|
„TP”, Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2808/kraj02.php
Polscy stratedzy potrafią myśleć, ale boją się mówić
Nowy sojusz - dawne nawyki
Bolesław Balcerowicz
Kryzys ONZ, konflikty w NATO i wojna w Iraku stawiają polskich strategów wobec nowych
wyzwań. Czy im sprostają, czy stać ich na oryginalne myślenie o bezpieczeństwie
narodowym, czy potrafią współtworzyć strategię NATO?
Jak dotąd na powyższe pytania nikt nie dał pełnej odpowiedzi. Spotkałem za to - m.in.
na łamach "Tygodnika Powszechnego" - opinie, że polskich strategów nie stać
na samodzielne myślenie, a jedynie na powielanie gotowych wzorów. Z taką diagnozą -
niestety - się zgadzam. Z kilkoma zastrzeżeniami.
Polski strateg całkiem niedawno musiał zdawać aż dwa egzaminy z umiejętności
samodzielnego myślenia.
Pierwszy raz na początku lat 90. minionego stulecia, po rozpadzie Układu Warszawskiego.
W okresie przynależności do tej instytucji strategia była tabu. Wszystkie plany
wypracowywano i zatwierdzano w Moskwie. Nikt nie oczekiwał na poważne inicjatywy partnerów.
Ba, nikt ich sobie nie życzył. Szersza dyskusja o strategii narodowej była nie do pomyślenia.
(Dobrze ilustruje to scenka z uroczystości nadania tytułu honoris causa Akademii Sztabu
Generalnego, bodajże w 1987 r. szefowi Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR, marsz.
Ogarkowowi. Zagadnięty, co sądzi o polskiej myśli strategicznej, odpalił bez namysłu:
A na szto wam strategija?)
Zatem po 1989 r., w nowej sytuacji, stwarzającej możliwość lub wręcz zmuszającej do
samodzielności, środowisko wojskowe powinno okazać się bezradne. Brakowało wzorców,
na których można by się oprzeć i teorii gotowych do adaptacji. Był to bowiem czas
wielkich zmian. Z dnia na dzień zdezaktualizowały się doktryny strategiczne zarówno na
Wschodzie, jak na Zachodzie. Skalę zmian w położeniu geostrategicznym Polski można porównać
do tych, jakie następują po wielkich wojnach bądź rewolucjach. Zmieniło się po
prostu wszystko: orientacja polityczna, możliwe zagrożenia; zmieniła się liczba i
charakter sąsiadów. Zabrakło też jakiegokolwiek sojuszniczego wsparcia - byliśmy
wolni, ale byliśmy sami.
Z perspektywy lat należy wyrazić polskiemu strategowi uznanie. Znaleźli się bowiem
ludzie i środowiska zdolne do samodzielnego, profesjonalnego, śmiałego myślenia. Początek
poprzedniej dekady przejdzie zapewne do historii polskiej myśli wojskowej jako okres ożywienia.
Rolę wiodącą odegrała Akademia Obrony Narodowej. Środowisko uczelni potrafiło znaleźć
się w nowej sytuacji i dać ośrodkom decydenckim dobrą ofertę i wsparcie teoretyczne.
Sojusz sojuszowi nierówny
Polska myśl wojskowa przy tym zwrocie historycznym pewnie się sprawdziła.
"Pewnie", gdyż wydarzenia potoczyły się na tyle wartko, że nie stało czasu,
aby ocenę tę zweryfikować. Ledwie bowiem wypracowano zręby koncepcji strategicznej
suwerennego państwa nie związanego sojuszem (o statusie tzw. wymuszonej samowystarczalności
obronnej); a już trzeba było szykować się do drugiego, historycznego zwrotu: członkostwa
w innym sojuszu - Północnoatlantyckim.
W ciągu dekady wykonano zatem dwa zwroty o sto osiemdziesiąt stopni. Pierwszy oznaczał
przejście od strategii ograniczonej suwerenności w ramach sojuszu do strategii państwa
suwerennego pozostającego poza sojuszami; drugi - przyjęcie strategii narodowej
zorientowanej jednoznacznie na uczestnictwo w innym sojuszu. Mogłoby się zdawać, że
powróciliśmy do punktu wyjścia - tak to przecież wygląda po dwukrotnym wykonaniu
komendy "w tył zwrot" - odbyliśmy drogę "od sojuszu do sojuszu". W
tym skrócie myślowym kryją się jednak dwa grube nieporozumienia.
Po pierwsze: Układ Warszawski nie spełniał definicyjnych cech sojuszu. Po drugie, NATO,
gdy do niego wstępowaliśmy, było już organizacją, której funkcje wykraczały poza
ramy sojuszu polityczno-militarnego.
W tym stanie rzeczy wiedza i doświadczenie wyniesione z Układu Warszawskiego nie
przystawały do nowych realiów. Czy w pełni zdawaliśmy sobie z tego sprawę? Werbalnie
może tak, ale...
Druga połowa lat 90. to czas, w którym całą niemal uwagę skupiono na przygotowaniu
systemu obronnego państwa do funkcjonowania w NATO. Członkostwo w nim traktowano w
kategorii nadrzędnego celu strategicznego. Sprawy pilne i ważne, jak choćby słynne osiąganie
kompatybilności czy interoperacyjności, poznawanie natowskich doktryn i procedur przysłoniły
perspektywę strategiczną. Zabrakło refleksji nad istotą funkcjonowania suwerennego państwa
w sojuszu.
Znamienny był choćby nasz stosunek do wypracowania narodowej strategii bezpieczeństwa i
obronności. Przez kilka lat bez powodzenia modyfikowaliśmy dezaktualizujący się
dokument z 1992 r. Usprawiedliwiano tę postawę oczekiwaniem na nową koncepcję
strategiczną NATO. I znów sojusz został potraktowany jako nadsystem, a jego strategia
uznana jako pierwotna w stosunku do strategii narodowej. "Koncepcja strategiczna
Sojuszu" została przyjęta w marcu 1999 r.; "Strategia bezpieczeństwa
narodowego Rzeczypospolitej Polski" oraz "Strategia obronności" cały rok
później. Zagubiła się rzecz fundamentalna - to, że każdy sojusz jest przede
wszystkim instrumentem polityki państwa i członkostwo w nim należy traktować jedynie
jako środek do celu, którym jest zwiększenie bezpieczeństwa państwa.
Relacje między strategiami sojuszniczymi i narodowymi dobrze wyjaśnia cytat z wystąpienia
przedstawiciela Wielkiej Brytanii na spotkaniu poświęconym projektowi nowej strategii
Sojuszu. Mówił on mniej więcej tak: "Strona brytyjska zgłasza gotowość do
przystąpienia do prac nad strategią sojuszniczą, albowiem rząd Jej Królewskiej Mości
dokonał strategicznego przeglądu obronnego i przyjął strategię narodową".
Gdy mowa o naszych dokumentach wyrażających podstawy i założenia strategii bezpieczeństwa
narodowego i obronności, nie sposób wypomnieć niepokojącej ciszy. Cicho było w
okresie ich przygotowywania, cicho po ich przyjęciu. Obie "strategie" pozostały
niezauważone. Obecnie - w takiej samej atmosferze - szykuje się nową wersję tych
dokumentów.
Wyznacznikami naszego miejsca i roli w Sojuszu jest to, co do niego wnosimy. Nasz wkład
nie powinien zawierać się jedynie w liczbie i sile desygnowanych jednostek wojskowych.
Istotną jego częścią winna być zdolność naszych strategów do twórczego współuczestnictwa
w kreowaniu wspólnych wizji, koncepcji i planów.
Eksperci i "eksperci"
Jeszcze parę lat temu forsowanie poglądu o szczególnym znaczeniu naszego "wkładu
intelektualnego" do NATO można było traktować z przymrużeniem oka. Przecież
mieliśmy się najpierw uczyć tej organizacji. Dziś wobec natłoku nieprzewidzianych
zdarzeń, NATO bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje mądrych i odważnych strategów. Czy
są wśród nich Polacy?
Na rynku myśli strategicznej dominują obecnie Amerykanie. Liczą się ośrodki
brytyjskie, zauważalni są też Francuzi; pozostali, w tym Polacy, są mało aktywni. Tak
rzecz wygląda w perspektywie międzynarodowej. Strategia jednak wiąże się z konkretnym
państwem, z jego kulturą, położeniem geograficznym, interesami, potencjałem itd.
Jest w Polsce pewna liczba niezłych strategów. Są to ludzie o rozległej i głębokiej
wiedzy. O brak odwagi w myśleniu nie można ich posądzać. A jednak opinia prof. Romana
Kuźniara ("TP" z 17. 11. 02) nie jest pozbawiona podstaw. W publicznej dyskusji
(jeśli o takiej może być mowa) na dwa najbardziej absorbujące tematy: przyszłości
NATO oraz wojny z Irakiem - strategów, którzy mieliby odwagę wychylić się ze swoimi
opiniami poza rubież poprawności politycznej po prostu nie słychać. To nie jest dobre.
Może to być odbierane jako nawrót do standardów zachowań obowiązujących w czasach
członkostwa w zgoła innym sojuszu. I być może tak właśnie jest. Może wciąż
jeszcze dają o sobie znać dawne doświadczenia i nawyki. Nie brak za to samozwańczych
"ekspertów", potrafiących publicznie i bez zahamowań pleść bzdury. Im jakoś
nie brak odwagi. Warto by poznać nieco bliżej ekspertów i "ekspertów". Nie
tylko tych, którzy parają się rozważaniem teorii problemu, ale również tych, którzy
są zaangażowani w bezpośrednie doradztwo i stoją najbliżej strategii stosowanej -
strategicznych decyzji.
Świadom wielu słabości tego środowiska zarzuciłbym mu (czyli nam) jednak nie tyle
brak samodzielności i odwagi w myśleniu, co nadmierną powściągliwość w publicznym
wyrażaniu opinii, które mogłyby pozostawać w opozycji do aktualnej polityki. Na większą
zmianę w tym względzie, póki co, liczyć raczej nie można.
Generał prof. BOLESŁAW BALCEROWICZ jest Komendantem Akademii Obrony Narodowej w
Warszawie; współautorem doktryny wojennej RP i reform MON; autorem kilkudziesięciu
prac, w tym książki: "Sojusz a obrona narodowa" (Bellona, 1995).
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|