny
społecznej są ludzie, którzy są niezadowoleni z możliwości wyboru, jakie daje im
polityka, więc ją bojkotują.
Poza tymi świadomymi nieuczestnikami jest jednak zasadnicza grupa tych, którzy nie
uczestniczą, bo nie mają odpowiedniego kapitału społecznego, lokują się na niższych
piętrach struktury społecznej. Jak wykazały badania Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz z
IFiS PAN, to dziś najbardziej dramatyczna linia podziału w Polsce: między tymi, którzy
biorą udział w szeroko rozumianym życiu publicznym, a tymi, którzy w ogóle w nim nie
uczestniczą, bo nie mają ku temu odpowiedniej "społecznej infrastruktury".
Kluczowy dotąd spór między "nami" i "nimi" został już wpisany w
system i dogorywa w jego ramach.
- Czy afery typu Rywingate mogą stać się okazją do mobilizacji społecznej pod
hasłem uzdrowienia sytuacji, czy przeciwnie: większe jest prawdopodobieństwo, że tylko
pogłębiają frustrację?
- Tego się nie da powiedzieć. Lecz to w związku z aferą Rywina pojawiły się w Polsce
oznaki wzrostu zatroskania obywatelskiego. Apele o jednomandatowe okręgi wyborcze,
reformę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji czy wreszcie idee ogłoszenia IV
Rzeczpospolitej to przejawy odradzania się obywatelskiego zatroskania przynajmniej w
środowiskach inteligenckich. Mniejsze znaczenie ma w tej sytuacji, iż naiwnością
trąci pogląd, że unieważniając III RP automatycznie pozbędziemy się wszystkich jej
patologii. Nie mówiąc, że rozpoczynanie reformy państwa od zmiany symboli, grozi
skupieniem się na nowej fasadzie kosztem pamięci o celu przedsięwzięcia.
Pytanie stojące teraz przed Polską brzmi: czy w sytuacji braku autorytetów i
niebezpieczeństwa wykorzystania takich nastrojów społecznych przez polityków, impuls
wywołany szokiem afery Rywina okaże się na tyle silny, że trend do zmian będzie
mógł objąć i inne kręgi. Jeżeli jednak cechą polskiego systemu jest nieuczestnictwo
w życiu publicznym, w tej chwili tendencja ta się łamie i w tym sensie jest to
przesilenie.
Istnieje oczywiście niebezpieczeństwo, że afera Rywina nie doprowadzi do zmiany
systemu, tylko do pogłębienia się niewiary w polityków i państwo. To ułatwiłoby
robotę zwolennikom rozwiązań typu populizująco-niedemokratycznych.
Zwłaszcza że praktycznie wszystkie partie polityczne w Polsce próbują zbijać kapitał
na odwoływaniu się do lęków różnych odłamów swojego elektoratu. Nie trzeba nawet
sięgać po przykład Samoobrony czy Ligi Polskich Rodzin, bo na poczuciu niezadowolenia
próbują też grać Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe oraz Prawo i
Sprawiedliwość. W zasadzie tylko Platforma Obywatelska próbuje się odwoływać do
tych, którym jako tako się powiodło - kłopot w tym, że i Platformie wiedzie się jako
tako.
- Czy elektorat niezadowolonych może zgodzić się na populistyczne rozwiązania? W
nadziei, że silna ręka zaprowadzi porządek i zredukuje lęki?
- Nie wykluczałbym tego niebezpieczeństwa. Szczęśliwie są dosyć potężne kotwice,
które przed nim bronią: Unia Europejska, niektóre instytucje ustrojowe, wreszcie
elektorat, który nie lubi rozwiązań skrajnych. On może wyrażać ekstremalnie
posunięte niezadowolenie ze stanu demokracji, ale nie zawsze, nie od razu i nie do końca
przekłada się to w Polsce na silne poparcie dla niedemokratycznych i radykalnych
rozwiązań w systemie państwa.
- Podział na zaangażowanych w politykę i całą resztę, która się nią nie
interesuje, bądź ją bojkotuje, może, paradoksalnie, utrwalać obecny kształt sceny
politycznej...
- Do pewnego momentu można było sądzić, że jeżeli podążymy tropem tradycyjnego
myślenia o modernizacji systemu politycznego - czyli, upraszczając: od partii etosu do
partii interesu, to w końcu powstanie w Polsce klasa średnia i wytworzy się
zapotrzebowanie na demokrację. Rozwój klasy średniej został jednak przyblokowany, bo
tylko jej część potrafi sobie radzić na prawdziwym rynku: gdy trzeba płacić podatki,
mieć czysto w sklepie itd. Okazało się też, że partia, która miała być dla klasy
średniej tą wyśnioną, czyli właśnie PO - przyciągnęła tylko jej część. Ku
zdumieniu wielu analityków i polityków, przedstawiciele klasy średniej głosowali też
na populistyczne Samoobronę i LPR (ci, którym się nie powiodło) czy lewicowe SLD i
PSL. Koncepcja, że z klasy średniej wyłoni się nowy impuls, okazała się na razie
chybiona. Lecz to, jaki będzie los zalążków polskiej klasy średniej, co stanie się z
jej zawiedzionymi nadziejami, kto ją przejmie i gdzie ona pójdzie, jest nadal ważne.
Prof. Edmund Mokrzycki napisał parę lat temu, że klasa średnia w Polsce jest mitem, bo
kiedy się o niej mówi, nie ma się na myśli konkretnej klasy w tym społeczeństwie,
ale model ładu ustrojowego opartego niemal wyłącznie o tą wyśnioną grupę obywateli.
- Jakie hasło może dziś porwać Polaków do większego zaangażowania?
- W Polsce mógłby odnieść sukces ktoś, kto potrafiłby - bez odwoływania się do
chwytów populistycznych, albo odwołując się w najlepszym sensie tego słowa, tzn. nie
odwracając tyłem do nastrojów - połączyć dwa rodzaje oczekiwań, które są silne w
polskim społeczeństwie. Pierwsze związane jest z poczuciem lęku. Drugie to
oczekiwanie, jednak, zmian. Chodzi więc o ,,bezpieczną modernizację".
Jedynym politykiem, który na razie to czyni, jest Aleksander Kwaśniewski. Dużą
część pozycji politycznej zbudował na umiejętności stwarzania wrażenia, że
przeprowadzi ludzi w kierunku społeczeństwa bardziej zmodernizowanego, nie nadszarpując
jednak zbytnio ich poczucia bezpieczeństwa.
Partia takiego bezpiecznego modernizmu musiałaby być centrowa, bo działałaby w
społeczeństwie w dużym stopniu przywiązanym bardziej do tradycji niż do wartości
katolickich; w społeczeństwie, które chciałoby żyć nowocześnie, ale nie wyrzekając
się swojej tożsamości; które choć doświadczyło niebezpieczeństw rynku, chciałoby
go jednak dalej budować.
- To pokazuje, że życie społeczne biegnie innym torem niż polityczne.
- Jeszcze dobitniejszą ilustrację tej różnicy dał prof. Henryk Domański,
porównując wpływ dwóch rewolucji, które kształtowały strukturę społeczną w
Polsce: rewolucji instalującej komunizm i rewolucji komunizm deinstalującej. Okazało
się, że rewolucja instalująca komunizm przeorała strukturę społeczną w stopniu o
wiele większym niż ta, która była demontażem komunizmu. Niezależnie więc, co
sądzimy o symbolicznych wydarzeniach politycznych - upadku muru berlińskiego,
"Solidarności", procesy społeczne mają zupełnie inną dynamikę.
Jeżeli z tego punktu widzenia spojrzymy na polską transformację i będziemy starać
się przywrócić temu słowu głębszy sens, a nie sprowadzać do zmian o charakterze
politycznym, prawdziwa transformacja w Polsce nie tylko się nie skończyła, ale nie
wiemy, czy na dobre się zaczęła.

Prof. Andrzej Rychard (1951) jest kierownikiem Zespołu Badawczego Socjologii Polityki i
Gospodarki Instytutu Filozofii i Socjologii PAN i dyrektorem Ośrodka Studiów
Społecznych przy IFiS PAN
|