|
Kto korzysta z pracy humanistów?
Marcin Król
Najprostsza odpowiedź na postawione w tytule pytanie brzmi: nikt, poza studentami i
kolegami. Czasem zdarzają się wyjątki, na przykład Instytut Spraw Publicznych
zaproponował, by referendum unijne trwało dwa dni i stopniowo politycy zaczęli się do
tego pomysłu przychylać. Jednak i tu sprawa nie jest jasna, bowiem wpływ na decyzję
polityków mogły mieć również podobne rozwiązania w innych krajach kandydujących do
Unii Europejskiej. W zasadzie polskie władze są całkowicie nieprzemakalne na wiedzę,
jaką uzyskują zarówno wydziały nauk społecznych niektórych znakomitych polskich
uniwersytetów, jak i rozmaite instytuty, fundacje i ośrodki badawcze, jakich można
wyliczyć - tylko tych na najwyższym poziomie - co najmniej dziesięć.
Otóż nie znam przypadku, żeby w jakiejkolwiek istotnej sprawie rząd lub dane
ministerstwo zwróciło się do któregoś z tych ośrodków celu przeprowadzenia analizy
czy zasugerowania najlepszych możliwych rozwiązań określonego problemu. A przecież często
nie trzeba się nawet zwracać. Otrzymuję z racji mojego zawodu i stanowiska wiele analiz
i raportów pochodzących z tych instytucji i wystarczyłoby te znakomicie opracowane dane
przeczytać, żeby nie robić wielu głupstw lub robić mądre rzeczy. Odnosi się zatem
wrażenie, że nikt po prostu tych danych nie czyta. Usiłowaliśmy kiedyś namówić posłów
zajmujących się sprawami konstytucyjnymi (było to dziesięć lat temu), żeby
przejrzeli numer "Res Publiki" w znacznej części poświęcony sprawie przewagi
ordynacji większościowej lub mieszanej nad czysto proporcjonalną - co teraz stało się
nagle modnym tematem. Odpowiedź, jaką uzyskaliśmy z Sejmu brzmiała, że posłowie nie
są zainteresowani lekturą takich materiałów, bo bez tego wiedzą, co i jak.
I tu jest sedno problemu. Nawet nie w tym, że w Polsce nie wykorzystuje się istniejących
i bardzo dobrych "think tanków", które na ogół nie mają silnego
politycznego zabarwienia, ale że się nie chce wykorzystywać. Podobnie jest z
publikacjami na temat spraw zasadniczych, z debatami publicznymi. Prasa i mass media mówią
rozmaite rzeczy do rządu, ostatnio na przykład do ministra Kołodki, ale mówił dziad
do obrazu, a obraz do niego ani razu. Ministrowie i posłowie, wiedzą swoje i nie chcą
wiedzieć więcej. Kiedyś Stefan Kisielewski (w 1968 roku) mówił o dyktaturze ciemniaków.
Teraz nie mamy dyktatury ciemniaków, tylko demokrację ciemniaków.
Widać to na niezliczonych przykładach, ale przytoczę tylko dwa. Od dawna jest gotowe
kilka wersji reformy chorego systemu uczelni wyższych, kolejni ministrowie kompletnie się
tym nie interesują, a czasem próbują ze swojego rozumu wysnuć zupełnie absurdalne
plany zmian, które spotykają się z takim protestem środowiska akademickiego, że z
tych pomysłów po cichu rezygnują. I nic się nie dzieje, a uczelnie są w coraz gorszej
sytuacji. Drugi przykład to horrendalna rządowa kampania w sprawie naszego wejście do
Unii Europejskiej. Ileż jest w Polsce lepszych specjalistów niż Sławomir Wiatr i Lech
Nikolski! Ale rząd ma swoich, którzy sprawę spartaczyli tak, że trudno sobie wyobrazić
gorszą kampanię.
W sumie władza w Polsce nie chce słuchać ludzi mądrych, lub takich, którzy zawodowo mądrzy
być powinni. Gdyby było dobrze, można by to zrozumieć (chociaż w Stanach
Zjednoczonych, gdzie jest nienajgorzej, opinie intelektualistów są przez władze stale
uwzględniane), ale ponieważ jest tak fatalnie, to doprawdy postawa władzy głuchej nie
tylko na głos opinii publicznej, ale także na tych, którym się płaci, za to, żeby myśleli,
jest dowodem tępoty i pychy doprawdy zdumiewającej.
|