adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 17 (2807)
27 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz


Prasa krajowa

Przyjazne media


Wojna z Irakiem przyniosła kolejny paradoks w dziejach dziennikarstwa: nowe możliwości technologiczne okazały się dla mediów tak błogosławieństwem, jak przekleństwem - pisze w PRESSIE (4) Piotr Zdanowicz.

Nagłówek "St. Petersburg Times" oznajmiał: "To najbardziej przyjazna telewizji wojna w historii". A jeden z prezesów CBS News ogłosił dumnie: "Postęp technologiczny dotarł do punktu, w którym jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia korespondenta".

Właśnie dzięki połączeniu nowej technologii z pomysłem Pentagonu, by przydzielić oddziałom liniowym 600 dziennikarzy, narodził się nowy styl dziennikarstwa tzw. backpack journalist. Dziennikarz plecakowy jest samodzielny, wszechstronny i mobilny. Przykładowo: korespondentka telewizji ABC Stephanie Gosk została wyposażona w telefon satelitarny Irydium, cyfrową kamerę Sony, zestaw satelitarny Inmarsat i standardowy laptop (wszystko ważyło ok. 7 kg, a kosztowało 10 tys. dolarów). Osobną jakość reprezentował David Bloom ze stacji MSNBC: z producentem i operatorem poruszał się w Iraku przerobionym na potrzeby telewizji czołgu M-88, który wyposażono m.in. w żyroskopowy stabilizator kamery. Pozwalało to przesyłać obraz nawet wtedy, gdy pojazd pokonywał pustynne wertepy z prędkością 50 mil na godzinę.

W efekcie tylko podczas pierwszej doby wojny sieci telewizyjne przekazały więcej relacji na żywo niż podczas całej kampanii w Zatoce w 1991 r. Kłopot w tym, że powódź obrazu nie była równoznaczna z bogactwem informacji. I nie chodzi tylko o stary problem nieumiejętności hierarchizowania wiadomości przez wielu korespondentów i redaktorów. Istotniejsza była sama konwencja pokazywania tej wojny: połączenie reality show, stylu "Terminatora" i serialu "Z Archiwum X". Efektem mody na relacje na żywo była powierzchowność przekazu: materiały montowane, umożliwiające pogłębienie tematu i spojrzenie z dystansu, na antenę przebijały się z trudem. Więcej: w ujęciach videofonów to korespondenci stawali się głównymi bohaterami wydarzeń. Niektórzy zresztą doskonale wpasowali się w rolę Terminatorów: zachowywali się tak, jakby uczestniczyli w wielkiej zabawie i relacjonowali pokaz fajerwerków, a nie wojnę. Eksponowali sensacje i nowinki kosztem wojennej rzeczywistości (atmosferę potęgować miały choćby częste ujęcia z noktowizorów).

Z kolei telewizyjne studia zaczęły przypominać sztabowe sale odpraw: nad mapami pochylali się emerytowani generałowie, a sytuację na polu walki miały oddawać wyrafinowane komputerowe wizualizacje. Nie bez powodu prowadzący program MSNBC przemianował tradycyjny newsroom na the war room, a korespondentów mianował "wojskiem wiadomości".

Tymczasem eksperci w mundurach okazywali się zwykle (czego zresztą się można było spodziewać) promilitarni i reprezentowali perspektywę Pentagonu. Także reporterzy, koncentrując się na kwestiach taktyki i techniki, lekceważyli często problem politycznego kontekstu wojny, prawa międzynarodowego czy kwestie humanitarne.

Co gorsza, dziennikarze przejęli nawet od wojskowych ich język ("Pentażargon"): relacje pełne były typowo armijnych eufemizmów. Krytykom tej maniery nie chodzi przy jedynie o poprawność stylistyczną: język stał się rodzajem manipulacji (dlatego choćby prezenterowi NBC wypomniano, że mówiąc o cywilnych ofiarach wojny użył określenia "straty uboczne"). Dziennikarską zasadę neutralności naruszał choćby nowy zwyczaj posługiwania się "zwrotami "my" w odniesieniu do wojsk amerykańskich i "wróg", gdy mowa o Irakijczykach". Sprawiało to nadto wrażenie "radosnego kibicowania "naszym chłopcom"".
Kontrowersyjne jest zresztą samo skorzystanie przez media z oferty "przydziału" ich wysłanników do jednostek. Nie dość, że był to zapewne chwyt z arsenału public relation, to ceną, jaką zapłacili dziennikarze za dostęp do wydarzeń, jest "pozostawienie wojskowym znacznego stopnia kontroli nad przekazywanymi na żywo informacjami" i ryzyko wciągnięcia mediów "w tryby wojskowej maszyny propagandowej".

KB


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny