|
Najsilniejsza w tym miejscu nie jest świadomość wojny, lecz klaustrofobia
Kazania księdza Musallama
Marek Zając z Gazy (Autonomia Palestyńska)
Arabska nazwa Gazy znaczy skarb albo nagrodę. Ale Strefa Gazy dziś to pasek lądu, długi
na 40 i szeroki na kilka kilometrów, wciśnięty między Morze Śródziemne, Synaj i
pustynię Negew, otoczony zasiekami i posterunkami armii izraelskiej, chroniącej Izrael
przed planowanymi tu zamachami. Gaza - to także ponad milion ludzi, 3 tys. osób na
kilometrze kwadratowym.
Powietrze wibruje monotonnym dźwiękiem. Niebo jest zachmurzone, ale natrętne bzyczenie
zdradza bezzałogowy samolot, od rana krążący nad miastem. Nie ma powodów do strachu;
te maszyny tylko patrolują miejsca, do których nie zapuszczają się żołnierze.
Palestyńczycy obawiają się helikopterów, słynnych "Apaczy"; konstrukcja z
1983 r. sprawdza się na gorącym i pustynnym Bliskim Wschodzie. Palestyńczycy znają ich
taktykę: gdy słychać, jak łopaty wirnika jednostajne przecinają powietrze, można
odetchnąć z ulgą, helikoptery przelecą nad dachami, a potem zawrócą na lotniska.
Gorzej, gdy pojawią się niepostrzeżenie, zawisając nad morzem: wtedy pewnie wystrzelą
rakiety, zginie odpowiedzialny za śmierć niewinnych lider Hamasu albo Brygad Męczenników
Al-Aksa, a czasem także przypadkowi przechodnie. Władze izraelskie powiedzą, że
terroryści celowo ukrywają się wśród cywilów.
Podobnie jest z izraelską armią. Gdy w ramach represji za zamachy wkracza do Gazy, wita
ją grad kamieni, a w obozach uchodźców każda ulica zamienia się w bastion. Mieszkańcy
mają czas, by uciec. Zmorą są natomiast snajperzy: niewidzialni, z chirurgiczną
precyzją trafiają w skroń albo szyję. Palestyńczycy opowiadają o nich wiele
historii: jak zastrzelili bawiącego się piłką chłopca albo starca; jak strzelali do
kobiety w ciąży. Izraelska prasa też często pisze o snajperach: że znów zastrzelili
terrorystę, który próbował przemknąć do osiedli żydowskich w Gazie; że bez nich
Izraelczycy nie byliby bezpieczni.
Trzecim, po helikopterach i snajperach, "jeźdźcem Apokalipsy" są buldożery:
- Teraz pierwszy idzie buldożer - opowiadają Palestyńczycy. Kiedyś żołnierze
przychodzili dzień wcześniej i ostrzegali, że dom rodziny zamachowca zostanie zburzony.
Można było wynieść meble i pamiątki. Teraz buldożery nadjeżdżają znienacka, pod
gruzami grzebiąc dorobek pokoleń. Izrael tłumaczy, że musi sięgać po drastyczne
metody, by zwalczać terror.
Ale największą plagą Gazy nie jest wojna, lecz klaustrofobia, na masową skalę.
Skarb i dom
Charakterystyczne dla arabskiej ulicy zgiełk i kurz zatrzymują się na wysokim na kilka
metrów, grubym murze kwatery ONZ-
-owskiej Agencji ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie
(UNRWA). Wewnątrz, za murem, jest inny świat: zieleń trawników, śnieżnobiałe
samochody z literami "UN"; budynki też białe, ale z dyskretnymi detalami w błękitnym
kolorze ONZ; przestronne, klimatyzowane pokoje.
A na zewnątrz jest Strefa Gazy: pasek lądu, długi na 40 kilometrów, miejscami szeroki
na sześć; wciśnięty między Morze Śródziemne, Synaj i pustynię Negew, otoczony
murem i zasiekami. Jak na ironię, arabska nazwa Gazy oznacza skarb albo nagrodę. Kiedyś
miasto było ważnym punktem na szlaku karawan i bogatym portem. Dziś na 360 kilometrach
kwadratowych gnieździ się 1,2 miliona ludzi, w tym ponad 870 tys. palestyńskich uchodźców,
ponad połowa upchnięta w ośmiu obozach.
Przerażająca gęstość zaludnienia: 3300 ludzi na kilometr kwadratowy. Ale
rozmieszczenie mieszkańców nie jest równomierne: ponad jedną czwartą Strefy zajmują
żydowscy osadnicy, którzy przybyli tam w latach 70. Dziś jest ich pięć tysięcy; część
pracuje w Gazie, ale mieszka w Izraelu. Tymczasem w drugim co do wielkości obozie dla
uchodźców, w Rafah, aż 90 tys. ludzi mieszka na przestrzeni 0,8 kilometra kwadratowego.
Większość Palestyńczyków nie ma prawa wyjeżdżać ze Strefy: wiedzą, że do końca
życia być może nie opuszczą miejsca, w którym się urodzili. Nieliczni mogą
przekroczyć granicę egipską w Rafah, skąd pod nadzorem przewozi się ich na lotnisko w
Kairze. Nawet poruszanie się po Strefie jest ograniczone: wiele dróg jest pod kontrolą
izraelskiego wojska i często Palestyńczycy z miasta Gaza tygodniami nie mogą odwiedzać
krewnych w podmiejskich miejscowościach odległych o kilka kilometrów.
W Strefie bezrobocie sięga 60 proc. Kiedyś do pracy w Izraelu jeździło 80 tys. palestyńskich
robotników. Po pierwszej intifadzie, w latach 80., ich liczba spadła do 40 tys. Teraz -
tylko 10 tys. Najgorzej jest w obozach: 70 proc. rodzin ma tam dochód w wysokości dwóch
dolarów na dzień na osobę. 80 tys. ludzi dostaje od ONZ mąkę, ryż, olej i raz na
kwartał 40 szekli (trzydzieści kilka złotych). Od wybuchu drugiej intifady we wrześniu
2000 r. doraźną pomocą trzeba było objąć prawie 600 tys. ludzi: - Bez naszej pomocy
nie byliby w stanie przeżyć - mówi Isa Qarra z UNRWA.
Także dlatego to UNRWA jest w Strefie - po administracji Autonomii Palestyńskiej - największym
pracodawcą: zatrudnia prawie osiem tysięcy Palestyńczyków. Stara się też znajdować
bezrobotnym doraźne prace, np. odbudowując burzone domy.
ONZ prowadzi też w Gazie 174 szkoły i kilkanaście punktów medycznych. W 1960 r. na
tysiąc noworodków umierało tu 180, dziś - tylko (aż?) 30.
Dopóki nie będzie pokoju, na zmianę położenia nie ma co liczyć: - Gdyby skończyły
się rajdy izraelskiej armii i udałoby się otworzyć granicę, byłoby lepiej - te słowa
Isa wypowiada bez wiary.
"Chrystus terrorystą?"
Od białych ścian kościoła Świętej Rodziny echem odbijają się słowa odmawianego po
arabsku różańca. Na niedzielną Mszę do niewielkiej świątyni w centrum Gazy przyszło
kilkudziesięciu chrześcijan. Ksiądz Manuel Musallam z trudem porusza się po stopniach
ołtarza: ma chore nogi, cierpi na nadwagę.
Wsparty na ambonie, rozpoczyna kazanie. Mówi powoli, z namysłem, zmęczony. Wyraźnie
oddziela zdania, raz po raz spogląda do notatek. Ale z czasem kazanie nabiera tempa. Ksiądz
mówi szybciej, gestykuluje, podnosi palec ku górze albo wskazuje wyimaginowanego rozmówcę.
Zbliża się i oddala od ambony. Wodzi wzrokiem po zgromadzonych, zadaje pytania i głośno
powtarza padające z naw odpowiedzi. Nie zagląda do kartki, improwizuje. Śmieje się
ironicznie, a po chwili w jego głosie brzmi troska, która zamienia się znów w śmiertelną
powagę. W kulminacyjnym momencie uderza kantem dłoni w egzemplarz Ewangelii.
Koniec kazania; wyczerpany ks. Musallam zapada w fotel. Znowu jest zmęczonym, chorym człowiekiem.
Po Mszy ruszy o lasce do biura parafialnego, a zarazem biura jednej z najlepszych
prywatnych szkół w Gazie, prowadzonej przez Patriarchat Łaciński. Podobnie jak podczas
kazania - w którym apelował do wiernych, by konflikt w Iraku nie przerodził się w wojnę
religii - na początku rozmowy mówi powoli, bez emocji cedząc zdania: - Chrześcijan
jest w Gazie trzy i pół tysiąca - zaznacza. - Ale liczby nie są ważne, chodzi o
obecność.
Katolicy i prawosławni prowadzą tu cztery szkoły. Zasadą jest, by dzieci traktowane były
w nich jednakowo, bez względu na religię: - By czuły się kochane - precyzuje ksiądz
i, nie pytany, przechodzi do polityki.
Jest Palestyńczykiem, ma zakaz opuszczania Gazy: - Wy, przybysze z Zachodu, tłumaczycie
nam, że trzeba nadstawiać drugi policzek - dowodzi. - Racja, tak mówi Ewangelia. W 1948
r. nadstawiliśmy pierwszy policzek i straciliśmy 70 proc. naszej ziemi. W 1967 r.
nadstawiliśmy drugi i straciliśmy wszystko. Co teraz? Przecież jesteśmy tylko ludźmi,
nie mamy trzeciego policzka - śmieje się sarkastycznie.
Gdy rozmowa schodzi na terroryzm, ksiądz nie kryje wzburzenia. Pada seria retorycznych
pytań, w kaznodziejskim stylu: - Kto jest terrorystą? Drzewa oliwkowe, które rosną tu
od czasów Jezusa, i które celowo niszczą izraelscy żołnierze? Domy, które burzą?
Dzieci, do których strzelają? Kiedyś, by zabić członka Hamasu, ostrzelali szpital.
Rakiety uszkodziły protestancką kaplicę. Może Chrystus też jest terrorystą?
Ks. Musallam, jak większość Palestyńczyków, uważa zamachy za akt samoobrony, za
odpowiedź na "terroryzm państwowy" Izraela: - Uchodźcy z obozów, choćby w Dżeninie,
byli kiedyś rolnikami, nie wiedzieli, jak posługiwać się bronią. Teraz walczą w
szeregach Hamasu albo Fatahu. Czemu Izraelczycy nie postawią sobie pytania, dlaczego ci
rolnicy zamienili się w "terrorystów"?
Ale czy wysadzanie autobusów można pogodzić z etosem chrześcijańskim? - A czemu nie?
- ksiądz wzrusza ramionami. - Telewizja pokazała, jak amerykańscy żołnierze modlą się
w Iraku. Wielu z nich zabiera Ewangelię na front. Ja nigdy nie wezmę karabinu do rąk,
nigdy nie będę zabijać Izraelczyków. Ale będę wołać o sprawiedliwość.
Ks. Musallam dodaje, że Palestyńczycy nie boją się umierać, a Izraelczycy żyją w
strachu: - Strach jest karą za popełnione zbrodnie - tłumaczy. Ale jest w błędzie:
problem polega na tym, że i Palestyńczycy, i Izraelczycy przestali bać się zabijać.
Ksiądz kończy, jakby zapada w sen. Znowu jest zmęczonym, chorym człowiekiem.
Trzy do jednego...
W zwykły dzień w Gazie trudno przekrzyczeć hałas tysięcy klaksonów. Ale dziś jest
piątek, dzień modlitw: ulice są puste, słychać tylko zlewające się w jedną całość
kazania z głośników, zainstalowanych przy meczetach. W centrum Gazy, przed białą bryłą
Pomnika Nieznanego Żołnierza stoi jeszcze "namiot solidarności z narodem
irackim": w drugi dzień wojny zbudowały go wszystkie ugrupowania palestyńskie, od
Hamasu po Fatah. Nad namiotem transparent: "Irakijczycy i Palestyńczycy wspólnie na
pierwszej linii obrony". Kilka dni później, po samobójczym ataku na amerykańskich
żołnierzy, prawicowy izraelski dziennik "The Jerusalem Post" zamieści
redakcyjny komentarz pod tytułem: "Jeden wróg, jedna wojna".
Tarek, wykładowca arabskiego uniwersytetu Al-Quds, wrócił z meczetu i siada na ławce w
słońcu, obok namiotu. Należy w Gazie do wyjątków: nie umie posługiwać się
karabinem, nie sympatyzuje z Hamasem. Wykształcony w Katowicach doktor prawa, miał w
Polsce dobrą pracę, dom, żonę i dziecko. Ale, jak mówi, jest patriotą, chciał
mieszkać w Gazie. Tak robi wielu: rzucają pracę w Kuwejcie, Jordanii i wracają do
Strefy, klatki nad Morzem Śródziemnym. Jednak dla nich ta klatka jest domem.
- Śmiać mi się chce, gdy w polskiej telewizji słucham relacji z Bliskiego Wschodu -
mówi Tarek. - Dziennikarz informuje: "Dwóch terrorystów z Hamasu zastrzeliło na
Terytoriach Okupowanych izraelskiego żołnierza". Przecież zestawianie pojęć
"okupacja" i "terroryzm" jest absurdem. Czy wasi żołnierze z ruchu
oporu z okresu II wojny światowej byli terrorystami?
-
Argument, że Armia Krajowa nie mordowała niewinnych cywili, nie przemawia do Tareka: -
Żydzi też mordują nasze kobiety i dzieci. Czy kiedykolwiek izraelskiego żołnierza
skazano za zastrzelenie palestyńskiego dziecka?
Bilans 30 miesięcy drugiej intifady to ponad 700 zabitych Izraelczyków i 2500 Palestyńczyków,
fiasko negocjacji, katastrofalna sytuacja humanitarna na Zachodnim Brzegu i w Gazie,
ekonomiczna zapaść w Izraelu. Jaki sens ma wojna, której żadna ze stron nie wygra? -
Jesteśmy dumni z jej wyniku - tłumaczy pewien Palestyńczyk. - Żydzi mają czołgi i
helikoptery, nas nie stać na kule do kałasznikowów, jedna kosztuje w Gazie sześć
szekli. A udało się nam zabić tylu Żydów! Czy klub piłkarski z ligi okręgowej nie
może być dumny, gdy przegra z Manchesterem trzy do jednego?
Zdani na siebie?
W domach, sklepach i restauracjach Gazy na okrągło leci katarska telewizja Al-Dżazira.
Zachód i Palestyna widziały dwie różne wojny w Iraku: Amerykanie i Europejczycy oglądali
myśliwce startujące z lśniących pokładów lotniskowców, kolumny czołgów,
Irakijczyków bijących się o rozdawaną żywność. Palestyński widz patrzył na zalane
krwią dzieci, zawodzące matki. Al-Dżazira pokazywała jako "przerywnik" ujęcie,
jak lekarze zszywają poszarpane ramię, bez znieczulenia.
Pięćdziesięciokilkuletni Fayiz, urzędnik bankowy (w kamizelce i pod gustownym
krawatem) też ogląda Al-Dżazirę. Jego rodzice mieszkali niedaleko Rishon LeZion (dosłownie:
"Pierwszy w Syjonie"), pierwszej osady żydowskiej w Palestynie, założonej w
1882 r. Wojna 1948 roku zmusiła rodzinę do ucieczki do Gazy.
Fayiz wyjechał na wiele lat do Kuwejtu; był też krótko w Jordanii, ale postanowił wrócić
do Strefy. Wierzy, że wkrótce powstanie niepodległe państwo palestyńskie. Choć, jak
niemal wszyscy Palestyńczycy, był zadowolony z irackiego oporu w pierwszych dniach wojny
i sądził, że w Bagdadzie czeka Amerykanów masakra, jednocześnie bezgranicznie wierzy
w możliwości USA: - Gdyby Amerykanie zechcieli, wolna Palestyna powstałaby w dwa miesiące
- Fayiz pstryka palcami, tak łatwo USA mogłyby spełnić marzenie Palestyńczyków.
Jego zdaniem kwestię palestyńskich uchodźców, czyli problem dotyczący także jego
samego, można łatwo rozwiązać: - Rozumiemy, że Żydów nie można wrzucić do morza i
powrót wszystkich uchodźców jest niemożliwy - mówi dosyć płynną angielszczyzną. -
Teraz Gaza jest moim domem. Starczyłoby, żeby powstała niepodległa Palestyna. Tak myśli
wielu Palestyńczyków, rozsianych po Bliskim Wschodzie. No, może poza uchodźcami w
Libanie, ci żyją w naprawdę trudnych warunkach i chcą wracać.
Ale okazuje się, że powstanie suwerennej Palestyny to nie wszystko: - Izrael musi wypłacić
uchodźcom odszkodowania, oni stracili domy i ziemię - dodaje Fayiz. - I pozwolić na połączenie
z rodzinami, którym udało się pozostać w Izraelu.
Jak miałoby funkcjonować państwo palestyńskie, złożone ze Strefy Gazy i Zachodniego
Brzegu, przeciętych terytorium Izraela? Fayiz i tu nie widzi problemu: - Musi je połączyć
eksterytorialny korytarz, pod nadzorem ONZ. Zresztą nie ukrywajmy: wolna Palestyna nie może
istnieć bez ekonomicznego wsparcia ze strony Izraela, musi zawiązać się jakaś unia
celna i gospodarcza. Nie poradzimy sobie bez Żydów, a Żydzi nie poradzą sobie bez nas.
|