|
„TP”, Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2808/felhennel.php
Przykro mi...
Józefa Hennelowa
Tacy poważni i godni szacunku ludzie podpisali się pod niedawnym listem -protestem
zamieszczonym w "Gazecie Wyborczej" w ubiegłym tygodniu, niejednego znam osobiście
i zawsze ceniłam, a teraz nic nie rozumiem. Nic a nic. Bo czytam, że "obowiązkiem
ludzi myślących jest przeciwstawianie się wszelkim formom nietolerancji i solidarność
z tymi, których nietolerancja dotyka", dalej, że "kto milczy, gdy zagrożona
jest wolność innych ludzi (...) wyrzeka się wolności własnej", czytam, że
"nawet jednoosobowa mniejszość warta jest obrony", wszystko słuszne i piękne
i godne poparcia, aż do zdania "cenzura, zwłaszcza wewnętrzna, jest zagrożeniem
dla prawdy" - tylko ani rusz nie potrafię powiązać tego tak zasadniczego i
bliskiego mi manifestu z powodem, dla którego został wydany.
Czy chodziło o ustawę, która w intencjach i skutkach faktycznie będzie kogokolwiek
dyskryminować? Czy chodziło bodaj o rzeczywisty wypadek krzywdy żywego człowieka,
krzywdy spowodowanej nietolerancją? Nie, chodziło o masową niechęć do akcji
rozwieszania w miejscach publicznych ogromnych plakatów przedstawiających (bardzo miłe
i niewinne) pary gejowskie. Ta niechęć wyrażała się albo protestami - skutecznymi -
wobec zamiaru umieszczania takich plakatów, albo - tam gdzie zawisły - ich dewastowaniem
(co nb. spotyka prawie każdą kampanię plakatową, choćby promocyjną czy wyborczą na
przykład).
Akcja plakatowania nazywała się bardzo ładnie "Niech nas zobaczą" i była
oczywiście zaprogramowana jako manifest przychylności, dla której chciano pozyskać
szeroką opinię publiczną. Nie była ona żadnym faktem społecznym, któremu należy się
refleksja zrodzona z szacunku dla ludzi odmiennych od nas czy nawet najbardziej nam
obcych. Była działaniem świadomie wyzywającym, czego najprostszym wyrazem było samo
hasło "niech nas zobaczą". "Nas", to znaczy przecież w tym wypadku:
nie żywych ludzi z ich uwarunkowaniami i osobistymi wyborami, które wcale nie muszą
stawać się tematem publicznym i powszechnie obecnym, lecz obrazków, programowo
sympatycznych i udających całkowitą niekontrowersyjność. Gdzież tu miejsce na
rozprawianie o "wolności słowa i prawach człowieka", jak uczynili to autorzy
listu? Po co udawać, że "nie ma sprawy", gdy organizatorom akcji chodziło tak
jasno o zdominowanie bodaj na krótko podświadomości i opinii publicznej, z pełnym
zlekceważeniem faktu, że nie każdy sobie tego życzy i nie życzyć sobie ma także
prawo.
Bez porównania głośniejszym echem odbija się w opinii publicznej konflikt w teatrze
łódzkim. Piszę to w momencie, gdy się jeszcze nie zakończył ani uciszył, ale już
wiem dosyć, by wyrazić najgłębszy niesmak sposobem sprawowania władzy, jaki w tym
konflikcie zaprezentował prezydent Łodzi. Okazuje się, że można być najgłębiej
ideowym człowiekiem dawnej Solidarności, politykiem mającym na sztandarach niepodważalne
"wartości chrześcijańskie", a manifestować absolutną pogardę dla innych
ludzi, w tym dla podwładnych, na miarę najbardziej klasycznych wzorów
materialistycznych. Można być satrapą, który dla realizowania swoich prawdopodobnie
wzniosłych celów posługuje się bez skrupułów nawet siłą, o szantażu nie wspominając.
Cóż w takim razie różni prezydenta Łodzi z dawnego ZChN od lewicy postkomunistycznej
albo mafijnych układów? Cel uświęca środki? Nie interesuje mnie, czy artyści
protestujący przeciw arbitralnemu narzucaniu im kierownictwa mają taki czy inny procent
racji. Widzę tylko, że władzę "słuszną" sprawuje się, gdy trzeba, w sposób
równie gorszący, jak niesłuszną. Pan prezydent Kropiwnicki stara się mnie przekonać,
że znakomicie potrafi poruszać się w koleinach, od których tak bardzo starał się
kiedyś odejść.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|