|
„TP”, Nr 17 (2807), 27 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2807/kultura01.php
VII Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena (Kraków, 11-21 kwietnia)
Barocco, czyli różnorodność
Tomasz Cyz
Schillerowskie "Alle Menschen werden Brüder" z "IX Symfonii" zakończyło
w świąteczny poniedziałkowy wieczór festiwal. Wykonanie hymnu Unii Europejskiej niemal
zbiegło się w czasie z podpisywaniem przez Polskę traktatu akcesyjnego. Ale krakowskie
wielkanocne święto muzyki wydaje się być w Europie od zawsze, a dziś może nawet
bardziej w Europie (świecie) niż w samej Polsce. Dlaczego?
Przesłanie VII Wielkanocnego Festiwalu określał tytuł "Beethoven i muzyka
baroku". Mieczysław Tomaszewski w wykładzie otwierającym kolejną Beethovenowską
sesję przywołał słowa siedzącego zresztą obok Reinera Cadenbacha. Berliński
profesor, cytując zdanie jednego z odkrywców muzyki Bacha Nikolausa Forkela -
"muzyka jest zawsze tylko muzyką na temat innej muzyki" - dodał od siebie:
"muzykę Beethovena przenika duch reminiscencji. Muzyka dawnych czasów towarzyszy
nam stale". W Krakowie mogliśmy to szczególnie odczuć: wielka, romantyczna już
niemal forma Beethovena ("Missa solemnis") sąsiadująca z dziełem Bacha
("Pasja Mateuszowa" w interpretacji na wskroś romantycznej...), zderzenia utworów
różnych czasów i stylów ("Musicalische Exequien" Schütza obok
"Chrystusa na Górze Oliwnej" Beethovena, "Das wohltemperierte
Klavier" zestawione z "Wariacjami Diabellego" w wykonaniu Piotra
Anderszewskiego). W tym roku postanowiłem przysłuchać się więc głównie muzyce
baroku, pozostawiając Beethovena w tle.
Pasja i oratorium
"Moim celem jest uczynić zawarty w muzyce sens zrozumiałym" - mówi dyrygent
Helmuth Rilling. Wymaga to wykonawców nie tylko gotowych na wszystko, ale zdolnych unieść
potężny ładunek emocji. "Pasja Mateuszowa" w interpretacji Rillinga stawała
się potężnym dramatem, ekspresją silnych namiętności i uczuć - ukazanych jednak
zbyt dosłownie, ilustracyjnie. Lothar Odinius (Ewangelista) starał się budować całość
ostrą i mocną kreską. Christian Gerhaher jako Chrystus sprawiał wrażenie, jakby
walczył z całym światem, chcąc go pokonać potęgą własnego głosu; tymczasem
najciekawsze jest w tej partii specyficzne napięcie pomiędzy boskością (władza, moc)
a człowieczeństwem (słabość, niemoc). Friedrich Boesch mógł się podobać w
recytatywach, natomiast arie były wyraźnie tylko odśpiewane - delikatnym i suchym dźwiękiem.
No i zawiodły niestety obie panie.
Wydarzeniem było niewątpliwie pierwsze polskie wykonanie oratorium Niccolň Jommellego
"La Passione" według libretta Metastasia. Władysław Kłosiewicz wraz z
solistami, zespołem Camerata Silesia oraz Musica Antiqua Collegium Varsoviense
zaprezentowali się poprawnie, z niezwykłą starannością oddając urok tego utworu.
Oratorium powstało w 1749 roku; Ewa Obniska w krótkim szkicu zamieszczonym w programie
napisała, że "muzyka Jomellego (przy całej maestrii warsztatu) dość szybko się
zestarzała". Dziś wydaje się powabna, pełna szlachetności i umiaru. Nie
znajdziemy w niej dramatycznych spięć, historia bowiem toczy się już po śmierci
Chrystusa; jest liryczną relacją jego najbliższych - Józefa, Jana, Piotra oraz Marii
Magdaleny. Szczególnie mogły podobać się altowe recytatywy i arie Doroty Lachowicz.
W Wielki Czwartek mieliśmy natomiast przedsmak radości świąt: zabrzmiał wielki
"Mesjasz" Haendla. Oratorium, w warstwie słownej wykorzystujące fragmenty
Biblii (głównie księgi Izajasza, Malachiasza, ewangelia Łukasza, listy), w warstwie
muzycznej zanurzone w stylu swojego czasu, w wykonaniu zespołu muzyki dawnej Boston
Baroque zabrzmiało niezwykle radośnie. Szkoda, że nie usłyszeliśmy go w Niedzielę
Zmartwychwstania; promienność śpiewu i dźwięków spotkałaby się z podniosłym
nastrojem dnia. Przyciągała zwłaszcza druga część, ukazująca mękę, śmierć i
zmartwychwstanie: dramatyczny fugowany chór "He was despised" (Był
wzgardzony), dialogowane fragmenty, brawurowa aria basu "Why do the Nations so
furiously" (Czemuż to burzą się narody), wreszcie słynne "Alleluja". O
sile wykonania stanowił nie tylko wyraziście rozplanowany kształt dramatyczny, ale także
spoiste brzmienie Boston Baroque oraz w miarę wyrównany zespół solistów.
Opera kameralna
Z operą na krakowskim festiwalu mieliśmy dotąd do czynienia jedynie podczas dwóch
koncertowych wykonań "Fidelia" Beethovena. Tym bardziej czekano na inscenizację
"Orfeusza" Monteverdiego (Warszawska Opera Kameralna). I tym większy zawód: od
strony reżyserskiej spektakl był pokazem złego gustu i kiepskiej wyobraźni. Ryszard
Peryt zilustrował jedynie opowiadaną historię groteskowym ruchem, statycznymi i
konwencjonalnymi pozami. Przestrzeń zabudowana fragmentem ściany zdobionym muzycznymi
instrumentami, dmącymi w trąby i ruszającymi się w końcowej scenie amorkami, sceny
podziemne skąpane w zielonym świetle, śpiewacy w kostiumach sugerujących nagość i
klasyczną budowę ciała...
A ta naprawdę genialna i wielka muzyka, opisująca niezwykły dramat, domaga się zupełnie
innych, nowych rozwiązań. W 1998 roku w Brukseli współpraca specjalizującej się w tańcu
nowoczesnym amerykańskiej choreografki Trishy Brown oraz świetnego dyrygenta Rene
Jacobsa doprowadziła do - jak to nazwała krytyka - "niezapomnianego teatru gestu
zrodzonego z muzyki". W 2002 roku Diane Paulson na scenie Chicago Opera Theater
pozbawiła "Orfeusza" mitologicznego kontekstu, zmieniając bogów i pasterzy w
przedstawicieli współczesnego zamożnego społeczeństwa. Peryt ograniczył się do
ustawienia śpiewaków niemal jak na koncercie. Dlaczego tak i tylko tak?
Nie zachwycił kameralny koncert Arto Norasa (wiolonczela) i Elżbiety Stefańskiej
(klawesyn). Początek wydał się zajmujący: Noras "III Suitę C-dur" Bacha
wykonał z wymaganą precyzją i namiętnością. Ale już obu sonatom (I oraz III)
brakowało spoistości brzmienia, wspólnoty pomiędzy dwoma ogniwami-instrumentami.
Jedynie wolne części ("Adagio") oraz zagrane na bis "Andante" z
"II Sonaty D-dur" wprowadziły oczekiwane zespolenie. Fortepianowa "Suita
angielska g-moll" Bacha w wykonaniu Rudolfa Buchbindera stała się natomiast wolno
snującą się muzyczką, mało przejrzystą, nie wydobywającą kunsztowności
Bachowskich planów.
"Jest nieśmiertelnym Bogiem harmonii" - mówił Beethoven o Bachu; "chciałbym
uklęknąć na jego grobie" - powiedział o Haendlu. Może najbardziej twórcze w
realizacji przewodniej myśli festiwalu było sympozjum. Jak choćby referat
"Beethoven i Bach, legenda historyczna" prof. Helmuta Loosa z Lipska: Beethoven
znał kompozycje Bacha i grywał je; jako dziewięcioletni uczeń Nicolausa Simrocka
rozczytywał preludia i fugi z "Das wohltemperierte Klavier", dwa lata później
grywał dzieła z tego tomu pod okiem Christiana Gottloba Neefego. W 1801 r. Beethoven
pisał do wydawcy: "to, że chce pan wydać dzieła Bacha, jest bliskie mojemu sercu,
które bije z szacunkiem dla tego ojca harmonii...". W 1825 r. powstawały szkice do
nieukończonej uwertury na temat b-a-c-h. Z tego samego roku pochodzą słowa Beethovena,
które zapisał Karl Gottlieb Freudenberg: "powinien nazywać się nie Bach
("strumień"), lecz Meer ("morze"), z powodu swojego nieskończonego,
niewyczerpalnego bogactwa kombinacji dźwiękowych i harmonii".
Oczywiście, na festiwalu obecna była także muzyka Beethovena. Choćby w romantycznie
wykonanym przez Juliana Rachlina "Koncercie skrzypcowym D-dur", tajemniczo
tanecznej (piękne żałobne "Assai meno presto") i brawurowej "VII
Symfonii" (NOSPR pod batutą Jana Krenza), klasycznie wyrazistym "Koncercie potrójnym
C-dur" (Elina Vähälä - skrzypce, Arto Noras - wiolonczela, Ralf Gothoni -
fortepian, świetna English Chamber Orchestra), wzorcowo monumentalnej "Missa
Solemnis" (Orkiestra i Chór Filharmonii Narodowej pod batutą Antoniego Wita),
wreszcie "IX Symfonii". Schillerowskie "Alle Menschen werden Brüder"
zakończyło w świąteczny poniedziałkowy wieczór festiwal; wykonanie hymnu Unii
Europejskiej niemal zbiegło się w czasie z podpisywaniem przez Polskę traktatu
akcesyjnego. Ale krakowskie wielkanocne święto muzyki wydaje się być w Europie od
zawsze, a dziś nawet bardziej w Europie (świecie) niż w samej Polsce. Dlaczego?
*
O znaczeniu każdego festiwalu świadczy przede wszystkim jego artystyczna jakość; ta w
Krakowie od zawsze utrzymuje raczej wysoki poziom. Ale zachodzi niebezpieczeństwo, że
festiwal "odkleja się" od Krakowa; może nie od krakowskich hotelarzy czy
restauratorów, ale od krakowskich (polskich) melomanów, dla których najzwyczajniej w świecie
zabraknie miejsca. Ponad połowę publiczności stanowią obcokrajowcy, na niektóre
koncerty ciężko było się dostać także dlatego, że większość miejsc została
zarezerwowana dla przyjezdnych grup. Czy miasto i państwo (Festiwal "sponsorują"
przecież w dużej części Urząd Miasta Krakowa oraz Ministerstwo Kultury i Sztuki) stać
na organizowanie kosztownej imprezy "turystycznej"? To może nie zarzut, tylko głośno
postawione pytanie, na które sam nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Oczywiście problem
też w tym, czy tych krakowskich melomanów może być jeszcze więcej... I na kim
organizatorom tak naprawdę zależy.
Zastanawiają także niektóre rozwiązania repertuarowe. Dlaczego bowiem podczas
Wielkanocnego Festiwalu nie wykonano dotychczas "I Symfonii" Beethovena, a aż
czterokrotnie "II Koncert fortepianowy"? Dlaczego w tym roku nie zabrzmiały
trzy ostatnie sonaty fortepianowe Beethovena (E-dur op. 109, As-dur op. 110, c-moll op.
111) czy ostatnie kwartety - dzieła, w których idiom barokowy odcisnął się chyba
najwyraźniej? Może też wreszcie przestać organizować przegląd, a zacząć - wzorem
choćby festiwalu w Salzburgu -inicjować rzeczy nowe? Na przykład zderzyć muzykę
Beethovena z jej XX-wiecznymi odbiciami czy odpryskami (choćby "Trójgraniasty
kapelusz" de Falli z cytatem "V Symfonii"). Czy wreszcie otworzyć nowe
drzwi i zadać kompozytorom - nie tylko krakowskim - twórczą łamigłówkę... Lista
utworów mogłaby być długa: "Symfonia na temat "Eroiki"",
"Sonata patetyczna", "Sonata Kreutzerowska", "Symfonia
pastoralna", Kwartet "Wielka fuga"", "Oda do radości" (Miłosz?
Szymborska? Lipska? Zagajewski?...). A może "Oda do smutku" Marcina Świetlickiego
jako podstawa symfonicznej kantaty...
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|