dotb.gif

„TP”, Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2808/kultura06.php

O fotografiach Evy Rubinstein


Wywiedzione z ciszy

Joanna Roszak


101 zdjęć składa się na album "Eva Rubinstein. Fotografie 1967-1990", którego premiera odbyła się 24 kwietnia w Poznaniu.

Fotografie obchodzącej w tym roku 70. urodziny Evy Rubinstein, córki pianisty Artura Rubinsteina, znane są na całym świecie; pokazywano je m.in. w Nowym Jorku, Paryżu, Berlinie, Londynie, Budapeszcie, Madrycie. Z okazji ukazania się książki artystka przyjechała z Nowego Jorku do Poznania.

Od kilku lat już nie fotografuje, ale wciąż widzi wycinki świata jako potencjalne elementy zdjęć. Zauważalna jest w tych pracach potrzeba ciszy, ładu. Eva Rubinstein odsyła do drugich, trzecich den rzeczywistości, na inne piętra świadomości. Przedstawienie świata łączy z jego interpretacją. Jej fotografie są wysmakowane, wywiedzione z ciszy, mówiące milczeniem, pełne lekkości. Mallarmé przyrównał prozę do marszu, poezję zaś do tańca. Eva Rubinstein, niegdyś tancerka, tworzy fotografie tańczące, poetyckie. Fotografia jest dla niej jak muzyka, a negatyw - jak partytura.

Bez trudu można tu zauważyć umiłowanie podwójności: portretuje bliźniaczki ("Twins"), dwa sąsiadujące krzesła ("Mayoralty"), częstym motywem jest lustro, odbicie. Znamienne, że samo zdjęcie jest swego rodzaju duplikatem rzeczywistości, jej odzwierciedleniem. Małomówna, brzydzi się przegadaniem. Pokazuje miejsca jakby opuszczone, a jednak z wyczuwalną jeszcze przed chwilą obecnością człowieka: puste łóżka, pokoje, cmentarze; także meble, szafy, kryjące najintymniejsze ludzkie tajemnice. Nie brak i autoportretu, jest też Szopenowski fortepian z Żelazowej Woli i plecy ojca, Artura Rubinsteina, zasiadającego przy instrumencie. Otwiera album fotografia opuszczonego drzewa, prasymbolu pięcia się w górę, zamyka zaś wykonany w Wenecji - mieście odbić - wizerunek kamery na statywie. Artystka więcej zaczerpnęła od malarzy niż od fotografików, wykorzystania światła uczył ją Vermeer. I ma świadomość, że każdym zdjęciem opowiada o sobie. Fotografia Evy Rubinstein jest okiem, aktywność psychiczną łączącym z uczuciowością.

*

Urodziła się w 1933 w Argentynie podczas tournée koncertowego ojca. W pauzach między kolejnymi podróżami mieszkała w Paryżu. W wieku pięciu lat zaczęła naukę tańca baletowego. Gdy wybuchła II wojna światowa, wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, gdzie w Nowym Jorku najpierw związała się z baletem, a później występowała jako aktorka (grała m.in. w pierwszym wykonaniu na Broadwayu "Dziennika Anny Frank"). Wyszła za mąż za pastora Williama Sloane Coffina, urodziła troje dzieci. Po rozwodzie w 1968 roku zajęła się fotografią. Pociągała ją, bo była trwalsza niż aktorski kostium, niż taniec. Nie szukała tematów, zaczęła się o nie potykać, były wszędzie.

"Te fotografie niczym miniaturowe japońskie Haiku milczą o sprawach zasadniczych; są zwierzeniem z nieoczywistości, w której rozpacz niekoniecznie spowita jest mrokiem, a świetlistość może wyrażać gorycz ludzkiego, jednostkowego losu. (...) W fotografiach Evy Rubinstein - pisze w albumie Bogdan Konopka - znaleźć można wszystko to, co stanowi o życiu, śmierci i miłości".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl