|
O "Dzienniku wypadków"
Prywatne wojny profesora Estreichera
Jerzy Korczak
Była to jedna z barwniejszych postaci Krakowa. Z błyskiem w oku, stale w biegu, przemykał
przez Planty i ginął za bramą Collegium Maius. Tam przez lata toczył swoją wielką
prywatną bitwę: pokonując trudności przywracał do dawnego kształtu miejsce, gdzie
przez sześć wieków rozwijała się polska nauka.
 |
 Karol Estreicher |
|
Liczba zasług profesora Karola Estreichera (4 III 1906 - 29 IV 1984) zdaje się
przekraczać możliwości jednego człowieka. Przypomnijmy najważniejsze: to on odnalazł
i sprowadził do Polski z Norymbergi ołtarz Wita Stwosza (który we wrześniu 1939 próbować
ukryć przed Niemcami w Sandomierzu). To jemu Muzeum Czartoryskich zawdzięcza odzyskanie
"Damy z łasicą" Leonarda i "Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem"
Rembrandta. Katedry gnieźnieńska i poznańska też mają wobec niego dług - ponad dwa
tysiące naczyń liturgicznych, niektóre z XII wieku, wróciły dzięki niemu do
prawowitych właścicieli. On wreszcie odnalazł jedenaście obrazów Canaletta, które
dla Warszawy znaczyły tyle, co Ołtarz Mariacki dla Krakowa.
W kwietniu 1946 roku z monachijskiego dworca ruszyło dwadzieścia sześć wagonów, wypełnionych
zrabowanymi w Polsce dziełami sztuki. Nieformalnym komendantem eskortowanego przez
Amerykanów pociągu był Karol Estreicher. Po drodze nie obyło się bez przygód: w
Czechach transport próbowali przejąć Rosjanie. Gdy skarby dotarły w końcu do
krakowskiego dworca, był to najszczęśliwszy dzień w życiu niezłomnego tropiciela.
Osobną, pełną dramatyzmu epopeę tworzą losy wawelskich arrasów; zabezpieczone i
wywiezione przez Estreichera, poprzez Francję i Anglię do Kanady, na Wawel wróciły
dopiero po latach, po wielu dyplomatycznych zabiegach.
Pochodził z rodu o ogromnych dla Polski zasługach, którego dzieje opisała siostra
Karola, Krystyna Grzybowska, w arcyciekawej sadze wznowionej niedawno przez Wydawnictwo
Literackie. Założyciel rodu, Dominik, nosił nazwisko Oesterreicher. Urodził się na
Morawach, był malarzem, a do Polski zawitał przed 225 laty dzięki Hugonowi Kołłątajowi.
W Krakowie kupił kamienicę przy placu Szczepańskim i objął profesurę malarstwa w
Szkole Głównej Koronnej. Był ojcem Alojzego, botanika i rektora Jagiellońskiej Alma
Mater, któremu najwyraźniej ciążyło trudne do wymówienia nazwisko i zmienił je na
Estreicher. Syn Alojzego, Karol (1827--1908), zasłynął jako inicjator pracy nad
monumentalną "Bibliografią polską". Następny z rodu - Stanisław, prawnik,
profesor i rektor UJ, kontynuował pracę nad "Bibliografią". Przerwała ją
wojna, a Stanisław zginął zamordowany przez Niemców w obozie Sachsenhausen. O synu
Stanisława, Karolu juniorze, mowa w tym tekście.
"Potępieńcze swary"
Po zakończeniu kampanii wrześniowej Karol Estreicher przedostał się przez Węgry do
Francji. Od razu zameldował się u generała Sikorskiego, przyjaciela ojca, od którego
otrzymał krótki rozkaz: "Ja ratuję wojsko, a pan ratuj skarby kultury!". Po
przybyciu do Anglii zorganizował Biuro Rewindykacji Polskiego Mienia Kulturalnego.
Rozpoczął przygotowanie listy strat w porządku alfabetycznym, według nazw miejscowości.
W jej sporządzaniu współdziałała specjalna komórka Armii Krajowej, która przesyłała
z kraju potrzebne informacje. W ten sposób zredagowano ponad trzystustronicowy katalog
,,The cultural losses of Poland". Obok wykazu dzieł zagrabionych przez Niemców
znalazła się też imienna lista sprawców grabieży. Liczyła ponad sześćset nazwisk,
często z profesorskimi tytułami; większość z nich bywała przed wojną w Polsce.
W ogromie pracy znajdował Estreicher czas na prowadzenie dziennika; niemal dzień po dniu
od września 1939 notował i komentował wydarzenia frontowe, życie emigracji,
charakteryzował ludzi z bliższego i dalszego otoczenia. Pisanie kontynuował po wojnie w
kraju. W ten sposób powstał wielotomowy "Dziennik wypadków" wydawany obecnie
przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych, któremu Estreicher przez wiele lat
prezesował. Tom pierwszy wypełniają właśnie zapiski z lat wojny.
Estreichera fascynuje Sikorski, ale będąc najbliżej premiera i naczelnego wodza, widzi
nie tylko jego zalety, ale i wady. Patrzy, niekiedy ze zgrozą, czasem z przymrużeniem
oka, z jaką zaciętością walczą z sobą emigracyjni politycy. Obrazy, intrygi, sprawy
honorowe, przyjaźnie zamieniające się szybko w nienawiść, a wszystko to na tle stale
pogarszającej się dla Polski międzynarodowej koniunktury. Znajdujemy też ciekawe
charakterystyki postaci tak istotnych dla ówczesnego życia emigracji, jak Kot i
Sosnkowski, Mikołajczyk i Raczkiewicz, Stroński i Lieberman, Seyda i Rettinger -
prawdziwa panorama polskich losów na obczyźnie.
Raz po raz stara się uciec z polityki w strefę prywatną. Przyjaźni się ze Słonimskim,
nieźle żyje z Ksawerym Pruszyńskim, w czasie pobytu w Stanach zbliża się do Tuwima i
Lechonia. Sam nie jest aniołem, ma charakter niełatwy, często wybucha, łatwo się obraża.
Końcowe fragmenty pierwszego tomu pokazują pełną świadomość autora, że sprawa
polska jest przegrana. Estreicher wie, że jego miejsce jest w kraju, że za każdą cenę
musi kontynuować misję, której się podjął: ratowanie skarbów polskiej kultury. Równocześnie
zdaje sobie sprawę, że na emigracji okrzykną go zdrajcą, a w kraju nie znajdzie
zaufania. Te przewidywania w znacznym stopniu miały się sprawdzić; czytamy o tym w
tomie drugim "Dziennika".
Rozczarowania i afronty
Kiedy po wielu tarapatach i trudach związanych z akcją rewindykacyjną Estreicher znalazł
się w końcu w ukochanym Krakowie, czekały go nie tylko rozczarowania, ale i afronty.
Niektórzy nieprzejednani mieli mu w ogóle za złe, że przywiózł do komunistycznej
Polski Ołtarz Mariacki, uważali, że narodowe skarby winny czekać lepszych czasów na
obczyźnie. W Muzeum Czartoryskich, gdzie zjawił się z zapakowanym w kocyk dziełem
Leonarda, spodziewając się pochwał, prasy, fotoreporterów, dyrektor Stanisław Gąsiorowski
oświadczył mu sucho i niegrzecznie: "że to nie czas w tych przełomowych chwilach
na podejmowanie decyzji w sprawie tego i innych bezcennych skarbów, że odzyskiwanie
obrazów nastąpiło bez porozumienia z rodziną Czartoryskich".
Przedwojenna posada asystenta w Zakładzie Historii Sztuki była już zajęta, miejsca dla
niego na uniwersytecie nie przewidziano, habilitacja i profesura oddalały się na czas
nieokreślony. Zdany na siebie, czuł coraz większą obawę przed przyszłością.
Chciał kontynuować prace nad "Bibliografią", co było dla niego wykonywaniem
rodzinnego testamentu. Marzenie miał jednak inne: odbudowa Collegium Maius. Tam, przy świętej
Anny, wyznaczono miejsce dla rzeczy rewindykowanych z Niemiec. Gmach Collegium, podczas
wojny zajęty przez niemiecki Institut für Deutsche Ostarbeit, przedstawiał wtedy obraz
godny pożałowania: rozbite krużganki, nadwątlone mury, wewnątrz składy, lokatorzy,
jakieś biura, nawet wystawa kur, królików, kanarków i zwierząt futerkowych... Żadnych
protestów nie było i być może jeden z najcenniejszych w mieście zabytków uległby
zagładzie, gdyby nie szaleńcza wręcz energia Estreichera.
"Marzy mi się przywrócenie gmachu do stanu z czasów Śniadeckiego. Na podobieństwo
oxfordzkich koledżów. Poważne, głębokie, ciemne w tonie, z boazeriami, stołami,
salami poświęconymi nauce. Równocześnie żywe. Bez sztywności Wawelu. Odtworzenie
Stuby Communis, Auli, Librarii. Ławy, stoły, półki, księgi i przyrządy, skarbiec z
berłami, nadto owe tankwardy, kielichy, ornaty, stół Dominika Estreichera - to wszystko
za złotą kratą z Biblioteki Jagiellońskiej. Niech w tych wnętrzach odbywają się
zebrania profesorów, przyjęcia dla gości. Tu powinien mieć miejsce za lat osiemnaście
wielki jubileusz 600-lecia Uniwersytetu". Nie bacząc na ogrom kłopotów, wziął się
do pracy z taką samą energią, jaką w czasie wojny ratował skarby kultury. Wydeptywał
uparcie dygnitarskie korytarze, narażał się na upokorzenia, nie było trudu, którego
by się nie podjął w imię tego nadrzędnego celu.
Przez cały tom drugi przewija się opis owych walk i potyczek, podjazdowych forteli, rozmów
z nielicznymi sojusznikami i kłótni z przeciwnikami. Tych był cały tabun, a bohater
wydarzeń, jako się rzekło, łatwego charakteru nie miał. Na palcach jednej ręki można
by wyliczyć nazwiska ludzi, których bez zastrzeżeń cenił. Całej reszcie niemal
zawsze przypinał mniejszą lub większą łatkę, nie oszczędzając nawet największych
naukowych autorytetów. Bo podstawowym kryterium jego oceny człowieka był przede
wszystkim stosunek do odbudowy ukochanego Collegium Maius.
W ostatnich tygodniach ukazał się tom trzeci "Dzienników", obejmujący lata
1961-1966 i równie bogaty w aktualne treści, jak dwa poprzednie. Głównym wątkiem
tematycznym tego tomu - obok licznych, niekiedy bardzo dyskusyjnych komentarzy do sytuacji
politycznej - są nadal losy odbudowy Collegium Maius i sprawy Uniwersytetu.
*
Godny uznania edytorski zamysł Zbigniewa Kazimierza Witka, prezesa Towarzystwa Przyjaciół
Sztuk Pięknych, wymaga jednak pewnych krytycznych uwag. Warto i trzeba o nich mówić, bo
w zapowiedziach są dalsze tomy i można jeszcze niektórych kardynalnych błędów uniknąć.
"Dziennik" ukazuje się w obiegu niemal zamkniętym i trafia jedynie do rąk
wtajemniczonych. Szkoda wielka, bo jest to dzieło o wartości nie do przecenienia. Tekst
aż się roi od niemal dosłownych powtórzeń, przeinaczeń nazwisk i pospolitych błędów
gramatycznych. Jest też trochę niepotrzebnych niedyskrecji z dziedziny męsko-damskiej,
których z zasady się nie ujawnia. Estreicher robił notatki szybko, często na gorąco i
dobrze zdawał sobie sprawę, że w takiej formie tekst do publikacji się nie nadaje. Pod
datą 1 stycznia 1955 roku notował: "Gdyby ktoś chciał wiadomości z tego
dziennika drukować - na miłość Boską! - niech poprawi styl! Niech skreśli
niepotrzebne przymiotniki (im więcej skreśli tym lepiej) i powtórzenia, do których mam
skłonności; ale przede wszystkim niech złagodzi zbyt ostre sądy, wydane w chwili
emocji - bez należytego zastanowienia się. Nie jestem tak niedobry, jak z tych zapisków
wychodzę".
Pietyzm i szacunek dla dzieła tego niepospolitego człowieka jest rzeczą godną najwyższej
pochwały. Ale nie należy być bardziej papieskim niż papież. A przede wszystkim trzeba
uszanować wolę autora.
|