dotb.gif

„TP”, Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2808/kultura04.php

O "Dzienniku wypadków"


Prywatne wojny profesora Estreichera

Jerzy Korczak


Była to jedna z barwniejszych postaci Krakowa. Z błyskiem w oku, stale w biegu, przemykał przez Planty i ginął za bramą Collegium Maius. Tam przez lata toczył swoją wielką prywatną bitwę: pokonując trudności przywracał do dawnego kształtu miejsce, gdzie przez sześć wieków rozwijała się polska nauka.

Liczba zasług profesora Karola Estreichera (4 III 1906 - 29 IV 1984) zdaje się przekraczać możliwości jednego człowieka. Przypomnijmy najważniejsze: to on odnalazł i sprowadził do Polski z Norymbergi ołtarz Wita Stwosza (który we wrześniu 1939 próbować ukryć przed Niemcami w Sandomierzu). To jemu Muzeum Czartoryskich zawdzięcza odzyskanie "Damy z łasicą" Leonarda i "Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem" Rembrandta. Katedry gnieźnieńska i poznańska też mają wobec niego dług - ponad dwa tysiące naczyń liturgicznych, niektóre z XII wieku, wróciły dzięki niemu do prawowitych właścicieli. On wreszcie odnalazł jedenaście obrazów Canaletta, które dla Warszawy znaczyły tyle, co Ołtarz Mariacki dla Krakowa.

W kwietniu 1946 roku z monachijskiego dworca ruszyło dwadzieścia sześć wagonów, wypełnionych zrabowanymi w Polsce dziełami sztuki. Nieformalnym komendantem eskortowanego przez Amerykanów pociągu był Karol Estreicher. Po drodze nie obyło się bez przygód: w Czechach transport próbowali przejąć Rosjanie. Gdy skarby dotarły w końcu do krakowskiego dworca, był to najszczęśliwszy dzień w życiu niezłomnego tropiciela. Osobną, pełną dramatyzmu epopeę tworzą losy wawelskich arrasów; zabezpieczone i wywiezione przez Estreichera, poprzez Francję i Anglię do Kanady, na Wawel wróciły dopiero po latach, po wielu dyplomatycznych zabiegach.

Pochodził z rodu o ogromnych dla Polski zasługach, którego dzieje opisała siostra Karola, Krystyna Grzybowska, w arcyciekawej sadze wznowionej niedawno przez Wydawnictwo Literackie. Założyciel rodu, Dominik, nosił nazwisko Oesterreicher. Urodził się na Morawach, był malarzem, a do Polski zawitał przed 225 laty dzięki Hugonowi Kołłątajowi. W Krakowie kupił kamienicę przy placu Szczepańskim i objął profesurę malarstwa w Szkole Głównej Koronnej. Był ojcem Alojzego, botanika i rektora Jagiellońskiej Alma Mater, któremu najwyraźniej ciążyło trudne do wymówienia nazwisko i zmienił je na Estreicher. Syn Alojzego, Karol (1827--1908), zasłynął jako inicjator pracy nad monumentalną "Bibliografią polską". Następny z rodu - Stanisław, prawnik, profesor i rektor UJ, kontynuował pracę nad "Bibliografią". Przerwała ją wojna, a Stanisław zginął zamordowany przez Niemców w obozie Sachsenhausen. O synu Stanisława, Karolu juniorze, mowa w tym tekście.


"Potępieńcze swary"

Po zakończeniu kampanii wrześniowej Karol Estreicher przedostał się przez Węgry do Francji. Od razu zameldował się u generała Sikorskiego, przyjaciela ojca, od którego otrzymał krótki rozkaz: "Ja ratuję wojsko, a pan ratuj skarby kultury!". Po przybyciu do Anglii zorganizował Biuro Rewindykacji Polskiego Mienia Kulturalnego. Rozpoczął przygotowanie listy strat w porządku alfabetycznym, według nazw miejscowości. W jej sporządzaniu współdziałała specjalna komórka Armii Krajowej, która przesyłała z kraju potrzebne informacje. W ten sposób zredagowano ponad trzystustronicowy katalog ,,The cultural losses of Poland". Obok wykazu dzieł zagrabionych przez Niemców znalazła się też imienna lista sprawców grabieży. Liczyła ponad sześćset nazwisk, często z profesorskimi tytułami; większość z nich bywała przed wojną w Polsce.

W ogromie pracy znajdował Estreicher czas na prowadzenie dziennika; niemal dzień po dniu od września 1939 notował i komentował wydarzenia frontowe, życie emigracji, charakteryzował ludzi z bliższego i dalszego otoczenia. Pisanie kontynuował po wojnie w kraju. W ten sposób powstał wielotomowy "Dziennik wypadków" wydawany obecnie przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych, któremu Estreicher przez wiele lat prezesował. Tom pierwszy wypełniają właśnie zapiski z lat wojny.

Estreichera fascynuje Sikorski, ale będąc najbliżej premiera i naczelnego wodza, widzi nie tylko jego zalety, ale i wady. Patrzy, niekiedy ze zgrozą, czasem z przymrużeniem oka, z jaką zaciętością walczą z sobą emigracyjni politycy. Obrazy, intrygi, sprawy honorowe, przyjaźnie zamieniające się szybko w nienawiść, a wszystko to na tle stale pogarszającej się dla Polski międzynarodowej koniunktury. Znajdujemy też ciekawe charakterystyki postaci tak istotnych dla ówczesnego życia emigracji, jak Kot i Sosnkowski, Mikołajczyk i Raczkiewicz, Stroński i Lieberman, Seyda i Rettinger - prawdziwa panorama polskich losów na obczyźnie.

Raz po raz stara się uciec z polityki w strefę prywatną. Przyjaźni się ze Słonimskim, nieźle żyje z Ksawerym Pruszyńskim, w czasie pobytu w Stanach zbliża się do Tuwima i Lechonia. Sam nie jest aniołem, ma charakter niełatwy, często wybucha, łatwo się obraża.

Końcowe fragmenty pierwszego tomu pokazują pełną świadomość autora, że sprawa polska jest przegrana. Estreicher wie, że jego miejsce jest w kraju, że za każdą cenę musi kontynuować misję, której się podjął: ratowanie skarbów polskiej kultury. Równocześnie zdaje sobie sprawę, że na emigracji okrzykną go zdrajcą, a w kraju nie znajdzie zaufania. Te przewidywania w znacznym stopniu miały się sprawdzić; czytamy o tym w tomie drugim "Dziennika".


Rozczarowania i afronty

Kiedy po wielu tarapatach i trudach związanych z akcją rewindykacyjną Estreicher znalazł się w końcu w ukochanym Krakowie, czekały go nie tylko rozczarowania, ale i afronty. Niektórzy nieprzejednani mieli mu w ogóle za złe, że przywiózł do komunistycznej Polski Ołtarz Mariacki, uważali, że narodowe skarby winny czekać lepszych czasów na obczyźnie. W Muzeum Czartoryskich, gdzie zjawił się z zapakowanym w kocyk dziełem Leonarda, spodziewając się pochwał, prasy, fotoreporterów, dyrektor Stanisław Gąsiorowski oświadczył mu sucho i niegrzecznie: "że to nie czas w tych przełomowych chwilach na podejmowanie decyzji w sprawie tego i innych bezcennych skarbów, że odzyskiwanie obrazów nastąpiło bez porozumienia z rodziną Czartoryskich".

Przedwojenna posada asystenta w Zakładzie Historii Sztuki była już zajęta, miejsca dla niego na uniwersytecie nie przewidziano, habilitacja i profesura oddalały się na czas nieokreślony. Zdany na siebie, czuł coraz większą obawę przed przyszłością.

Chciał kontynuować prace nad "Bibliografią", co było dla niego wykonywaniem rodzinnego testamentu. Marzenie miał jednak inne: odbudowa Collegium Maius. Tam, przy świętej Anny, wyznaczono miejsce dla rzeczy rewindykowanych z Niemiec. Gmach Collegium, podczas wojny zajęty przez niemiecki Institut für Deutsche Ostarbeit, przedstawiał wtedy obraz godny pożałowania: rozbite krużganki, nadwątlone mury, wewnątrz składy, lokatorzy, jakieś biura, nawet wystawa kur, królików, kanarków i zwierząt futerkowych... Żadnych protestów nie było i być może jeden z najcenniejszych w mieście zabytków uległby zagładzie, gdyby nie szaleńcza wręcz energia Estreichera.

"Marzy mi się przywrócenie gmachu do stanu z czasów Śniadeckiego. Na podobieństwo oxfordzkich koledżów. Poważne, głębokie, ciemne w tonie, z boazeriami, stołami, salami poświęconymi nauce. Równocześnie żywe. Bez sztywności Wawelu. Odtworzenie Stuby Communis, Auli, Librarii. Ławy, stoły, półki, księgi i przyrządy, skarbiec z berłami, nadto owe tankwardy, kielichy, ornaty, stół Dominika Estreichera - to wszystko za złotą kratą z Biblioteki Jagiellońskiej. Niech w tych wnętrzach odbywają się zebrania profesorów, przyjęcia dla gości. Tu powinien mieć miejsce za lat osiemnaście wielki jubileusz 600-lecia Uniwersytetu". Nie bacząc na ogrom kłopotów, wziął się do pracy z taką samą energią, jaką w czasie wojny ratował skarby kultury. Wydeptywał uparcie dygnitarskie korytarze, narażał się na upokorzenia, nie było trudu, którego by się nie podjął w imię tego nadrzędnego celu.

Przez cały tom drugi przewija się opis owych walk i potyczek, podjazdowych forteli, rozmów z nielicznymi sojusznikami i kłótni z przeciwnikami. Tych był cały tabun, a bohater wydarzeń, jako się rzekło, łatwego charakteru nie miał. Na palcach jednej ręki można by wyliczyć nazwiska ludzi, których bez zastrzeżeń cenił. Całej reszcie niemal zawsze przypinał mniejszą lub większą łatkę, nie oszczędzając nawet największych naukowych autorytetów. Bo podstawowym kryterium jego oceny człowieka był przede wszystkim stosunek do odbudowy ukochanego Collegium Maius.

W ostatnich tygodniach ukazał się tom trzeci "Dzienników", obejmujący lata 1961-1966 i równie bogaty w aktualne treści, jak dwa poprzednie. Głównym wątkiem tematycznym tego tomu - obok licznych, niekiedy bardzo dyskusyjnych komentarzy do sytuacji politycznej - są nadal losy odbudowy Collegium Maius i sprawy Uniwersytetu.

*

Godny uznania edytorski zamysł Zbigniewa Kazimierza Witka, prezesa Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, wymaga jednak pewnych krytycznych uwag. Warto i trzeba o nich mówić, bo w zapowiedziach są dalsze tomy i można jeszcze niektórych kardynalnych błędów uniknąć.

"Dziennik" ukazuje się w obiegu niemal zamkniętym i trafia jedynie do rąk wtajemniczonych. Szkoda wielka, bo jest to dzieło o wartości nie do przecenienia. Tekst aż się roi od niemal dosłownych powtórzeń, przeinaczeń nazwisk i pospolitych błędów gramatycznych. Jest też trochę niepotrzebnych niedyskrecji z dziedziny męsko-damskiej, których z zasady się nie ujawnia. Estreicher robił notatki szybko, często na gorąco i dobrze zdawał sobie sprawę, że w takiej formie tekst do publikacji się nie nadaje. Pod datą 1 stycznia 1955 roku notował: "Gdyby ktoś chciał wiadomości z tego dziennika drukować - na miłość Boską! - niech poprawi styl! Niech skreśli niepotrzebne przymiotniki (im więcej skreśli tym lepiej) i powtórzenia, do których mam skłonności; ale przede wszystkim niech złagodzi zbyt ostre sądy, wydane w chwili emocji - bez należytego zastanowienia się. Nie jestem tak niedobry, jak z tych zapisków wychodzę".

Pietyzm i szacunek dla dzieła tego niepospolitego człowieka jest rzeczą godną najwyższej pochwały. Ale nie należy być bardziej papieskim niż papież. A przede wszystkim trzeba uszanować wolę autora.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl