|
„TP”, Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2808/kraj06.php
Bagdad i odpowiedzialność
Jacek Woźniakowski
Różne postacie niewolnictwa czy pańszczyzny były nie tylko formami ucisku i wyzysku,
ale także - lub przede wszystkim - formami pozbawiania odpowiedzialności. Systemy
totalitarne lub tylko autorytarne zmierzają do pozbawienia ludzi odpowiedzialności
obywatelskiej. Przejście przez taki okres - nawet krótkotrwałe - pozostawia w wielu
umysłach głębokie bruzdy, które należy swoiście leczyć, jeśli pacjenci mają
odzyskać tę cechę, która na pierwszym miejscu odróżnia człowieka od innych kreatur
dwunożnych, tzn. właśnie poczucie odpowiedzialności.
Widziałem ostatnio (choć tylko we fragmentach, więc może moje wrażenie było
jednostronne) dwa programy telewizyjne. W pierwszym Irakijczycy demonstrowali w Bagdadzie
przeciwko Amerykanom. Z taką samą furią, z jaką niedawno tłum wykrzykiwał nienawiść
do Amerykanów i uwielbienie dla Husajna, teraz - uwolniony przez tychże Amerykanów od
tegoż Husajna - domagał się od nich wody, jedzenia, uporządkowania miasta, ukrócenia
złodziejstwa. Ciekaw jestem, ilu uczestników tej demonstracji zrobiło cokolwiek, żeby
się choć w najmniejszym stopniu przyczynić do tego słusznie wymarzonego porządku i
bez wątpienia potrzebnej aprowizacji?
Drugi program telewizyjny, to było wystąpienie posła Marka Jurka. Powiedział coś w
tym sensie, że docenia nasze wejście do Europy i smutno by mu było, gdyby nie miały się
zrealizować korzyści z tym związane, ale będzie głosować przeciw, bo najważniejsza
sprawa, to rodzina i różne wartości moralne. Słuchając tej wypowiedzi, doprawdy nie
wiedziałem, czy wierzyć własnym oczom i uszom. Bo po pierwsze Europa bynajmniej nie
nastaje na nasze wartości moralne, zostawiając nam w tej dziedzinie swobodny wybór. Po
drugie jest rzeczą oczywistą, że jedyną alternatywę dla zachodniej Europy stanowi
europejsko-azjatycki Wschód.
Klasyczne dla naszych czasów wykręty, to trudne peerelowskie dzieciństwo i różne
freudowskie kompleksy, za które rzekomo nie odpowiadamy. Ale taki brak zaufania do własnego
społeczeństwa, takie przekonanie, że miazmaty wiejące podobno od europejskich
metropolii potrafią zniweczyć najlepsze nasze tradycje, tysiącletnie wysiłki i działania
najczcigodniejszych Polaków, to jednak przekracza wyobraźnię. Co również ją
przekracza, to obraz Polski galopującej przez szereg lat XXI wieku jako samotny jeździec
(względnie jeździec bez głowy, co w tym wypadku wychodzi na jedno).
Przyjmijmy jednak, że miazmaty zgniłego Zachodu mogłyby zdemoralizować niebywale
cnotliwy nasz Naród, w przeciwieństwie do świateł, jakie nam ex oriente, od strony
Uralu, niesie ksiądz Rydzyk. Otóż wyobrażanie sobie, że można dzisiaj, w epoce
internetu i wideo, postawić jakieś instytucjonalne bariery chroniące od miazmatów,
wydaje mi się znowu fatalnym spadkiem po czasach PRL-u. Jedyną skuteczną obroną, zarówno
społeczną, jak indywidualną, są nie ustawy lub przeszkody typu policyjnego, ale jakość
i intensywność życia duchowego jednostek, rodzin, społeczności. Kto jak kto, ale
katolicy nie powinni wątpić w jego promieniowanie i rozumieć własne obowiązki w tym
zakresie, a nie uciekać w iluzoryczną izolację. Nie można tracić wiary, że duch
tchnie kędy chce, a my powinniśmy w miarę wątłych naszych sił mu pomagać, a nie lękać
się świata i szeroko otwierających się nowych jego horyzontów.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|