adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 18 (2808)
4 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Najsilniejsza w tym miejscu nie jest świadomość wojny, lecz klaustrofobia


Kazania księdza Musallama

Marek Zając z Gazy (Autonomia Palestyńska)


Arabska nazwa Gazy znaczy skarb albo nagrodę. Ale Strefa Gazy dziś to pasek lądu, długi na 40 i szeroki na kilka kilometrów, wciśnięty między Morze Śródziemne, Synaj i pustynię Negew, otoczony zasiekami i posterunkami armii izraelskiej, chroniącej Izrael przed planowanymi tu zamachami. Gaza - to także ponad milion ludzi, 3 tys. osób na kilometrze kwadratowym.

Powietrze wibruje monotonnym dźwiękiem. Niebo jest zachmurzone, ale natrętne bzyczenie zdradza bezzałogowy samolot, od rana krążący nad miastem. Nie ma powodów do strachu; te maszyny tylko patrolują miejsca, do których nie zapuszczają się żołnierze. Palestyńczycy obawiają się helikopterów, słynnych "Apaczy"; konstrukcja z 1983 r. sprawdza się na gorącym i pustynnym Bliskim Wschodzie. Palestyńczycy znają ich taktykę: gdy słychać, jak łopaty wirnika jednostajne przecinają powietrze, można odetchnąć z ulgą, helikoptery przelecą nad dachami, a potem zawrócą na lotniska. Gorzej, gdy pojawią się niepostrzeżenie, zawisając nad morzem: wtedy pewnie wystrzelą rakiety, zginie odpowiedzialny za śmierć niewinnych lider Hamasu albo Brygad Męczenników Al-Aksa, a czasem także przypadkowi przechodnie. Władze izraelskie powiedzą, że terroryści celowo ukrywają się wśród cywilów.

Podobnie jest z izraelską armią. Gdy w ramach represji za zamachy wkracza do Gazy, wita ją grad kamieni, a w obozach uchodźców każda ulica zamienia się w bastion. Mieszkańcy mają czas, by uciec. Zmorą są natomiast snajperzy: niewidzialni, z chirurgiczną precyzją trafiają w skroń albo szyję. Palestyńczycy opowiadają o nich wiele historii: jak zastrzelili bawiącego się piłką chłopca albo starca; jak strzelali do kobiety w ciąży. Izraelska prasa też często pisze o snajperach: że znów zastrzelili terrorystę, który próbował przemknąć do osiedli żydowskich w Gazie; że bez nich Izraelczycy nie byliby bezpieczni.

Trzecim, po helikopterach i snajperach, "jeźdźcem Apokalipsy" są buldożery: - Teraz pierwszy idzie buldożer - opowiadają Palestyńczycy. Kiedyś żołnierze przychodzili dzień wcześniej i ostrzegali, że dom rodziny zamachowca zostanie zburzony. Można było wynieść meble i pamiątki. Teraz buldożery nadjeżdżają znienacka, pod gruzami grzebiąc dorobek pokoleń. Izrael tłumaczy, że musi sięgać po drastyczne metody, by zwalczać terror.

Ale największą plagą Gazy nie jest wojna, lecz klaustrofobia, na masową skalę.


Skarb i dom

Charakterystyczne dla arabskiej ulicy zgiełk i kurz zatrzymują się na wysokim na kilka metrów, grubym murze kwatery ONZ-

-owskiej Agencji ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie

(UNRWA). Wewnątrz, za murem, jest inny świat: zieleń trawników, śnieżnobiałe samochody z literami "UN"; budynki też białe, ale z dyskretnymi detalami w błękitnym kolorze ONZ; przestronne, klimatyzowane pokoje.

A na zewnątrz jest Strefa Gazy: pasek lądu, długi na 40 kilometrów, miejscami szeroki na sześć; wciśnięty między Morze Śródziemne, Synaj i pustynię Negew, otoczony murem i zasiekami. Jak na ironię, arabska nazwa Gazy oznacza skarb albo nagrodę. Kiedyś miasto było ważnym punktem na szlaku karawan i bogatym portem. Dziś na 360 kilometrach kwadratowych gnieździ się 1,2 miliona ludzi, w tym ponad 870 tys. palestyńskich uchodźców, ponad połowa upchnięta w ośmiu obozach.

Przerażająca gęstość zaludnienia: 3300 ludzi na kilometr kwadratowy. Ale rozmieszczenie mieszkańców nie jest równomierne: ponad jedną czwartą Strefy zajmują żydowscy osadnicy, którzy przybyli tam w latach 70. Dziś jest ich pięć tysięcy; część pracuje w Gazie, ale mieszka w Izraelu. Tymczasem w drugim co do wielkości obozie dla uchodźców, w Rafah, aż 90 tys. ludzi mieszka na przestrzeni 0,8 kilometra kwadratowego.

Większość Palestyńczyków nie ma prawa wyjeżdżać ze Strefy: wiedzą, że do końca życia być może nie opuszczą miejsca, w którym się urodzili. Nieliczni mogą przekroczyć granicę egipską w Rafah, skąd pod nadzorem przewozi się ich na lotnisko w Kairze. Nawet poruszanie się po Strefie jest ograniczone: wiele dróg jest pod kontrolą izraelskiego wojska i często Palestyńczycy z miasta Gaza tygodniami nie mogą odwiedzać krewnych w podmiejskich miejscowościach odległych o kilka kilometrów.

W Strefie bezrobocie sięga 60 proc. Kiedyś do pracy w Izraelu jeździło 80 tys. palestyńskich robotników. Po pierwszej intifadzie, w latach 80., ich liczba spadła do 40 tys. Teraz - tylko 10 tys. Najgorzej jest w obozach: 70 proc. rodzin ma tam dochód w wysokości dwóch dolarów na dzień na osobę. 80 tys. ludzi dostaje od ONZ mąkę, ryż, olej i raz na kwartał 40 szekli (trzydzieści kilka złotych). Od wybuchu drugiej intifady we wrześniu 2000 r. doraźną pomocą trzeba było objąć prawie 600 tys. ludzi: - Bez naszej pomocy nie byliby w stanie przeżyć - mówi Isa Qarra z UNRWA.

Także dlatego to UNRWA jest w Strefie - po administracji Autonomii Palestyńskiej - największym pracodawcą: zatrudnia prawie osiem tysięcy Palestyńczyków. Stara się też znajdować bezrobotnym doraźne prace, np. odbudowując burzone domy.

ONZ prowadzi też w Gazie 174 szkoły i kilkanaście punktów medycznych. W 1960 r. na tysiąc noworodków umierało tu 180, dziś - tylko (aż?) 30.

Dopóki nie będzie pokoju, na zmianę położenia nie ma co liczyć: - Gdyby skończyły się rajdy izraelskiej armii i udałoby się otworzyć granicę, byłoby lepiej - te słowa Isa wypowiada bez wiary.


"Chrystus terrorystą?"

Od białych ścian kościoła Świętej Rodziny echem odbijają się słowa odmawianego po arabsku różańca. Na niedzielną Mszę do niewielkiej świątyni w centrum Gazy przyszło kilkudziesięciu chrześcijan. Ksiądz Manuel Musallam z trudem porusza się po stopniach ołtarza: ma chore nogi, cierpi na nadwagę.

Wsparty na ambonie, rozpoczyna kazanie. Mówi powoli, z namysłem, zmęczony. Wyraźnie oddziela zdania, raz po raz spogląda do notatek. Ale z czasem kazanie nabiera tempa. Ksiądz mówi szybciej, gestykuluje, podnosi palec ku górze albo wskazuje wyimaginowanego rozmówcę. Zbliża się i oddala od ambony. Wodzi wzrokiem po zgromadzonych, zadaje pytania i głośno powtarza padające z naw odpowiedzi. Nie zagląda do kartki, improwizuje. Śmieje się ironicznie, a po chwili w jego głosie brzmi troska, która zamienia się znów w śmiertelną powagę. W kulminacyjnym momencie uderza kantem dłoni w egzemplarz Ewangelii.

Koniec kazania; wyczerpany ks. Musallam zapada w fotel. Znowu jest zmęczonym, chorym człowiekiem. Po Mszy ruszy o lasce do biura parafialnego, a zarazem biura jednej z najlepszych prywatnych szkół w Gazie, prowadzonej przez Patriarchat Łaciński. Podobnie jak podczas kazania - w którym apelował do wiernych, by konflikt w Iraku nie przerodził się w wojnę religii - na początku rozmowy mówi powoli, bez emocji cedząc zdania: - Chrześcijan jest w Gazie trzy i pół tysiąca - zaznacza. - Ale liczby nie są ważne, chodzi o obecność.

Katolicy i prawosławni prowadzą tu cztery szkoły. Zasadą jest, by dzieci traktowane były w nich jednakowo, bez względu na religię: - By czuły się kochane - precyzuje ksiądz i, nie pytany, przechodzi do polityki.

Jest Palestyńczykiem, ma zakaz opuszczania Gazy: - Wy, przybysze z Zachodu, tłumaczycie nam, że trzeba nadstawiać drugi policzek - dowodzi. - Racja, tak mówi Ewangelia. W 1948 r. nadstawiliśmy pierwszy policzek i straciliśmy 70 proc. naszej ziemi. W 1967 r. nadstawiliśmy drugi i straciliśmy wszystko. Co teraz? Przecież jesteśmy tylko ludźmi, nie mamy trzeciego policzka - śmieje się sarkastycznie.

Gdy rozmowa schodzi na terroryzm, ksiądz nie kryje wzburzenia. Pada seria retorycznych pytań, w kaznodziejskim stylu: - Kto jest terrorystą? Drzewa oliwkowe, które rosną tu od czasów Jezusa, i które celowo niszczą izraelscy żołnierze? Domy, które burzą? Dzieci, do których strzelają? Kiedyś, by zabić członka Hamasu, ostrzelali szpital. Rakiety uszkodziły protestancką kaplicę. Może Chrystus też jest terrorystą?

Ks. Musallam, jak większość Palestyńczyków, uważa zamachy za akt samoobrony, za odpowiedź na "terroryzm państwowy" Izraela: - Uchodźcy z obozów, choćby w Dżeninie, byli kiedyś rolnikami, nie wiedzieli, jak posługiwać się bronią. Teraz walczą w szeregach Hamasu albo Fatahu. Czemu Izraelczycy nie postawią sobie pytania, dlaczego ci rolnicy zamienili się w "terrorystów"?

Ale czy wysadzanie autobusów można pogodzić z etosem chrześcijańskim? - A czemu nie? - ksiądz wzrusza ramionami. - Telewizja pokazała, jak amerykańscy żołnierze modlą się w Iraku. Wielu z nich zabiera Ewangelię na front. Ja nigdy nie wezmę karabinu do rąk, nigdy nie będę zabijać Izraelczyków. Ale będę wołać o sprawiedliwość.

Ks. Musallam dodaje, że Palestyńczycy nie boją się umierać, a Izraelczycy żyją w strachu: - Strach jest karą za popełnione zbrodnie - tłumaczy. Ale jest w błędzie: problem polega na tym, że i Palestyńczycy, i Izraelczycy przestali bać się zabijać.

Ksiądz kończy, jakby zapada w sen. Znowu jest zmęczonym, chorym człowiekiem.
Trzy do jednego...

W zwykły dzień w Gazie trudno przekrzyczeć hałas tysięcy klaksonów. Ale dziś jest piątek, dzień modlitw: ulice są puste, słychać tylko zlewające się w jedną całość kazania z głośników, zainstalowanych przy meczetach. W centrum Gazy, przed białą bryłą Pomnika Nieznanego Żołnierza stoi jeszcze "namiot solidarności z narodem irackim": w drugi dzień wojny zbudowały go wszystkie ugrupowania palestyńskie, od Hamasu po Fatah. Nad namiotem transparent: "Irakijczycy i Palestyńczycy wspólnie na pierwszej linii obrony". Kilka dni później, po samobójczym ataku na amerykańskich żołnierzy, prawicowy izraelski dziennik "The Jerusalem Post" zamieści redakcyjny komentarz pod tytułem: "Jeden wróg, jedna wojna".

Tarek, wykładowca arabskiego uniwersytetu Al-Quds, wrócił z meczetu i siada na ławce w słońcu, obok namiotu. Należy w Gazie do wyjątków: nie umie posługiwać się karabinem, nie sympatyzuje z Hamasem. Wykształcony w Katowicach doktor prawa, miał w Polsce dobrą pracę, dom, żonę i dziecko. Ale, jak mówi, jest patriotą, chciał mieszkać w Gazie. Tak robi wielu: rzucają pracę w Kuwejcie, Jordanii i wracają do Strefy, klatki nad Morzem Śródziemnym. Jednak dla nich ta klatka jest domem.

- Śmiać mi się chce, gdy w polskiej telewizji słucham relacji z Bliskiego Wschodu - mówi Tarek. - Dziennikarz informuje: "Dwóch terrorystów z Hamasu zastrzeliło na Terytoriach Okupowanych izraelskiego żołnierza". Przecież zestawianie pojęć "okupacja" i "terroryzm" jest absurdem. Czy wasi żołnierze z ruchu oporu z okresu II wojny światowej byli terrorystami?
-
Argument, że Armia Krajowa nie mordowała niewinnych cywili, nie przemawia do Tareka: - Żydzi też mordują nasze kobiety i dzieci. Czy kiedykolwiek izraelskiego żołnierza skazano za zastrzelenie palestyńskiego dziecka?

Bilans 30 miesięcy drugiej intifady to ponad 700 zabitych Izraelczyków i 2500 Palestyńczyków, fiasko negocjacji, katastrofalna sytuacja humanitarna na Zachodnim Brzegu i w Gazie, ekonomiczna zapaść w Izraelu. Jaki sens ma wojna, której żadna ze stron nie wygra? - Jesteśmy dumni z jej wyniku - tłumaczy pewien Palestyńczyk. - Żydzi mają czołgi i helikoptery, nas nie stać na kule do kałasznikowów, jedna kosztuje w Gazie sześć szekli. A udało się nam zabić tylu Żydów! Czy klub piłkarski z ligi okręgowej nie może być dumny, gdy przegra z Manchesterem trzy do jednego?


Zdani na siebie?

W domach, sklepach i restauracjach Gazy na okrągło leci katarska telewizja Al-Dżazira. Zachód i Palestyna widziały dwie różne wojny w Iraku: Amerykanie i Europejczycy oglądali myśliwce startujące z lśniących pokładów lotniskowców, kolumny czołgów, Irakijczyków bijących się o rozdawaną żywność. Palestyński widz patrzył na zalane krwią dzieci, zawodzące matki. Al-Dżazira pokazywała jako "przerywnik" ujęcie, jak lekarze zszywają poszarpane ramię, bez znieczulenia.

Pięćdziesięciokilkuletni Fayiz, urzędnik bankowy (w kamizelce i pod gustownym krawatem) też ogląda Al-Dżazirę. Jego rodzice mieszkali niedaleko Rishon LeZion (dosłownie: "Pierwszy w Syjonie"), pierwszej osady żydowskiej w Palestynie, założonej w 1882 r. Wojna 1948 roku zmusiła rodzinę do ucieczki do Gazy.

Fayiz wyjechał na wiele lat do Kuwejtu; był też krótko w Jordanii, ale postanowił wrócić do Strefy. Wierzy, że wkrótce powstanie niepodległe państwo palestyńskie. Choć, jak niemal wszyscy Palestyńczycy, był zadowolony z irackiego oporu w pierwszych dniach wojny i sądził, że w Bagdadzie czeka Amerykanów masakra, jednocześnie bezgranicznie wierzy w możliwości USA: - Gdyby Amerykanie zechcieli, wolna Palestyna powstałaby w dwa miesiące - Fayiz pstryka palcami, tak łatwo USA mogłyby spełnić marzenie Palestyńczyków.

Jego zdaniem kwestię palestyńskich uchodźców, czyli problem dotyczący także jego samego, można łatwo rozwiązać: - Rozumiemy, że Żydów nie można wrzucić do morza i powrót wszystkich uchodźców jest niemożliwy - mówi dosyć płynną angielszczyzną. - Teraz Gaza jest moim domem. Starczyłoby, żeby powstała niepodległa Palestyna. Tak myśli wielu Palestyńczyków, rozsianych po Bliskim Wschodzie. No, może poza uchodźcami w Libanie, ci żyją w naprawdę trudnych warunkach i chcą wracać.

Ale okazuje się, że powstanie suwerennej Palestyny to nie wszystko: - Izrael musi wypłacić uchodźcom odszkodowania, oni stracili domy i ziemię - dodaje Fayiz. - I pozwolić na połączenie z rodzinami, którym udało się pozostać w Izraelu.

Jak miałoby funkcjonować państwo palestyńskie, złożone ze Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu, przeciętych terytorium Izraela? Fayiz i tu nie widzi problemu: - Musi je połączyć eksterytorialny korytarz, pod nadzorem ONZ. Zresztą nie ukrywajmy: wolna Palestyna nie może istnieć bez ekonomicznego wsparcia ze strony Izraela, musi zawiązać się jakaś unia celna i gospodarcza. Nie poradzimy sobie bez Żydów, a Żydzi nie poradzą sobie bez nas.

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny