|
"Banalność" zła
Chantal Delsol
Problem zła jest dla ludzi najbardziej bolesną tajemnicą. Opowieścią o grzechu
pierworodnym chrześcijaństwo opisuje jego korzenie, umieszczając zło u źródeł
historii: dotyka ono wszystkie bez wyjątku istoty ludzkie, ponieważ jest w pewnym sensie
gwarantem wolności.
W XVIII w. zło zaczyna być postrzegane w nowy sposób. Rousseau jego pojawienie się
umieszcza w określonym momencie historii. Dająca się ustalić przyczyna zła wynika z
działania niektórych ludzi: "tego, kto wbił tyczkę i pierwszy powiedział,
"to jest moje!"" (to jest tego, kto wymyślił własność prywatną),
podczas gdy inni pozostają niewinni. Zło nie leży już u korzeni - zostało wymyślone
przez pewne grupy i jeśli te grupy znikną, zniknie i ono.
Rousseau jest w tym względzie ojcem współczesnych ideologii. W XIX i XX wieku, na
skutek zanikania religii, idea "grzechu pierworodnego" zostaje odrzucona.
Przyjmuje się, że człowiek jest niewinny, a zło to zboczenie historii z właściwej
drogi. Chodzi więc o to, by wyodrębnić grupy niewinne i winne. Czasem z natury niewinni
są Aryjczycy, a Żydzi z natury winni. Kiedy indziej z natury niewinny jest proletariat,
a burżuazja - winna. Stąd legitymizacja jednych grup i eksterminacja innych,
eksterminacja, której celem jest przywrócenie światu pierwotnej niewinności.
Po upadku obu manichejskich totalitaryzmów refleksja nad złem zaczyna przechodzić
ewolucję. Odrzucenie ideologii nie powoduje powrotu do wyjaśniającego wszystko mitu o
rajskim ogrodzie. Manicheizm trwa nadal, teraz przede wszystkim jako sposób myślenia.
Manicheizm nie jest jednak zdolny do życia i musi zostać zastąpiony nową filozofią,
filozofią ludzkiej skończoności, zakorzenioną w chrześcijaństwie lub nie. Tu pojawia
się Hannah Arendt, która po bolesnych doświadczeniach porzuca manicheizm swojej epoki i
przedstawia filozoficzne uzasadnienie tej decyzji. Spróbujmy odtworzyć drogę, jaką
przeszła.
W "Korzeniach totalitaryzmu" Arendt pisze, że wraz z nazizmem "pojawiło
się zło radykalne, którego wcześniej nie znaliśmy". "Radykalne" znaczy
tu "absolutne". Nie istnieje ani nie istniało nic podobnego: "Czyściec
reprezentują obozy pracy w Związku Radzieckim, w których zaniedbywanie jest połączone
z bezładną pracą przymusową. Piekło, w najdosłowniejszym znaczeniu, ucieleśniały
udoskonalone przez nazistów typy obozów, w których całe życie było dokładnie i
systematycznie zorganizowane z myślą o jak najdotkliwszej udręce" - pisze w
"Korzeniach totalitaryzmu". Zwróćmy uwagę na wyrażenia: "piekło w
najdosłowniejszym znaczeniu" oraz "udoskonalone". Obozy nazistów wyglądają
tu jak "inna planeta". Poczucie nierealności, które ogarnia nas, kiedy próbujemy
pojąć ich rzeczywistość, dobrze pokazuje, że ten system, charakteryzujący się
"absolutnym obłędem" daje wgląd w coś, czego, jak się wydawało, nigdy na
tej ziemi nie spotkamy: w zło absolutne. Arendt z okresu "Korzeni
totalitaryzmu" skłonna jest traktować nazizm jako zło metafizyczne, różniące się
jakościowo od innych barbarzyństw w historii.
Po procesie Eichmanna (1961-1962) w jej myśleniu następuje zwrot. Obserwując oskarżonego,
była przede wszystkim zaskoczona jego niepokojącą normalnością. Co oznacza
"normalność"? Psychiatrzy zapewnili, że Eichmann nie jest szaleńcem. Przede
wszystkim jednak nie wykazywał on żadnych cech charakterystycznych dla sadysty: chęci
zadawania cierpienia, ostentacyjnego cynizmu czy szyderczej pogardy dla ludzi. W
rzeczywistości wbrew "wszystkim wysiłkom oskarżenia każdy mógł się przekonać,
że ten człowiek nie jest "potworem", jednak doprawdy trudno się było oprzeć
wrażeniu, że jest błaznem" - pisze Arendt. Uświadamia sobie, że współpracownicy
nazizmu nie byli "mordercami z natury", ale prostymi ludźmi, którzy słuchali
rozkazów i nie rozumieli, dlaczego zarzuca się im lojalność - uznawaną generalnie za
cnotę. "Normalność owa - konkluduje - była dużo bardziej przerażająca niż
wszystkie potworności wzięte razem", ponieważ zwykły człowiek popełniał
zbrodnie, nawet o tym nie wiedząc.
W ten sposób Arendt odkrywa "straszną, niewypowiedzianą i niewyobrażalną banalność
zła". "Banalność" nie oznacza, że należy uznać nazistów za
niewinnych, przyjmując, iż wszyscy mogliby postąpić tak samo. Nie znaczy też, że
chodzi o coś błahego: zbrodnia zawsze jest zbrodnią. Ale znaczy, że zło absolutne nie
istnieje na tej ziemi (w przeciwnym razie znajdowałoby się właśnie w totalitaryzmie),
ponieważ "przy najlepszej woli nie sposób odkryć u Eichmanna żadnej diabelskiej
czy demonicznej głębi". I odrzuciwszy zło absolutne w porządku Absolutu, który
tutaj nie istnieje, Arendt ponownie umieszcza nazizm w historii, porównując go z innymi
jej potwornościami. Przyznaje: "Zmieniłam zdanie i nie mówię już o złu
radykalnym... W chwili obecnej sądzę, że zło nigdy nie jest radykalne, ono jest po
prostu skrajne".
Podtytuł "Eichmanna w Jerozolimie" będzie brzmieć: "Rzecz o banalności
zła". Arendt zasłuży sobie tym na gwałtowne oskarżenia, przywoływane w jej
korespondencji z Jaspersem: że "gardzi ludzkością", i że chce
"uniewinnienia zbrodni nazistowskich". Zbiorowy list opublikowany w "Le
Nouvel Observateur" z dnia 26 października 1966 nosi tytuł "Czy Hannah Arendt
jest nazistką?", skoro odrzuca manicheizm polegający na tym, że uniewinnia się
ludzkość, a zbrodniarzom przypisuje się cechy szatańskie.
Arendt próbuje pogodzić swoją epokę z pojęciem zła antropologicznego. To trudne,
ponieważ wśród jej współczesnych ciągle jeszcze panuje manichejski pogląd, że naziści
są uosobieniem zła absolutnego, ponieważ jednocześnie uniewinnia się wszystkich
innych. Opinia zachodnia w pewien sposób nadal pozostaje w takim stanie świadomości.
Arendt może pomóc nam zrozumieć bolesną prawdę, którą Sołżenicyn sformułował w
"Archipelagu GUŁag": "Dopiero na zgniłej, więziennej słomie (...)
stopniowo pojąłem, że linia oddzielająca dobro od zła przebiega nie między państwami,
nie między klasami, nie między partiami - tylko przecina każde ludzkie serce, nie
omijając żadnego. (...) Od tego czasu stała się jasna dla mnie zasadność wszystkich
religii świata: walczą one z pierwiastkiem zła w człowieku (w każdym człowieku). Nie
sposób oczyścić świata z wszelkiego zła, ale można w każdym człowieku zmniejszyć
obszar jego władania. Od tego czasu stał się także dla mnie jasny fałsz wszystkich
rewolucji w dziejach: niszczą one tylko współczesnych im nosicieli zła (...) samo zaś
zło, jeszcze bujniej rozrosłe, biorą sobie w spadku".
Tekst jest skróconą wersją wykładu, który odbył się 10 kwietnia w ramach
Uniwersytetu Latającego Znaku.
|