adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 18 (2808)
4 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Wspomnienia z Treblinki: wystawa w Zachęcie


Rzeźby więźnia Willenberga

Tomasz Potkaj


O powstaniu w getcie warszawskim Samuel Willenberg dowiedział się, kiedy do obozu w Treblince przyjechał transport z Warszawy.


Samuel Willenburg Rut Dorfman
Dzień był prawdziwie wiosenny. Jednak "wagony były w opłakanym stanie: powyrywane deski z różnych części wagonów, moc uszkodzeń. Na dachach leżeli uzbrojeni po zęby ukraińscy strażnicy z karabinami gotowymi do strzału. Zdawało się, że w drodze stoczono z uwięzionymi Żydami gwałtowną bitwę" - pisał po latach we wspomnieniach zatytułowanych "Bunt w Treblince". Transport w takim stanie przyjechał na rampę po raz pierwszy.

Jeden z przybyłych zdołał ukryć w marynarce granat. Odbezpieczył go i rzucił w tłum. Wybuch zranił trzech więźniów i kilku nowo przybyłych. Pozostali po raz pierwszy zobaczyli na twarzach Niemców strach. "Powstanie żydowskie zagrzało nas, wlało w nasze żyły nową moc i nowe decyzje. Okrzepliśmy, chcieliśmy również działać, nie dawać prowadzić się na śmierć. (...). Coraz bardziej krystalizował się i dojrzewał plan rozbicia Treblinki. Gremialnego porwania się z bronią w ręku na naszych oprawców" - pisał Willenberg. W Treblince zginęły dwie siostry Samuela Willenberga - sortując na placu transportowym ubrania po zagazowanych ludziach, rozpoznał należące do rodzeństwa rzeczy. W obozie zagłady, z którego nikt nie miał prawa wyjść żywy, spędził najdłuższe 10 miesięcy swego życia - od października 1942 roku do 2 sierpnia 1943, kiedy uciekł wraz z kilkuset więźniami, po udanym buncie.
Do dziś żyje ich czterech.


Kształty Zagłady

22 kwietnia przed sześćdziesięciu laty w warszawskim getcie czwarty dzień trwało żydowskie powstanie. Dziś, dwa miesiące po swoich osiemdziesiątych urodzinach, trzy miesiące przed okrągłą rocznicą buntu w obozie zagłady, Samuel Willenberg - żołnierz Września, więzień Treblinki numer 937, powstaniec warszawski, kawaler orderu Virtuti Militari - otwierał w gmachu warszawskiej Zachęty, zaledwie kilkaset metrów od terenów tzw. szczątkowego getta, wystawę. Obecni byli wiceministrowie kultury i spraw zagranicznych RP oraz przedstawicielka ambasady Izraela w Polsce. Otwierał swoją wystawę. 15 wyrzeźbionych w glinie i odlanych w brązie rzeźb mieści się w jednej sali galerii. 15 rzeźb "więźnia Samuela Willenberga", jak podkreśla w tytule wystawy.

Z wykształcenia inżynier, przez wiele lat wysoki urzędnik jednego z izraelskich ministerstw, rzeźby nauczył się, studiując na Uniwersytecie Ludowym w Jerozolimie (tak w Izraelu określa się uniwersytet trzeciego wieku), kiedy dobiegał osiemdziesiątki. Jest z tego dumny: na swojej wizytówce napisał "artist&painter". Samuel Willenberg to artysta jednego tematu - Zagłady. Oglądał ją w całym przerażającym okrucieństwie. Po ponad 50 latach nadał materialny kształt swoim wspomnieniom.

Pierwsze wrażenie? Widok po wyjściu z wagonu na rampę kolejową Treblinki? Zupełnie zwyczajny dworzec kolejowy. Napis "kasa", "poczekalnia", "I, II, III klasa" zegar, szyld z napisem i strzałką "Nach Bialystok und Wolkowysk". Naturalnie nic nie było prawdziwe: nie było dworca, nie było torów "nach Bialystok", nie było żadnej przesiadki, nie było ucieczki. Jedna z rzeźb przedstawia zresztą artystę malarza, więźnia obozu, zatrudnionego przez Niemców do malowania napisów. Za artystą znajduje się tablica z napisem SS Sonderkommando Distrikt Warschau. Obok, namalowany przez niego portret córki esesmana.

Wśród rzeźb jest naga dziewczyna, którą Willenberg strzygł przed wejściem do komory gazowej. Tego dnia ostrzygł może setkę kobiet, ale po sześćdziesięciu latach pamięta wciąż tę jedną twarz i to jedno nazwisko: Rut Dorfman. Może dlatego, że była piękna, miała 20 lat, długie jedwabiste włosy. Że w przeciwieństwie do innych wiedziała, co ją czeka - zanim weszła na drogę śmierci prowadzącą z baraku do komory gazowej, chciała tylko wiedzieć, jak długo się umiera. Na rzeźbie Willenberga spuściła oczy, jej głowa jest do połowy ostrzyżona.


Kaprys esesmana

Niemcy lubili porządek. Przed wejściem do komory gazowej trzeba było najpierw zdjąć buty. Samodzielnie zdjąć, a potem zawiązać w pary. Kolejna rzeźba: ojciec pomaga zdjąć buty swojemu dziecku. Chłopiec ma może osiem lat, parcianą torbę przewieszoną przez ramię, czapkę z daszkiem. Opiera się o tatę. Nie patrzą na siebie pogrążeni w wykonywanej czynności, ostatniej ważnej czynności ich życia - potem zostało już tylko zdjęcie ubrania.

Scheissmeister. Esesmańskim kaprysem tak nazywał się więzień wyznaczony do pilnowania ogólnej obozowej latryny (Scheisse: gówno; Meister: mistrz). Nie można w niej było przebywać dłużej niż jedną minutę. To dlatego na szyi więźnia powieszony jest budzik. Ale to jeszcze nie koniec kaprysu: więzień został ubrany w strój synagogalnego kantora. W ręku trzyma pejcz. Usta otwarte podczas śpiewania. Może Samuel Willenberg nadal słyszy tę pieśń?

Inwalida. Żyd niemiecki, który w czasie pierwszej wojny stracił nogę walcząc w armii kajzera. Uznany za "niezdolnego do samodzielnego marszu do komory gazowej", odpiął protezę, położył ją obok siebie i z rezygnacją, cierpieniem wypisanym na twarzy, czeka na strzał w tył głowy nad stosem palących się trupów - w miejscu, które w Treblince nazywało się lazaretem. Jak większość nazw obozowych, i ta była najzupełniej umowna.

Obłąkana dziewczynka. Została sama na peronie. Trudno określić jej wiek. Postrzępione szmaty, które kiedyś były sukienką, zakrywają wątłe ciało. Barwna chustka na głowie, duże sarnie oczy, wychudzone nogi, na nich - błyszczące czerwone pantofle z bardzo wysokimi obcasami. Nadgryziony bochenek chleba przyciska kurczowo do piersi. Wiozła go całą drogę, ale już nie zdąży go zjeść. Po chwili esesman Mitte, jeden z najokrutniejszych sadystów w obozie, zakończy jej życie jednym krótkim strzałem w tył głowy za żywopłotem..

I życie codzienne obozu śmierci: trio Artura Golda wygrywające skoczne melodie, więzień żydowski zbierający butelki do wózka dziecięcego (tytuł rzeźby: "Flaschen sortieren"), by zatrzeć ślady dokonanej tu zbrodni, więzień sortujący na placu rzeczy po zagazowanych - to zajęcie wykonywał także Willenberg.
Jezus z twarzą Samuela

Wreszcie: bunt więźniów i ucieczka. - To nie tak wyglądało - tłumaczył autor stojąc przy rzeźbie - w tej ucieczce nie było żadnego porządku, był chaos. Ktoś biegł, ktoś strzelał, ktoś zginął, ja przeżyłem. Czy dlatego, że byłem lepszy? Nie, z czystego przypadku.

Kiedy porusza temat obozowych wspomnień, głos mu się podnosi, a niebieskie oczy nabierają stalowego koloru.

To już koniec. 15 rzeźb. Chropawe, szkicowe, o postrzępionej strukturze. Jedna sala Zachęty. 10 miesięcy z życia więźnia. Świadectwo.

Samuel Willenberg w jakimś sensie wrócił do rodzinnej tradycji. Jego ojciec, Perec, był artystą plastykiem, przed wojną nauczycielem w żydowskim gimnazjum w Częstochowie. Przeżył wojnę w mieszkaniu przy ulicy Grójeckiej w Warszawie, utrzymując się z malowania świętych obrazków (z uwagi na akcent udawał niemowę). W piwnicy jednej z kamienic przy ulicy Marszałkowskiej, gdzie wraz z innymi mieszkańcami Warszawy schronił się przed niemieckimi bombami, do dziś widoczny jest namalowany przez niego Jezus z twarzą Samuela.

22 kwietnia w gmachu warszawskiej Zachęty była cała izraelska rodzina Willenbergów: żona Ada (do dziś często posługuje się "aryjskim" imieniem Krystyna; w styczniu 1943 roku, na trzy miesiące przed wybuchem powstania i ostateczną likwidacją warszawskiego getta jako 15-letnia dziewczynka przeszła na aryjską stronę, gdzie ukrywała się do powstania. Ostatnie miesiące wojny spędziła na przymusowych robotach w okolicach Drezna), córka Orit Willenberg-Giladi (architekt, projektowała m.in. ambasadę Izraela w Berlinie) wraz z mężem i trójką ich dzieci. Był Andrzej, syn rodziny, u której znalazła schronienie. Trochę żydowskich i polskich przyjaciół.


TREBLINKA. RZEŹBY WIĘŹNIA SAMUELA WILLENBERGA, Państwowa Galeria Sztuki Zachęta.
Wystawa czynna od 23 kwietnia do 4 maja 2003 r.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny