dotb.gif

„TP”, Nr 17 (2807), 27 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2807/kultura02.php

Jack Nicholson w filmie Alexandra Payne'a


W drodze

Anita Piotrowska


Szlafrok, krzyżówki, bezmyślne przerzucanie telewizyjnych kanałów - czy tak wyobrażamy sobie zwieńczenie 66 lat aktywnego życia? Warren Schmidt, ceniony specjalista od ubezpieczeń, odszedł właśnie na emeryturę, ale jakoś trudno mu nazwać siebie człowiekiem spełnionym.

Na pożegnalnym bankiecie z niedowierzaniem przysłuchuje się płomiennym oracjom: zdołał osiągnąć wszystko, co przeciętnemu człowiekowi do szczęścia potrzebne - sukces w zawodzie, wiernych przyjaciół, stabilne małżeństwo, ustawioną życiowo córkę... A jednak nagła zmiana życiowej kondycji nie wychodzi Warrenowi na zdrowie. Wyrzucony na out, czuje się człowiekiem zbędnym. Nawet długi na 11 metrów wóz kempingowy, symbol marzeń o dostatniej emeryturze, nie cieszy pana Schmidta. Bo właśnie teraz, kiedy ma pełne konto i dużo wolnego czasu, jego żona w trakcie domowych porządków umiera na udar mózgu.

Co z tego, że zawsze drażniła go każdym swoim gestem i terroryzowała dziwnymi zwyczajami? Teraz pan Schmidt siedzi w domu zupełnie sam, zapuszczony i skapcaniały, rozpamiętuje drogą zmarłą i nie wie za bardzo, od czego tu zacząć. Zanim jednak upadnie w otchłań rozpaczy, życie przyniesie mu kolejne niespodzianki. Otóż jego poczciwa i skrzętna małżonka przez lata wiodła po cichu drugie życie, a co gorsza - do spółki z najlepszym przyjacielem Warrena. Odkrycie jest wstrząsające: okazuje się, że nie ma ludzi niezastąpionych, i to nie tylko w pracy.

Wydawać by się mogło, że takich historii widzieliśmy na ekranie bez liku: bohaterowi w jednej chwili wali się cały świat, wyrusza więc w podróż i po drodze próbuje nadać swemu życiu nowy sens. Zwłaszcza kino amerykańskie z jego programowym optymizmem serwuje nam często takie krzepiące opowiastki, w których bohaterowie zostawiają za sobą wszystko i w pionierski sposób przecierają nowe szlaki. W przypadku filmu "Schmidt" różnica rzuca się w oczy już na samym początku: bohaterem jest człowiek stary, w każdym calu nieatrakcyjny i nie zabiegający o naszą sympatię. To właściwie antybohater, przeciętniak, całkowicie pozbawiony tej charyzmy, jaką miał na przykład sędziwy Alvin Straight z "Prostej historii" Lyncha. Zamiast eschatologicznej zadumy, mamy tu całą przyziemność wieku starczego: nadmiar wolnego czasu, nieporadność, dziwactwa.

Jack Nicholson oddaje ten stan w sposób mistrzowski, choć z pozoru gra niewiele. Przez cały film właściwie nie schodzi z ekranu; często też reżyser pozostawia go samemu sobie i właśnie w tych samotnych pojedynkach ujawnia się jego wyborny, niemal zwierzęcy instynkt gry. Nicholson odziera swego bohatera z jakiegokolwiek romantyzmu. Wszak decyzja pana Schmidta, by zmienić swoje życie, jest wynikiem buchalteryjnej kalkulacji, a nie heroicznego porywu. Jako pracownik firmy ubezpieczeniowej analizuje swoje dane osobowe i przy pomocy jakiegoś skomplikowanego algorytmu oblicza, że zostało mu nie więcej niż 9 lat życia. Postanawia ten czas wykorzystać, najlepiej z pożytkiem dla innych.

Jako obiekt uszczęśliwienia wybiera swą jedyną córkę, żyjącą w odległym Detroit. Dziewczyna szykuje się właśnie do zamążpójścia, ale pan Schmidt nie akceptuje przyszłego zięcia - nieokrzesanego sprzedawcy łóżek wodnych. Wsiada więc do swego imponującego wozu i rusza w daleką podróż, z nadzieją, że uratuje jedynaczkę przed fałszywym krokiem. Nie trudno się domyślić, czym będzie dla niego ta droga. Wszak całe pokolenia amerykańskich easy riderów przemierzały rozległy kontynent albo uciekając przed czymś, albo też rozpaczliwie czegoś poszukując.

Podróż bywała także znakomitą okazją do przyjrzenia się z bliska prowincjonalnej Ameryce. Film Payne'a, autora m.in. satyrycznego filmu "Wybory" z 1999 roku, pokazuje ją w sposób świeży i zabawny, odrzucając klisze i uprzedzenia. Zwyczajne nudne życie, zwyczajne przyjemności, uświęcone tradycją obyczaje sfotografowane zostały z ciepłym dystansem. Nicholson, żywa legenda kina, wmieszany pomiędzy przypadkowych przechodniów, staje się jednym z nich - bo każdy przecież mógłby być bohaterem podobnej historii.

Rzeczowy opis banalnych ludzi i banalnych sytuacji zderza reżyser z komentarzem zza kadru. Pan Schmidt, jak na porządnego obywatela przystało, włącza się do programu pomocy afrykańskim sierotom. Co miesiąc wysyła sześciolatkowi z Tanzanii po 22 dolary, a w załączonych listach opowiada mu o swoim życiu. Z tych właśnie listów dowiadujemy się nieco więcej o wewnętrznym świecie Warrena - o tym, jak sobie wszystko wokół siebie poustawiał, jakie role przydzielił najbliższym, jak mocno zafiksował się we własnych obsesjach. Wszystko, w co obrastał z wiekiem, z dnia na dzień utracił. Ale też uwolnił się od fałszywych wyobrażeń. I choć bardzo trudno byłoby nazwać zrzędliwego emeryta ze stanu Nebraska współczesnym wcieleniem Hioba, jego również w końcu ocali wiara. Będzie to wiara w drugiego człowieka.


"SCHMIDT" ("About Schmidt"). Reż.: Alexander Payne, scen. na podst. powieści Louisa Begleya: Alexander Payne i Jim Taylor, zdj.: James Glennon, muz.: Rolfe Kent, wyst.: Jack Nicholson, Hope Davis, Dermot Mulroney, June Squibb, Kathy Bates i inni. Prod. USA 2002. Dystryb. Warner Bros.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl