|
O człowieku późnej nowoczesności, wojnie, współczesnej Francji i Kościele
Wyjść poza utopię
Z Chantal Delsol, filozofem politycznym, rozmawia Agnieszka Sabor
AGNIESZKA SABOR: - Charles Taylor, ubiegłoroczny gość Dni Tischnerowskich, ocenia nasze
czasy w kategoriach "etyki autentyczności". Uważa ideał autentyczności za
wielką wartość; problem w tym, że człowiek współczesny czasem nie umie znaleźć właściwego
sposobu samorealizacji. W tej koncepcji mnóstwo jest optymizmu i nadziei. Po lekturze
Pani "Eseju o człowieku późnej nowoczesności" trudno natomiast oprzeć się
myśli, że tej późnej nowoczesności nie da się pokochać, że nie ma w niej nic do
uratowania.
CHANTAL DELSOL: - Widzę współczesność o wiele bardziej pesymistycznie niż Taylor, może
dlatego, że on jest Kanadyjczykiem, a ja Francuzką.
Doświadczenie zapaści
 |
 CHANTAL DELSOL |
|
Francja jest obecnie krajem w zapaści. Po pierwsze dlatego, że obok Czech i być może
Szwecji jest dziś najbardziej w Europie zateizowana. Niektórzy mówią
"postkatolicka", bo wierzący i praktykujący stanowią jakieś 10 procent
Francuzów. Po drugie dlatego, że Wielka Rewolucja jeszcze się tu nie skończyła: większość
Francuzów jest przekonana, że wszystko, co dobre (demokracja, prawa człowieka), zaczęło
się w 1789 roku. Walczę z tym mitem wśród moich studentów. Wreszcie jest to kraj, który
bardzo uległ marksizmowi. W biurze prorektora uniwersytetu, na którym pracuję, wisi
portret Stalina. Powiedziałam mu kiedyś, że powinien powiesić naprzeciwko portret
Hitlera. Odpowiedział, że to nie to samo. Ten człowiek nie jest stalinowcem, jego
nostalgia wynika z pewnego ciągle żywego mitu.
Moja książka związana jest więc z doświadczeniem francuskim. To rzeczywiście
ostrzegawczy krzyk. Skąd się wziął? Być może stąd, że ja naprawdę kocham kulturę
europejską. Przez dziesięć lat zajmowałam się antykiem greckim i rzymskim, a dokładniej
- obecnymi w tamtej kulturze pojęciami dekadencji, schyłku. Nie bez powodu już w tytule
eseju pojawia się "późna nowoczesność" (a nie "postnowoczesność"
czy "postmodernizm") - jako aluzja do późnej starożytności. Kiedy porównuję
upadający Rzym do początków wieku XXI, widzę te same niepokojące zjawiska:
centralizację odbierającą jakąkolwiek samodzielność, fiskalizm, banalność sztuki,
kryzys demograficzny.
- Ale przecież w upadającym Rzymie zrodziło się chrześcijaństwo. Może współczesny
kryzys też jest drogą ku czemuś?
- To raczej proces odwrotny: zrodzona w późnym Cesarstwie tradycja chrześcijańska zastępowana
jest dziś czymś przypominającym kulturę wówczas odchodzącą. Żyjemy w czasach
wielkiego zamieszania. Nie wiadomo, co z niego wyniknie. Na razie widać przede wszystkim
zagrożenia.
Zagubiony fundament
Największe z nich to zapomnienie, czym jest kondycja ludzka. Ideologie XIX i XX wieku
starały się zmienić czy też zniszczyć pojęcie kondycji ludzkiej. Ideologie znikły,
ale po ich odejściu nie udało się odnaleźć tego, co raz zagubione. Przestaliśmy
wiedzieć, kim jest człowiek. Do tego stanu przyczyniły się zresztą Kościoły, nadużywając
takich pojęć, jak np. "natura ludzka", a tym samym dyskredytując je. Niedawno
czytałam artykuł pewnego biskupa w wydanej na początku XX wieku encyklopedii: pisał,
że kobieta nie może zostać inżynierem, bo to wbrew naturze. Jeśli czytam takie
teksty, naprawdę nie dziwię się, że w końcu stało się to, co się stało -
zaprzeczono najważniejszym pojęciom i dziś wydaje nam się, że wszystko jest możliwe.
Nie, nie wszystko jest możliwe. Trzeba odnaleźć zagubiony fundament - podmiotowość
pojedynczego człowieka.
- Ale jak to zrobić?
- W sposób najprostszy: poprzez dostępne każdemu doświadczenie życiowe, twarde
"chodzenie po ziemi". Kiedy czytam norweskie albo amerykańskie statystyki,
zauważam np., że dzieci wychowywane bez ojców są bardziej narażone na narkotyki. 95
proc. młodocianych przestępców wychowywało się bez ojca. I na tej - bardzo przecież
realistycznej - podstawie uważam, że należy chronić rodzinę paternalistyczną.
- Ciekawe, co powiedziałyby na to feministki.
- Są różne rodzaje feminizmu. Feminizm amerykański czy kanadyjski, wojowniczy i
zideologizowany (w przypadku obu tych krajów ma to jednak swoje historyczne
uzasadnienie), ale i inne - spokojniejsze, za to bardziej racjonalne i skuteczniejsze.
Trzeba walczyć o prawa kobiet. Ale kiedy stają naprzeciw siebie prawa kobiety i prawa
dziecka - wybór powinien być prosty. Bo dzieci nie potrafią samodzielnie dopominać się
o to, co się im należy.
- Użyła Pani sformułowania "walka o prawa kobiet". W książce analizuje Pani
"prawa człowieka", wskazując, że pojęcie to kompletnie się dziś rozmyło.
- Należy zastanowić się nad tym, w jaki sposób takim pojęciom zmieniono naturę,
jakim ulegały deformacjom. Pojęcia dialogu i tolerancji przeszły tę samą drogę,
prowadzącą do utraty znaczeń.
Weźmy przykład ze współczesnej polityki: debatę wokół wejścia Turcji do Unii
Europejskiej. Wielu ludzi na Zachodzie powtarza, że jeżeli ten kraj nie znajdzie się w
strukturach Wspólnoty, będzie to oznaczać naszą nietolerancję i zamknięcie na
dialog. Ale przecież warunkiem dialogu jest właśnie różnorodność. Rozmawiajmy z
Turcją dlatego, że jest inna, ale nie upodabniajmy jej do nas! Trzeba wrócić do
podstawy każdego używanego powszechnie terminu. Kim jest człowiek, którego trzeba
respektować? Co to za człowiek? Te dwa pytania wcale nie są identyczne. Pierwsze
prowadzi np. do kwestii człowieczeństwa embrionu, zaś konsekwencją drugiego jest określenie
potrzeb, np. stwierdzenie, czy człowiek potrzebuje ojca. Potrzebne jest także określenie
dystansu. Europa, aby była Europą, też musi mieć swoje granice. To one sprawiają, że
szanujemy się nawzajem.
Granice Europy
- Czy granicami Europy mają być granice chrześcijaństwa?
- Należy unikać wszelkiej przesady, ale trzeba zauważyć ogromne różnice między
cywilizacją muzułmańską a chrześcijańską. Jeśli porównamy rozumienie
"Deklaracji Praw Człowieka" w krajach europejskich i w krajach arabskich,
okazuje się, że jest ono zupełnie inne. W chrześcijaństwie przed Bogiem nie ma mężczyzny
ani kobiety, Greka ani Żyda, wolnego ani niewolnika. Jest człowiek. Wszyscy są równi.
W islamie ludzie stoją wobec Boga w różnej odległości, kobieta dalej niż mężczyzna,
muzułmanin bliżej niż niemuzułmanin. Ontologicznie - dla Boga - ludzie nie są równi.
Nie twierdzę, że te różnice muszą prowadzić do jakiegoś "zderzenia
cywilizacji". Przeciwnie, świadomość odmiennego rozumienia tych samych słów może
pomagać nam współistnieć.
- A jeśli wszędzie wprowadzony zostanie model zachodniej demokracji?
- To chyba niemożliwe. Współczesna demokracja to reprezentacja pluralizmu idei. W
krajach, w których nie ma tradycji akceptowania różnorodności form myślenia, można
"implantować" demokrację, ale zamieni się ona w reprezentację plemienia. Na
tym zresztą polegała dawna demokracja: w Atenach też nie chodziło o pluralizm idei. I
dziś znaleźć można w Afryce ludy, w których panują zasady demokratyczne - ale są
one wyrazem plemienności. Nie sądzę, by trzeba było wprowadzać demokrację do krajów,
którym jest ona obca. Trzeba dbać, by nie dochodziło w nich do ludzkiej krzywdy,
perswadować, ale do niczego nie przymuszać. A już na pewno nie za pomocą wojny.
- W "Eseju o człowieku późnej nowoczesności" pisze Pani o konieczności
znalezienia równowagi między eksperymentem a doświadczeniem. I o tym, że obecnie ta równowaga
jest zachwiana, bo eksperyment bierze górę. Dowodów dostarcza np. współczesna
genetyka. Ale jednocześnie żadna chyba epoka nie starała się tak bardzo wyciągać
wniosków z historii, jak nasza. Mówi się o pracy nad zbiorową pamięcią.
- Zauważmy jednak, że pamięć zastąpiła historię; to, co subiektywne, zaczyna
dominować nad dążeniem do prawdy obiektywnej. "Praca nad pamięcią" może
nabierać sensu wyłącznie ideologicznego. A relacje między eksperymentem a doświadczeniem?
Eksperyment pcha do przodu, jest marzeniem o postępie. Doświadczenie uwalnia wpisane w
każdego człowieka skrupuły, przypominając, że nie wolno wszystkiego. Dzięki równowadze
między jednym a drugim człowiek rozwija się tak, jak powinien.
- Proponowany przez Panią powrót do podmiotowości zakłada aktywność, tymczasem społeczeństwa
współczesne są bierne, pozostawiają większość decyzji instytucjom.
- Jeśli szybko się nie uaktywnimy, będziemy coraz bardziej upodabniać się do
skolektywizowanych społeczeństw azjatyckich. Europejczycy to wspólnoty pojedynczych
podmiotów, które dyskutują między sobą, budują poglądy w starciach. Oczywiście nie
każdy jest Sokratesem, Sołżenicynem, Tischnerem. Ale takie postaci stanowią pewien
model europejskiego zachowania. Z drugiej strony modele objawiają się w sytuacjach
szczególnych. Tymczasem społeczeństwa Zachodu od kilkudziesięciu lat żyją w poczuciu
bezpieczeństwa i względnej beztroski, a narastający kryzys rozwija się zbyt powoli, by
go zauważyć.
Kościoły i współczesność
- A czy Kościoły mogą pomóc w odnalezieniu zagubionego podmiotu?
- Trzeba, żeby Kościoły zaadaptowały się do wymagań współczesności, zachowując
esencję i rezygnując z tego, co mniej ważne. Bo człowiek nie zastanawia się dziś nad
poszczególnymi dogmatami, ale nad tym, czym różni się od zwierzęcia. Kto wie, czy w
najbliższym stuleciu najważniejszej roli nie spełnią energiczne Kościoły
protestanckie, najbliższe duchowi współczesnego indywidualizmu? Kościół katolicki
musi się zmienić albo stanie się maleńką, niewiele znaczącą w świecie i nieużyteczną
duchowo niszą. Tymczasem zamiast stanąć wobec wyzwań stawianych przez zlaicyzowane,
zindywidualizowane społeczeństwa Zachodu, katolicyzm odwraca się od nich, kierując całą
uwagę na Południe i szukając nowych wiernych w plemiennych jeszcze społecznościach
afrykańskich.
Kościół powinien wskazywać kierunek, ale nie decydować. Struktura tej instytucji
rodziła się w czasach Cesarstwa Rzymskiego i wzorowana była na jego nieprawdopodobnie
rozbudowanej biurokracji. Konsekwencje widoczne są do dzisiaj. Tyle tylko, że ta
zhierarchizowana, mało mobilna struktura jest już kompletnie nieadekwatna do współczesności.
- Ale może to ona właśnie chroni dziś np. przed religijnym synkretyzmem?
- Oczywiście mamy dziś z nim do czynienia, przede wszystkim dlatego, że Europejczycy
zwrócili się wyraźnie w kierunku wartości azjatyckich. Wiele dzieci wychowanych w
rodzinach chrześcijańskich wierzy np. w reinkarnację. Takie religijne puzzle są
niebezpieczne, ale hierarchie wcale nie chronią przed tym zagrożeniem. Chroni natomiast
indywidualizm podmiotu, który każe samodzielnie wybierać między wartościami.
Źródła nadziei
- Dlaczego Francuzi demonstrowali przeciwko wojnie w Iraku?
- Gdyby nie było ataku na World Trade Center, także byłabym przeciwko tej wojnie. Ale
przecież to nie Amerykanie ją wywołali.
W Europie Zachodniej są trzy kraje, które wyraźnie różnią się od innych: Francja,
Niemcy i Walonia (nie Belgia, ale właśnie Walonia). Są to kraje naznaczone przez
obydwie wojny światowe, dziś jednak dorasta tu trzecie pokolenie ludzi nie znających
ani wojny, ani depresji ekonomicznej. Wydaje im się, że możliwy jest świat bez wojen.
Stracili poczucie realizmu. W przypadku Francji nakłada się na to jeszcze
antyamerykanizm: Francja, chcąc nadal pełnić rolę państwa-modelu, widzi w USA
konkurenta. Równocześnie jest krajem, który uważa, że za pomocą prawa można budować
pokój uniwersalny. To ważna współczesna ideologia. Nie sądzę jednak, by Francja,
Niemcy czy Belgia mogły w najbliższym czasie prowadzić do czegokolwiek konstruktywnego
w skali globalnej. Kto wie, czy prawdziwymi Europejczykami nie są dziś Amerykanie -
nieokrzesani, trochę dzicy, po prostu: młodsi od nas? Oni nie stracili poczucia
patriotyzmu, odpowiedzialności, obowiązku. Wiedzą, że pokój uniwersalny nie istnieje,
trzeba zaakceptować fakt, iż gdzieś istnieje nieprzyjaciel, i jeśli się on
zdeklaruje, czasem trzeba reagować. Tak myślą zresztą nie tylko Amerykanie, ale także
Anglicy, Portugalczycy, Hiszpanie, Włosi, wreszcie - mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej.
- Zdumiało mnie, że źródeł nadziei dla późnej nowoczesności szuka Pani w
literaturze dysydenckiej dawnego Bloku Wschodniego. W krajach postkomunistycznych widać
dziś o wiele mniej nadziei niż w 1989 roku.
- Mój dostęp do tych tekstów ze względów językowych jest dość ograniczony. Znam
dobrze tłumaczonego na język francuski Patočkę, znam Tischnera, Miłosza. Takich książek
nie ma już od dawna na Zachodzie. Przypominają to, co wydawano we Francji lub w
Niemczech w okresie międzywojennym i tużpowojennym. Można mówić o Tischnerze jak o
Jaspersie albo o Marcelu czy Levinasie. Ten sposób myślenia, nie zaś dominujący
obecnie postmodernizm, stanowi o przyszłości. A kraje Europy Środkowo-Wschodniej, mam
nadzieję, wejdą już niedługo do Unii Europejskiej.
- W jaki sposób rozszerzenie Unii może zmienić jej charakter?
- Dzisiejsza Unia nie przypomina projektów Denisa de Rougemonta czy Roberta Schumana.
Jacques Delors rozpoczął na początku lat 90. proces jej upodabniania do Republiki
Francuskiej. Postępująca centralizacja sprawiła, że Unia stała się rodzajem
kierowanego przez biurokrację "oświeconego despotyzmu". Ten system trzeba
zmienić, zastępując go federacją. Może się do tego przyczynić przyjęcie nowych państw.
Nie bardzo sobie np. wyobrażam, aby Polska, Węgry czy Czechy chciały zmienić swą
politykę wobec Rosji ze względu na interesy Francji czy Niemiec. A taka postawa w sposób
naturalny "decentralizuje". To moja nadzieja. Jak więc Pani widzi, nie jestem
chyba absolutną pesymistką.
|