|
Wspomnienia z Treblinki: wystawa w Zachęcie
Rzeźby więźnia Willenberga
Tomasz Potkaj
O powstaniu w getcie warszawskim Samuel Willenberg dowiedział się, kiedy do obozu w
Treblince przyjechał transport z Warszawy.
 |
 Samuel Willenburg Rut Dorfman |
|
Dzień był prawdziwie wiosenny. Jednak "wagony były w opłakanym stanie: powyrywane
deski z różnych części wagonów, moc uszkodzeń. Na dachach leżeli uzbrojeni po zęby
ukraińscy strażnicy z karabinami gotowymi do strzału. Zdawało się, że w drodze
stoczono z uwięzionymi Żydami gwałtowną bitwę" - pisał po latach we
wspomnieniach zatytułowanych "Bunt w Treblince". Transport w takim stanie
przyjechał na rampę po raz pierwszy.
Jeden z przybyłych zdołał ukryć w marynarce granat. Odbezpieczył go i rzucił w tłum.
Wybuch zranił trzech więźniów i kilku nowo przybyłych. Pozostali po raz pierwszy
zobaczyli na twarzach Niemców strach. "Powstanie żydowskie zagrzało nas, wlało w
nasze żyły nową moc i nowe decyzje. Okrzepliśmy, chcieliśmy również działać, nie
dawać prowadzić się na śmierć. (...). Coraz bardziej krystalizował się i dojrzewał
plan rozbicia Treblinki. Gremialnego porwania się z bronią w ręku na naszych oprawców"
- pisał Willenberg. W Treblince zginęły dwie siostry Samuela Willenberga - sortując na
placu transportowym ubrania po zagazowanych ludziach, rozpoznał należące do rodzeństwa
rzeczy. W obozie zagłady, z którego nikt nie miał prawa wyjść żywy, spędził najdłuższe
10 miesięcy swego życia - od października 1942 roku do 2 sierpnia 1943, kiedy uciekł
wraz z kilkuset więźniami, po udanym buncie.
Do dziś żyje ich czterech.
Kształty Zagłady
22 kwietnia przed sześćdziesięciu laty w warszawskim getcie czwarty dzień trwało żydowskie
powstanie. Dziś, dwa miesiące po swoich osiemdziesiątych urodzinach, trzy miesiące
przed okrągłą rocznicą buntu w obozie zagłady, Samuel Willenberg - żołnierz Września,
więzień Treblinki numer 937, powstaniec warszawski, kawaler orderu Virtuti Militari -
otwierał w gmachu warszawskiej Zachęty, zaledwie kilkaset metrów od terenów tzw. szczątkowego
getta, wystawę. Obecni byli wiceministrowie kultury i spraw zagranicznych RP oraz
przedstawicielka ambasady Izraela w Polsce. Otwierał swoją wystawę. 15 wyrzeźbionych w
glinie i odlanych w brązie rzeźb mieści się w jednej sali galerii. 15 rzeźb "więźnia
Samuela Willenberga", jak podkreśla w tytule wystawy.
Z wykształcenia inżynier, przez wiele lat wysoki urzędnik jednego z izraelskich
ministerstw, rzeźby nauczył się, studiując na Uniwersytecie Ludowym w Jerozolimie (tak
w Izraelu określa się uniwersytet trzeciego wieku), kiedy dobiegał osiemdziesiątki.
Jest z tego dumny: na swojej wizytówce napisał "artist&painter". Samuel
Willenberg to artysta jednego tematu - Zagłady. Oglądał ją w całym przerażającym
okrucieństwie. Po ponad 50 latach nadał materialny kształt swoim wspomnieniom.
Pierwsze wrażenie? Widok po wyjściu z wagonu na rampę kolejową Treblinki? Zupełnie
zwyczajny dworzec kolejowy. Napis "kasa", "poczekalnia", "I, II,
III klasa" zegar, szyld z napisem i strzałką "Nach Bialystok und
Wolkowysk". Naturalnie nic nie było prawdziwe: nie było dworca, nie było torów
"nach Bialystok", nie było żadnej przesiadki, nie było ucieczki. Jedna z rzeźb
przedstawia zresztą artystę malarza, więźnia obozu, zatrudnionego przez Niemców do
malowania napisów. Za artystą znajduje się tablica z napisem SS Sonderkommando Distrikt
Warschau. Obok, namalowany przez niego portret córki esesmana.
Wśród rzeźb jest naga dziewczyna, którą Willenberg strzygł przed wejściem do komory
gazowej. Tego dnia ostrzygł może setkę kobiet, ale po sześćdziesięciu latach pamięta
wciąż tę jedną twarz i to jedno nazwisko: Rut Dorfman. Może dlatego, że była piękna,
miała 20 lat, długie jedwabiste włosy. Że w przeciwieństwie do innych wiedziała, co
ją czeka - zanim weszła na drogę śmierci prowadzącą z baraku do komory gazowej,
chciała tylko wiedzieć, jak długo się umiera. Na rzeźbie Willenberga spuściła oczy,
jej głowa jest do połowy ostrzyżona.
Kaprys esesmana
Niemcy lubili porządek. Przed wejściem do komory gazowej trzeba było najpierw zdjąć
buty. Samodzielnie zdjąć, a potem zawiązać w pary. Kolejna rzeźba: ojciec pomaga zdjąć
buty swojemu dziecku. Chłopiec ma może osiem lat, parcianą torbę przewieszoną przez
ramię, czapkę z daszkiem. Opiera się o tatę. Nie patrzą na siebie pogrążeni w
wykonywanej czynności, ostatniej ważnej czynności ich życia - potem zostało już
tylko zdjęcie ubrania.
Scheissmeister. Esesmańskim kaprysem tak nazywał się więzień wyznaczony do pilnowania
ogólnej obozowej latryny (Scheisse: gówno; Meister: mistrz). Nie można w niej było
przebywać dłużej niż jedną minutę. To dlatego na szyi więźnia powieszony jest
budzik. Ale to jeszcze nie koniec kaprysu: więzień został ubrany w strój synagogalnego
kantora. W ręku trzyma pejcz. Usta otwarte podczas śpiewania. Może Samuel Willenberg
nadal słyszy tę pieśń?
Inwalida. Żyd niemiecki, który w czasie pierwszej wojny stracił nogę walcząc w armii
kajzera. Uznany za "niezdolnego do samodzielnego marszu do komory gazowej", odpiął
protezę, położył ją obok siebie i z rezygnacją, cierpieniem wypisanym na twarzy,
czeka na strzał w tył głowy nad stosem palących się trupów - w miejscu, które w
Treblince nazywało się lazaretem. Jak większość nazw obozowych, i ta była najzupełniej
umowna.
Obłąkana dziewczynka. Została sama na peronie. Trudno określić jej wiek. Postrzępione
szmaty, które kiedyś były sukienką, zakrywają wątłe ciało. Barwna chustka na głowie,
duże sarnie oczy, wychudzone nogi, na nich - błyszczące czerwone pantofle z bardzo
wysokimi obcasami. Nadgryziony bochenek chleba przyciska kurczowo do piersi. Wiozła go całą
drogę, ale już nie zdąży go zjeść. Po chwili esesman Mitte, jeden z
najokrutniejszych sadystów w obozie, zakończy jej życie jednym krótkim strzałem w tył
głowy za żywopłotem..
I życie codzienne obozu śmierci: trio Artura Golda wygrywające skoczne melodie, więzień
żydowski zbierający butelki do wózka dziecięcego (tytuł rzeźby: "Flaschen
sortieren"), by zatrzeć ślady dokonanej tu zbrodni, więzień sortujący na placu
rzeczy po zagazowanych - to zajęcie wykonywał także Willenberg.
Jezus z twarzą Samuela
Wreszcie: bunt więźniów i ucieczka. - To nie tak wyglądało - tłumaczył autor stojąc
przy rzeźbie - w tej ucieczce nie było żadnego porządku, był chaos. Ktoś biegł, ktoś
strzelał, ktoś zginął, ja przeżyłem. Czy dlatego, że byłem lepszy? Nie, z czystego
przypadku.
Kiedy porusza temat obozowych wspomnień, głos mu się podnosi, a niebieskie oczy
nabierają stalowego koloru.
To już koniec. 15 rzeźb. Chropawe, szkicowe, o postrzępionej strukturze. Jedna sala
Zachęty. 10 miesięcy z życia więźnia. Świadectwo.
Samuel Willenberg w jakimś sensie wrócił do rodzinnej tradycji. Jego ojciec, Perec, był
artystą plastykiem, przed wojną nauczycielem w żydowskim gimnazjum w Częstochowie.
Przeżył wojnę w mieszkaniu przy ulicy Grójeckiej w Warszawie, utrzymując się z
malowania świętych obrazków (z uwagi na akcent udawał niemowę). W piwnicy jednej z
kamienic przy ulicy Marszałkowskiej, gdzie wraz z innymi mieszkańcami Warszawy schronił
się przed niemieckimi bombami, do dziś widoczny jest namalowany przez niego Jezus z
twarzą Samuela.
22 kwietnia w gmachu warszawskiej Zachęty była cała izraelska rodzina Willenbergów: żona
Ada (do dziś często posługuje się "aryjskim" imieniem Krystyna; w styczniu
1943 roku, na trzy miesiące przed wybuchem powstania i ostateczną likwidacją
warszawskiego getta jako 15-letnia dziewczynka przeszła na aryjską stronę, gdzie ukrywała
się do powstania. Ostatnie miesiące wojny spędziła na przymusowych robotach w
okolicach Drezna), córka Orit Willenberg-Giladi (architekt, projektowała m.in. ambasadę
Izraela w Berlinie) wraz z mężem i trójką ich dzieci. Był Andrzej, syn rodziny, u której
znalazła schronienie. Trochę żydowskich i polskich przyjaciół.
TREBLINKA. RZEŹBY WIĘŹNIA SAMUELA WILLENBERGA, Państwowa Galeria Sztuki Zachęta.
Wystawa czynna od 23 kwietnia do 4 maja 2003 r.
|