|
„TP”, Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2808/kultura03.php
"Pieszo" Mrożka w reżyserii Kazimierza Kutza
Sojusz ludzi życzliwych
Łukasz Drewniak
To, co wyprawia ostatnio Stary Teatr, może przyprawić o palpitację serca. Już się
wydawało, że ustabilizowano repertuar i poziom przedstawień - i oto nagle pojawia się
spektakl, który poddaje w wątpliwość wykonaną dotychczas robotę.
Już sobie człowiek hipotezę zbudował, niby wie, co Mikołaj Grabowski chce w Starym
zrobić, a tu nagle cała teoria w łeb bierze. Zamiast niej wykluwają się straszliwe
podejrzenia, że nawet jeśli pomysły programowe są, to i tak nie ma reżyserów do ich
realizacji.
Niedźwiedzia przysługa
Kiedy dramat współczesny klasycznieje? Kiedy nie da się go już wystawić po literkach,
wprost, z wiarą w automatyczną siłę autorskiego projektu wpisanego w tekst. Tedy
trzeba w nim mozolnie kopać, grzebać, przestawiać, bo a nuż uda się znaleźć w nim
nowy teatralny język. Najwyższa pora zrobić to z dziełami Sławomira Mrożka, bo
recepcja jego dramaturgii znajduje się - co tu dużo mówić - w stanie agonalnym.
Obawiałem się niedawno, że ten sezon będzie bodaj pierwszym od czasu premiery
"Indyka", kiedy na polskich scenach nie wystawiono ani jednej sztuki Mrożka. W
ostatniej chwili pojawił się Kutz i uratował statystykę. Niestety, była to tak zwana
niedźwiedzia przysługa.
Oglądając inscenizację Kazimierza Kutza ma się wrażenie, że "Pieszo" to króciutka
sztuka. Czemu czas pędzi tak szybko, czemu nasza uwaga nie zatrzymuje się dłużej na żadnej
postaci? Do techniki dramatopisarskiej Mrożka należy chwyt kondensacji, wywołujący wrażenie,
jakby w tekście wybrzmiewała tylko część dialogów postaci. Prawdziwa psychologia
bohaterów ukryta jest gdzieś poza schematem kolejnych replik, modelową sytuacją, w której
się znaleźli. Odkrywać te puste miejsca umiał Jerzy Jarocki.
Reżyser wiedział, że absurdalne konstrukcje Mrożka ożyją tylko wtedy, gdy dla
uwiarygodnienia dwóch kwestii wypowiadanych na scenie przygotujemy kilkuminutowe napięcie.
Uzupełnimy je teatralnym obrazem, podrasujemy muzyką. Nasycimy treścią istniejącą u
Mrożka podskórnie, ale rzadko wypowiadaną.
Tęsknota za teatralną transfuzją
Dziś metodę Jarockiego trzeba posunąć jeszcze dalej: nie wystarczy zamalowanie białych
plam w tekście Mrożka, należy jeszcze znaleźć dziwny, nieoczekiwany czy nawet
niechciany przez autora kontekst. Nie wolno inscenizować didaskaliów, poprzestawać na
motywacjach bohaterów wynikających w sposób oczywisty z tekstu. Albowiem sceniczna
metafora stała się cieniutka jak kromka wojennego chleba, ale nie zestarzała się
intencja, dla której sięgnął po nią Mrożek.
Reżyser, który chciałby wpuścić w "Pieszo" nieco świeżej krwi, musi
pozmieniać dominanty charakterów postaci, napuścić ich na siebie jeszcze raz i zobaczyć,
co z tego wynikło. Może Ojciec Syna nie lubi. Może Syn jest sukinsyn. Może Baba to
nosicielka dobra, Matka Boska narodowego sprytu i przetrwania. Może trzeba złośliwie
gloryfikować porucznika Zielińskiego, szabrownika wybierającego się na Ziemie
Zachodnie - przecież właśnie tacy ludzie Polskę budowali.
Idźmy dalej. Stare teatralne prawo niespodzianki nakazuje inscenizować tekst
przewrotnie. Może Ojciec i Syn zginęli od niewypału i reszta sztuki była snem trupa?
Nie wierzmy bohaterom na słowo, żeby później na scenie nie przypominali pacynek albo
papierowych żonglerów paradoksów. Może zaczadzeni nową społeczną ideą Pani i
Nauczyciel mieli rację a Ojciec kłamał, jego proste recepty życiowe okażą się nic
nie warte?
Nie wiem, czy w przypadku krakowskiej premiery nie należało inaczej zaakcentować przesłania
utworu. Przecież "Pieszo" jako metafora zmagania się z losem zawsze miało swój
rytm - dostojnego cierpienia, wychodzenia swego szczęścia, spokoju. Powolutku i cicho.
Dziś śmigamy boeingami. Jesteśmy głośni, agresywni, pewni siebie. We wszystkim - w
religii i karierze. W sukcesie i śmierci. Już nas czapką nie nakryją. Byle gnatem nie
zastraszą.
Czy lepsza tamta mądra bieda, czy dzisiejsze głupie bogactwo? Sprawa wcale nie jest taka
oczywista. I daleko wykracza poza łatwo uchwytną u Mrożka kwestię ukazania procesu
przechodzenia jednej epoki w drugą. Wierzę, że w tym dramacie nadal kryje się materiał
na głęboki spektakl, wielki temat. Tymczasem Kutz miał prawdopodobnie dwa cele. Cel
pierwszy - przeprowadzić widza przez historię lub świat teatru. Cel drugi - opowiedzieć
z pomocą "Pieszo" historię PRL. Oba realizuje w sposób karkołomny.
Piechotą przez teatr
Chyba nieprzypadkiem na początku spektaklu pojawia się maszynista i uderza w gong, który
wywołuje błysk na teatralnym horyzoncie: tak można pokazać w teatrze eksplozję.
Zaczyna się ostrzał artyleryjski, przed którym uciekają Ojciec (Jerzy Trela) i Syn
(Michał Czachor). Tylko że od razu wiemy, że ostrzał nie jest prawdziwy, ale iluzyjny,
a więc nie ma się czego bać. Jesteśmy w teatrze, który z miejsca ujawnia swoją
sztuczność. Otwartość na cytaty. Niedługo później Superiusz (Krzysztof Globisz) i
Pani (Aldona Grochal) wchodząc na scenę będą przypominać beckettowską parę Pozzo i
Lucky, pana i niewolnika. Łysy grajek w wojskowym szynelu kojarzy się z Chochołem z
niemieckiego "Wesela" Wajdy. Jakiś obraz może przez sekundę odsyłać do
Kantora, inny do Swinarskiego. Scenę popijania samogonu równie dobrze mógłby umieścić
Grabowski w swoim "Obozie Wszystkich Świętych".
Trzeba jednak przyznać, że wielkiego porządku w tych asocjacjach nie ma. Co gorsza - po
jakimś czasie ich wyrazistość się rozmywa. Dopiero w finale Ojciec mówi, pokazując
na widzów: "Oni to mają dobrze, my musimy pieszo". Zastanowił mnie sens tego
rozwiązania. Zwykle grało się tę scenę z podkreśleniem łączności bohaterów i
publiczności. Ojciec i Syn byli wszak reprezentantami społeczeństwa. Tymczasem Kutz
ostro oddziela świat teatru od świata rzeczywistego. Czyżby chciał powiedzieć, że
"my artyści" zawsze, a już zwłaszcza "dziś", mamy pod górkę?
Trochę to ze strony Starego obłudne. Nie w każdym teatrze na każdej premierze bywa
minister kultury. Nie w każdym dotowanym przez państwo teatrze bilety kosztują 45 złotych.
A w ogóle artysta jest po to, żeby mu było ciężko, jakby było łatwo, to w końcu każdy
by chciał, nie? Chyba że Trela nie mówi o teatrze, tylko czyni aluzje do czegoś
innego.
Ułuda jedności?
Reżyser wykłada karty na stół w epilogu. W tyle sceny wyświetla Bieruta przemawiającego
na jakimś plenum, fotkę Placu Czerwonego, traktory podczas orki... a potem szast, prast
ukazuje nam słynne zdjęcie z Mszy papieskiej na Błoniach. Jakbym był złośliwy, to
utrzymywałbym, że dla Kutza powyższy układ fotografii oznacza, że naród jest wciąż
głupi, bo dalej lubi zbiorowe ułudy jedności. Ale chyba nie o to Kutzowi chodziło!
Spróbujmy więc jeszcze raz. Być może cztery zdjęcia pozostają w ścisłym związku
ze sobą. Ale równie dobrze to czwarte, ostatnie, może być przeciwstawione poprzednim.
Czyli logika dziejów chciała, żeby w końcu szczęśliwi, wolni od trosk, zjednoczeni
Polacy sfotografowali się na Błoniach, co rozwiązało nasze odwieczne problemy. I wtedy
ostatnia kwestia sztuki tworzyłaby coś w rodzaju dialogu międzyepokowego. Biedny, głodny
Polak z 1945 roku zazdrości nam, sytym z 2003 roku. Jak wkoło jest dobrze: mamy suwerenną
Polskę, jesteśmy w Europie, promieniuje z nas życzliwość wobec ludzi, zrobiliśmy
sobie pielgrzymkowe zdjęcie z Ojcem Świętym...
Chyba nie tylko mnie taki sens doczepiony do dramatu Mrożka wydaje się kompromitująco
niepoważny. Prosiłbym w takim razie twórców przedstawienia, żeby Papieża nie używać
do przełamywania własnej niemocy interpretacyjnej. Po prostu nie wypada.
Drapieżności za grosz
Kazimierz Kutz w Starym Teatrze kojarzy mi się z dyrekcją Jerzego Koeniga, która
generalnie polegała na cementowaniu pustki i czekaniu na cud, że jakiś spektakl się
uda. Przez trzy lata widzów i aktorów bolały zęby, a dyrektor radził czekać, aż się
emocje wyciszą i broń Boże nic nie zmieniać! Zaproszony do współpracy Kutz miał
wnieść na Jagiellońską drapieżność charakterystyczną dla jego spektakli
telewizyjnych i filmów. Powagę autorytetu moralnego i politycznego. Wreszcie nowy
repertuar - choćby dawno niewidzianego na krakowskich scenach Różewicza.
Niestety, Kutz - aktywny reżyser teatralny znacznie różni się od swego kinowego
wcielenia. Lubi grube farsowe dowcipy, konwencjonalne rozwiązania inscenizacyjne,
psychologię powierzchniową. Drapieżności nie ma już za grosz. Zmieszczaniał. Jest
typem reżysera, który nie uczy aktorów, nie zdziera z nich sztamp, przywiązuje się do
pewnych nazwisk, jakby ich udział miał automatycznie zadecydować o sukcesie. Jednak na
przykładzie ról Dymnej, Grochal, Hudziaka, Dziurmana widać, że pozostawieni samym
sobie, zagubieni w dziwacznych tezach Kutza aktorzy fałszują świadomość bohaterów,
spłaszczają świat przedstawiony. Przykro patrzeć, jak męczy się Anna Dymna z rolą
Baby, jak deklamuje Andrzej Hudziak (Nauczyciel), jak niepotrzebnie dziarsko w mundurze
wygląda Artur Dziurman (Zieliński).
Wychodząc do premierowych oklasków Kutz pocałował na scenie Mrożka w rękę. Wszyscy
myśleli, że reżyser dramatopisarzowi dziękuje, a on po prostu przepraszał.
*
Namawiam Mikołaja Grabowskiego do wzięcia pełnej odpowiedzialności za realizację
repertuaru, skoro trójki reżyserskiej (systemu decydującego niegdyś o wielkości tego
teatru) zmontować się nie da. Niech zadekretuje w Starym teatr autorski, doprowadzi do
końca wszystkie swoje dotąd niezrealizowane projekty z "Panem Tadeuszem",
"Chopinem" i "Wyzwoleniem" na początek. Niech daje nawet pięć własnych
premier na sezon - udadzą się pewnie dwie, trzecia będzie kontrowersyjna, czwartą
nazwiemy szlachetną porażką, o piątej z ulgą zapomnimy, ale przynajmniej będzie widać,
o co chodzi. Bo na razie to nawet ja się pogubiłem. Ja, czyli życzliwy.

Sławomir Mrożek, "Pieszo", reż.: Kazimierz Kutz, scenografia: Jerzy Kalina,
muz.: Jan Kanty Pawluśkiewicz, Narodowy Stary Teatr w Krakowie, premiera 12 kwietnia
2003.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|