|
|
Listy

Sekrety nekrologów
Polecanej przez Lektora książki Wiesława Juszczaka "Realność bogów" nabyć
jeszczem nie zdołał, wnosząc wszelako z jej omówienia w "TP" nr 13/2003, błąd
pewien gdzieś musiał się wkraść. Narzucona przez formę wypowiedzi Lektora skrótowość
nie pozwala mi się zorientować, kto się poślizgnął: prof. Juszczak, z którego wiedzą
i kulturą miałem szczęście się zetknąć, mój Mistrz uniwersytecki - prof. Lengauer,
którego kompetencja w sprawach religii greckiej (i nie tylko) jest mi świetnie znana,
czy też autor rubryki "Wśród książek", erudycji którego owocami raczę się
co tydzień.
Z omówienia Lektora można zrozumieć, że wzorem dla "Maxa von Trotta" Jana
Parandowskiego był Walter Friedrich Otto. Otóż z całą pewnością wzorem dlań był
Hans von Prott (co widać choćby z zamiany liter) - autor prac o Dionizosie i wydawca
(wraz z Ludwigiem Ziehenem) wciąż niezastąpionych "Leges sacrae" - zbioru
inskrypcji greckich, odnoszących się do spraw religii greckiej (niezbyt pomyślnie
wydanego ponownie w 1969 r. przez ks. Franciszka Sokołowskiego, jako "Lois sacrées
des cités grecques"). Nie można oczywiście wykluczyć, że Parandowski z postaci
Maxa von Trotta uczynił modelową postać zwariowanego niemieckiego profesora pięknej
epoki (bez cudzysłowu!) i że zatem posłużył się przy jej tworzeniu także cechami
Waltera Friedricha Otto. Kto jednak, jak ja, z zapałem czytuje nekrologi uczonych
niemieckich z przełomu XIX i XX wieku i trafił niegdyś na tego typu tekst poświęcony
Hansowi von Prottowi, zrozumie, że o nim przede wszystkim myślał Parandowski. Hans von
Prott zastrzelił się w Atenach ogarnięty pasją naukową i zapewne, jak chce
Parandowski, miłością do Matki Ziemi.
ANDRZEJ CHANKOWSKI
(Lille, Francja)
Wielce Szanowny Panie,
jestem ogromnie wdzięczny za list skierowany do Pana Lektora, który zechciał mi go
przekazać. Oczywiście Pana argumenty tyczące ,,pierwowzoru" Maxa von Trott są
nieodparte, a cenne nie tylko dla mnie, ale i dla przyszłych monografistów Jana
Parandowskiego. Jednak, mimo że był to ,,poślizg", okazał się dla mojej pracy
szczęśliwy. Walter Friedrich Otto pozwolił mi bowiem dojść do pewnych nieocenionych
dla mnie konkluzji i lektura jego prac odkryła przede mną drogę do takiego pojmowania
religii greckiej, której bez jego ,,wizji" ujrzeć bym nigdy nie zdołał. Gdyby
moje poszukiwania poszły drogą Hansa von Protta, nie znalazłbym niczego lub niczego równającego
się sile tamtego (dla mnie) ,,odkrycia". Pomyłka więc dala w rezultacie ,,lepszą
korzyść" (nawiązuję tu do powiedzenia pewnej pani, która rozróżniała między
korzyścią lepszą i gorszą).
Skoro, jak Pan był łaskaw zauważyć, ,,prototypowość" Otta nie musi czy nie może
być tu - mimo wszystko - wykluczona, wypada użyć, w związku z całą tą sprawą, wyrażenia
z pewnej anegdoty. Wielki, jak wiadomo, leksykograf francuski, émile Littré, do końca
wierny swej akrybii, miał na łożu śmierci powiedzieć: ,,Je meurt. Je me meurt. Tous
les deux sont correctes". I skonał.
Powtarzając wyrazy prawdziwej wdzięczności pozostaję z głębokim szacunkiem
WIESŁAW JUSZCZAK
Prokofiew się nie rozwiódł!
W znakomitej ,,Opowieści na dwa fortepiany" Tomasza Cyza (,,TP" nr 14/2003)
znalazły się trzy zdania formalnie prawdziwe, sugerujące jednak błędną treść:
,,dekret Rady Najwyższej zabronił obywatelom sowieckim małżeństw z cudzoziemcami,
anulując jednocześnie wcześniej zawarte. Prokofiew mógł więc ożenić się ze swoją
kochanką, rosyjską poetką i tłumaczką Mirą Mendelson; jego pierwsza żona - śpiewaczka
Lina Llubera (...) została aresztowana i skazana na dwudziestoletni pobyt w łagrze.
Nigdy się już nie zobaczyli".
Dekret rzeczywiście był, ale nie dotyczył Liny Iwanowny Prokofiewowej, gdyż ta miała
już obywatelstwo sowieckie. Właśnie przy nadaniu obywatelstwa imię jej ojca, Juana,
zrusyfikowano na Iwan. Na przełomie lat 60. i 70. odwiedziłem panią Linę w Moskwie w
jej maleńkim (ale samodzielnym, nie komunalnym!) mieszkaniu przy Kutuzowskim Prospekcie.
Była już zwolniona z łagru, rehabilitowana i spodziewała się uzyskać od ministra
kultury Furcewej zezwolenia na wyjazd za granicę. Opowiadała, że ich małżeństwo w
latach 40. było w stanie rozpadu i Siergiej miał w planach zawarcie drugiego związku.
Tym bardziej jest mu wdzięczna, że uznał przeprowadzenie rozwodu z aresztowaną żoną
za czyn niegodny siebie. Formalnego rozwodu nie było. Lina wróciła z łagru jako pełnoprawna
wdowa po Siergieju, co między innymi dało jej dostęp do niemałych tantiem za stale
wykonywane utwory jej męża. Dzięki temu mogła po wyjeździe na Zachód ułożyć sobie
wygodne życie w dwu rezydencjach: w Anglii i Francji. Ostatni raz rozmawiałem z nią
telefonicznie w 1986 r. Była pełna życia i optymizmu. O swoim aresztowaniu i pobycie w
łagrze mawiała: ,,oni musieli też wypełniać plany produkcyjne".
Tak więc, zgodnie z tym, co napisał Tomasz Cyz, Siergiej Prokofiew ,,mógł się rozwieść
i ożenić z dotychczasową kochanką", ale tego nie zrobił. Twierdzenie o rzekomym
rozwodzie Prokofiewów spotkałem i w innych publikacjach. Pewnie wzięło się stąd, że
faktycznie istniejące plany rozwodu zbiegły się z datą aresztowania pani Liny.
KONRAD RUDNICKI
(Kraków)
Jest wielu takich lekarzy
W mediach spotykamy się raz po raz z przeróżnymi negatywnymi zdarzeniami dotyczącymi
lekarzy. To nie chcą (lub nie mogą) przyjąć chorych do szpitala, to przyjmują pacjentów,
będąc w stanie nietrzeźwym, to zawiadamiają zakłady pogrzebowe o śmierci pacjenta
przed zawiadomieniem rodziny chorego. Uwagi budzą nieufność do lekarzy, osłabiają
wiarę w prawdziwość ich powołania i na zasadzie ,,łyżki dziegciu w beczce
miodu" uwypuklają błędy, upadki, szerzące się zło.
W świetle tego czuję się zobowiązana zrównoważyć, choć trochę, takowe sądy. Doświadczyłam
w życiu wiele dobra od rozmaitych lekarzy. Wspomnę o ostatnim, któremu zawdzięczam to,
że mogę chodzić. Mam nie dające się wyleczyć zwyrodnienie chrząstki kolan. Lekarz -
ordynator kliniki ortopedycznej, chociaż pracuje w sąsiednim mieście, co kilka tygodni
przyjeżdża do mnie bezinteresownie z koniecznymi lekami i dokonuje wymaganych zabiegów.
Przy tym jest zawsze pogodny, serdeczny, niosący pomoc tak fizyczną, jak duchową. Przy
tak ogromnym problemie chorób i lecznictwa jest to drobny szczegół. Opisuję go na dowód,
że powołanie lekarza niosącego pomoc, wrażliwego na cierpienie człowieka nie zginęło
w świecie, tylko jak każde dobro jest ciche i nie zawsze dostrzegalne. Warto jednak temu
dobru dawać od czasu do czasu świadectwo.
J.K.
(nazwisko i adres znane redakcji)
Wolę poznawać dobro
Powieść ,,Adieu" Jana Grzegorczyka (recenzje Michała Okońskiego i Piotra Śliwińskiego
w "TP" nr 13/2003) opisuje rzeczywistość istniejącą w świadomości autora.
Tą rzeczywistością jest Kościół i na jego tle pojawia się pragnienie spotkania w życiu
takiego księdza, jakim jest Wacław Olbrycht vel Groser.
Zło w człowieku rodzi się z tego, że ktoś dotknięty złem przekaże, jak pałeczkę
sztafetową, taką gangrenę komuś innemu. Podobnie jest z dobrem. Powszechnie zgadzamy
się, że pomnożone dobro rozwija człowieka, a pomnożone zło - niszczy. Moje doświadczenie
nauczyło mnie, że aby ,,czynić dobro" muszę uciekać od ,,poznawania zła".
Niestety, w książce Jana Grzegorczyka muszę poznawać zło i dobro. Zło paraliżuje mój
odbiór przedstawionego dobra w sposób, w jaki tłusta plama na śnieżnobiałej koszuli
zakłóca moje odczucia estetyczne. Sportretowany w ,,Adieu" Kościół jest dla mnie
czymś obrzydliwym. A proponowany ksiądz-ideał? Na pewno jest takim dla ludzi, którzy o
przedstawionym w tej książce Kościele wypowiedzą się: ,,To jednak jest mój Kościół,
nie wyrzekam się go, chcę żeby był święty, tak jak pragnął tego jego Założyciel".
Jednak ja miałem szczęście już wcześniej poznać, dzięki Instytutowi Wydawniczemu
,,Pax", literackie postaci księży autorstwa Archibalda Josepha Cronina, Grahama
Greene'a, Bruce'a Marshalla, Williama E. Barretta. To też było ,,poszukiwanie ideału".
Z ich książek uczyłem się dobra nie będąc zmuszonym zapoznawać się ze złem w jego
rzeczywistym wymiarze. I nie stałem się przez to uboższy. Natomiast w pewnym momencie
po przeczytaniu ,,Adieu" zdałem sobie sprawę, że nie mają sensu moje kolejne próby
przynależenia do Kościoła (świeccy + duchowni), sportretowanego przez autora. Dotyczyłoby
to również i ewentualnej znajomości z prawdziwym (lub prawdopodobnym) ks. Groserem,
gdybym go kiedykolwiek spotkał. Co zatem pozostałoby zrobić, aby nie otoczyła nas
pustka? Może Ewangelia odczytywana samodzielnie?
JACEK ZEMBRZUSKI
(Warszawa)
Milczeć wobec zła?
Wiem, że pani Zuzanna Radzik, autorka tekstu "Piwnice wciąż gniją"
("TP" nr 13/2003), nie oczekuje wyrazów podziwu i wsparcia. Po przeczytaniu
tekstu doszedłem do wniosku, że pozostają nam: wiara w Boga, życie zgodne z Ewangelią
oraz pokora i troska o Kościół powszechny, który stanowimy. Tylko, czy i jakie granice
ma pokora? Czy widząc zło wśród tych, którzy powinni dawać świadectwo (nie tylko
księży, wszystkich chrześcijan), mamy milczeć? A jeżeli nie milczymy (tak jak pani
Radzik), pozostaje nam "rzucanie grochem o ścianę"? To kompromitujące, że w
takiej, wydawałoby się, oczywistej sprawie trzeba być aż tak odważnym, aby móc coś
zmienić. Przecież takich problemów w ogóle nie powinno być! A co z rozwiązaniem
sprawy na szczeblach hierarchii? Miejmy nadzieję, że sprawa zostanie rozwiązana zgodnie
z duchem Ewangelii, m.in. dzięki poczynaniom pani Radzik.
Mam 63 lata i chcę wyrazić szacunek dla jej postawy i trudu. Być może podział na młodych
i starych, trzeba byłoby zastąpić podziałem na mądrych i głupich? Wam, młodym,
brakuje doświadczenia, ale wielu starszych przewyższacie energią i świeżością
spojrzenia.
JANUSZ LEWICKI
(Gdynia)
Patrz też: "Listy" w "TP" nr 14 i 15/2003.
Ekumenizm greckokatolicki
W artykule "Potrzebujemy jedni drugich" ("TP" 10/2003) ks. prof. Wacław
Hryniewicz, z perspektywy ponad dwudziestu lat dialogu ekumenicznego, analizuje na ile
sprawdziły się możliwe jego opcje, które w 1976 r. przedstawił Christos Jannaras
("Dialog z Rzymem", "TP" 10/2003), jeden z najbardziej znanych
greckich świeckich teologów prawosławnych. Oceniając opcję utylitarną, polegająca
na okazaniu sobie przez chrześcijaństwo zachodnie i wschodnie wzajemnej pomocy, lubelski
ekumenista podziela krytycyzm Jannarasa i pisze, że "szukanie politycznych czy społecznych
korzyści, jak to wyraźnie pokazuje choćby historia unii podejmowanych od czasu średniowiecza,
w poszukiwaniu jedności Kościoła do żadnych pozytywnych i trwałych rozwiązań nie
prowadzi". Ta generalizująca opinia, która razi wschodnich katolików kategorycznością,
domaga się uzupełnienia. Nikt nie zaprzecza, że u podłoża wielu unii leżały także
względy polityczne i społeczne. A czy nie było ich w momencie podejmowania przez władców
państw średniowiecznych decyzji o chrzcie ich narodów? Czy Kościół wolny jest od
nich dzisiaj? Odnośnie Unii Brzeskiej z 1596 r. sam profesor Hryniewicz napisał przed
laty, że "względy religijne skłaniające do unii były jednak ważniejsze niż
wszelkie nadzieje kulturowe i społeczno-polityczne".
Przyczyn tylko częściowego sukcesu tej unii ten sam autor upatrywał także w
"zderzeniu się dwóch eklezjologii. Sakramentalne rozumienie Kościoła musiało ustąpić
przed dominującą eklezjologią instytucjonalną, skoncentrowaną wokół prymatu papieża".
Biskupi prawosławni Metropolii Kijowskiej, twórcy Unii Brzeskiej, kierowali się przede
wszystkim troską o przyszłe losy wierzących Rusinów. Według prof. Hryniewicza,
przygotowujący zjednoczenie dokument synodalny z 1594 r., "ujawnia niedwuznacznie
prawdziwe intencje i nadzieje inicjatorów Unii Brzeskiej", którzy po przywróceniu
jedności z Rzymem, chcieli "nie tylko zachować swoje wschodnie dziedzictwo i własną
tożsamość, ale również pozostać we wspólnocie z innymi Kościołami prawosławnymi".
Nie udało się to, ale winnych należy szukać nie tylko po jednej stronie.
W tym roku mija 10. rocznica podpisania Dokumentu z Balamand, w którym Komisja Mieszana
do dialogu teologicznego między Kościołem rzymskokatolickim i Kościołem prawosławnym
stwierdziła, że forma "apostolatu misyjnego" nazwana "uniatyzmem"
"nie może już być przyjęta ani jako metoda do zastosowania, ani jako model jedności
poszukiwanej przez nasze Kościoły". Poprzedni zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła
Greckokatolickiego, kard. Mirosław Lubacziwski, zgodził się z krytyką uniatyzmu jako
metody, ale wezwał do wspólnej pracy nad zmianą modeli - istniejących Katolickich Kościołów
Wschodnich. Pozostaje ponowić ten apel i wyrazić pragnienie, by ludzie zaangażowani w
dialog ekumeniczny pomogli Katolickim Kościołom Wschodnim w wypracowaniu takich relacji
z Rzymem, które zapewnią poszanowanie ich tradycji i realizację aspiracji. To będzie
krok w kierunku upragnionej jedności wszystkich chrześcijan.
Ks. BOGDAN PAŃCZAK
(Lublin)
Sprostowanie
Informacja zamieszczona w artykule Wojciecha Stanisławskiego "Diabelska
alternatywa" ("TP" nr 14/2003), jakoby Milorad Luković (ps.
"Legija") stojący za zamachem na premiera Serbii Zorana Djindjicia był jedną
z dwóch osób zastrzelonych 27 marca przez policję podczas obławy na przywódców gangu
Zemun, jest nieprawdziwa. Oprócz Dušana Spasojevicia, wymienionego przez autora artykułu,
w zasadzce zginął Mile Luković (ps. "Kum"), natomiast miejsce pobytu
Lukovicia-"Legiji" wciąż pozostaje nieznane.
PAWEŁ KULKA
(Warszawa)
Naturalnie, pan Paweł Kulka ma rację: w tekście pomyliłem Mile Lukovicia (ps.
"Kum") z najważniejszym ściganym - Miloradem Lukoviciem (ps.
"Legija"), nadal pozostającym na wolności. Jedynym usprawiedliwieniem mógłby
być fakt, że "Mile" to zdrobnienie m.in. od imienia Milorad. Pozostaje mi uważniej
czytać kolejne "doniesienia z frontu" i gorąco przeprosić Czytelników
"TP" za mimowolne wprowadzenie ich w błąd.
WOJCIECH STANISŁAWSKI
|
|