Podróż do Czerniowiec
Lektor
• Gregor von Rezzori: GRONOSTAJ Z CZERNOPOLA - pierwsza po polsku książka jednego
z najoryginalniejszych spadkobierców literackich wielonarodowej monarchii habsburskiej.
Gregor von Rezzori urodził się w roku 1914, na niewiele tygodni przed wybuchem I wojny
światowej, w Czerniowcach, stolicy Bukowiny, jednego z krajów koronnych monarchii, w
rodzinie szlacheckiej, jako syn architekta, urzędnika austriackiego. Po rozpadzie
Austro-Węgier Bukowina przypadła Bukaresztowi, a przyszły pisarz stał się na kilkanaście
lat obywatelem rumuńskim. Mieszkał w Czerniowcach, Bukareszcie, studiował w Wiedniu, w
1938 roku - po Anschlussie Austrii, do którego powracać będzie w swej twórczości -
przeniósł się do Berlina. Po II wojnie, jako bezpaństwowiec, wielokrotnie zmieniał
miejsca pobytu, by w 1960 roku osiąść w Toskanii. Prócz literatury zajmował się też
dziennikarstwem, pisaniem scenariuszy filmowych, a także aktorstwem (zagrał m. in. u
Louisa Malle'a w "Viva Maria!"). W 1984 roku przyjął obywatelstwo austriackie.
Zmarł przed pięciu laty, 23 kwietnia 1998 roku, w swojej posiadłości w Donnini.
Już w latach 30. Rezzori publikował w prasie berlińskiej powieści w odcinkach.
Popularność przyniosły mu "Opowieści maghrebińskie" (1953); tytułowy
Maghrebin, który powracać będzie w późniejszych jego książkach, to literacka
transpozycja kraju dzieciństwa, wielonarodowego południowowschodniego pogranicza c-k
monarchii. W 1958 roku ukazał się "Gronostaj z Czernopola" (nagroda im.
Fontanego), w 1979 roku "Pamiętniki antysemity", drukowane wcześniej w
"New Yorkerze"; obszerny ich fragment zaprezentował w 1998 roku kwartalnik
"Krasnogruda", w numerze poświęconym literackiej legendzie Czerniowiec, miasta
wielkiego poety Paula Celana. W 1989 Rezzori ogłosił tom "Kwiaty na śniegu",
z podtytułem "Studia portretowe do autobiografii, której nigdy nie napiszę",
a na rok przed śmiercią - jednak autobiografię, zatytułowaną "Mir auf der
Spur" ("Tropiąc siebie").
*
"Gronostaj z Czernopola" rozgrywa się w mieście, w którym nietrudno odgadnąć
rodzinne Czerniowce autora. Wprawdzie Bukowina zmieniła się w "Teskowinę", a
rzeka Prut w "Wołodziak", to jednak realia nie budzą wątpliwości. Pozostały
nawet autentyczne nazwy czerniowieckich przedmieść: Horecza, Klokuczka, a także najważniejsze
wyznaczniki miejskiego pejzażu: wielki most na rzece, dworzec kolejowy, czerwone wagony
jedynej linii tramwajowej prowadzącej od mostu w stronę rynku, wyniosła kopuła
synagogi zbudowanej w stylu orientalnym ("niby Świątynia Salomona przerobiona na
secesyjną modłę"), pałac metropolity prawosławnego...
Wojna już się zakończyła i Czernopol zmienił przynależność państwową: prefektem
Teskowiny z ramienia nowych władz jest teraz nieco cyniczny pan Tarangolian, a
reprezentacyjną Herrengasse przemianowano "ku czci bohatera, którego dokonania są
równie mało znane, jak pobudki tego, kto na ten karkołomny pomysł wpadł". Miasto
pozostało jednak narodowościowym tyglem - na Herrengasse, czyli obecnie bulwarze Iancu
Topora, nadal można "paść oczy widokiem Żydówek o urodzie Estery, Judyty czy
Salome... kocich twarzy Polek o przejrzystych niemal blond włosach... Ormianek o migdałowych
oczach i szlachetnie zarysowanych pustynnych profilach kołyszących się na pięknych gładkich
szyjach niby głowy kłusujących z dumną godnością wielbłądów; czy Rumunek, na których
jabłecznie jędrną świeżość lekki ciemny meszek kładł się kuszącym cieniem.
Mieszanka ras tworzyła cuda, jeśli nie poprzez krew, to drogą napięć natury
duchowej".
Jednak wszyscy "mówili tym samym chrapliwym, twardym, nieprzyjemnie wulgarnym
dialektem, który zabarwiał każdy język, jakim się w Czernopolu posługiwano, i który
znajdował swe brzmieniowe, jeśli wolno się tak wyrazić, usprawiedliwienie dopiero w świadomie
wulgarnym efekcie, jaki nadawał dowcipom i pieprznym kawałom". Czernopolem rządzi
bowiem dwuznaczny żywioł humoru, kpiny, ironii. "Śmieliśmy się kunsztownie, wręcz
zdrożnie". Madame Aritonowicz, Rosjanka-emigrantka, przełożona instytutu
wychowawczego, do której trafia bohater i jego siostra Tania (to z ich dziecięcej
perspektywy, wzbogaconej o późniejszy komentarz dorosłego już narratora, obserwujemy
wydarzenia), tłumaczy ich matce, że "naprawdę dobra szkoła powinna wpoić uczniom
przede wszystkim odrobinę cynizmu". Czernopol - konkluduje narrator - "nie był
wprawdzie miastem dobrym ani pięknym, ale za to niezwykle inteligentnym".
W ten właśnie świat, nasuwający skojarzenia z równie wielojęzyczną i równie
dwuznaczną Aleksandrią z "Kwartetu" Lawrence'a Durrella (nb. cykl powieści
Durrella powstał niemal równocześnie z "Gronostajem..."), wkracza postać z
innej rzeczywistości, trochę jak wyjęta z kart powieści Josepha Rotha, nostalgicznego
piewcy umarłej monarchii. To major Mikołaj Tildy, z pochodzenia Węgier, były oficer
austriacki służący dziś nowym władcom. Historię fascynującego dzieci
"huzara" poznawać będziemy cudzymi oczami, z komentarzy czernopolskiego
towarzystwa. Pan Tarangolian nie bez racji porówna go do Don Kichota, bowiem zderzenie
rycerskiego rozumienia cnoty i honoru z rzeczywistością, w której podobnym wartościom
nikt już nie hołduje, musi doprowadzić do katastrofy. Żona i szwagierka, których
dobrego imienia chce bronić Tildy, dawno to dobre imię utraciły, w dodatku dramat
Tildy'ego przewrotnie splata się w czasie z klęską jego teścia, parweniusza-milionera
Sandrela Paşcano. Ale to niedzisiejszemu rycerzowi, odrzucającemu ironiczną formę
egzystencji czernopolan, złoży autor hołd w przewrotnym i przejmującym,
tragigroteskowym finale.
*
Świat powieści Rezzoriego podszyty jest niepokojem, toczą się w nim destrukcyjne
procesy zapoczątkowane jeszcze pod rządami monarchii, zaburzeniu ulega chwiejna równowaga
teskowińskiej Aleksandrii. Przed naszymi oczami przesuwa się odstręczająca galeria
niemieckich volkistów, wojujących narodowców. Nie budzi sympatii ksiądz dziekan
Mieczysław Chmielewski z kościoła Serca Jezusowego, usiłujący przekonać dzieci,
"że obowiązkiem każdego prawdziwego katolika jest występowanie w roli jeszcze
prawdziwszego Polaka". Narratorowi bardziej trafiają do przekonania nauki doktora
Arona Salzmanna, "przeniknięte duchem cudownej pobożności i równie cudownej, mądrej
i pogodnej tolerancji", choć uczęszczanie z kolegami-Żydami na prowadzone przez
doktora w instytucie madame Aritonowicz lekcje religii mojżeszowej skończy się
rodzinnym skandalem.
Zamieszki po meczu o mistrzostwo w piłce nożnej między żydowską drużyną Makkabi i
rumuńską Mircea Doboş przeradzają się w pogrom czernopolskich Żydów, do którego
przyłożyły ręki także i oddziały generała Petrescu, mające rzekomo przywrócić
porządek. Chłopięca miłość narratora, Blanche Schlesinger, której dom zdemolowano,
a ojca, lekarza psychiatrę, ciężko pobito, wyjedzie do Heidelbergu. Napisze stamtąd,
"jak szczęśliwa czuje się w Niemczech: po raz pierwszy w życiu wolna od lęku"
- jeszcze jeden sygnał autorskiej ironii, tym razem szczególnie gorzkiej.
Barwna i gęsta epicka narracja wciąga od pierwszych stron, siła autorskiej kreacji
czyni z imaginacyjnego Czernopola miasto dotykalne i rzeczywiste. "Zaklinałem ducha
tego miasta w rodzaj tajemnego szyfru, nadawałem mu kształt matematycznego równania czy
wręcz wzoru; może to we wspomnieniu dokonany perspektywiczny skrót i odrealnienie
sprawia, że dziś chwilami nie jestem pewien, czy miasto Czernopol istniało naprawdę,
czy tylko w moich snach i mojej wyobraźni" - mówi narrator. Jeśli nie istniało -
on powołał je do życia. A świetne tłumaczenie Emilii Bielickiej pozwala i nam na
chwilę w tym mieście zamieszkać. (Czytelnik, Warszawa 2003, s. 464.)
|