adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 17 (2807)
27 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Niemcy w końcu zjednoczone: przeciw wojnie w Iraku...


Pokój grasuje w Berlinie!

Joachim Trenkner z Berlina


Choć wojna w Iraku dobiega już końca, a sami Irakijczycy przyjęli upadek reżimu Husajna z radością i ulgą, w Niemczech nadal odbywają się antywojenne, pokojowe demonstracje. "Nie" dla wojny w Iraku było wprawdzie głównym motorem protestów, ale doszukać się w nich można także generalnej kontestacji globalnych stosunków politycznych.

Przechodnie na "Unter den Linden", centralnym bulwarze niemieckiej stolicy, byli ostatnio świadkami dziwacznego spektaklu. Jak zwykle w obu kierunkach posuwały się sznury samochodów - ale po środku, na pasie zieleni przecinającym ruchliwą ulicę, ciągnącą się od Bramy Brandenburskiej aż do Wyspy Muzeów, w rytm jednostajnych dźwięków bębna tańczyli wyznawcy Hare Kriszna, a latynoski band usiłował zagłuszyć wielkomiejski hałas. Wcześniej, na początku operacji w Iraku, w sercu Berlina rozbił się "Obóz Pokojowy". Wybór miejsca nie był przypadkowy: zaledwie 50 metrów dalej znajduje się chroniona przez metalowe kraty, armatki wodne i specjalne jednostki policji ambasada USA. Ameryka Busha - oto wróg demonstrantów.


"Wieczni aktywiści"

Przez całą dobę protestuje tu 50 bojowników o pokój. Śpią w śpiworach, a podczas chłodnych nocy ogrzewają się przy słodkawo pachnących świecach. - Wczoraj było nas 20, dziś jest nas już 50, a jutro będzie nas setka - opowiada 21-letnia inicjatorka tej symbolicznej straży. Dziewczyna mówi, że nazywa się "Szalom", ale to z pewnością jej pseudonim. Podczas zorganizowanej w dzień wybuchu wojny uczniowskiej demonstracji wpadła wspólnie z koleżanką na pomysł, by rozbić tu obóz i wytrwać aż do zakończenia walk. Dopiero od kilku tygodni mieszka w Berlinie, ale politycznie zaangażowana jest już od dawna. W Gorleben demonstrowała przeciw transportom atomowym. Nie ma, jak sama przyznaje, wykształcenia ani zawodu. Jest "wieczną aktywistką".

"Obóz pokojowy" rozrósł się w ciągu kilku dni. Organizacja "Greenpeace" zainstalowała na drewnianym stojaku wielki kościelny dzwon z brązu, aby co godzinę wybijać "melodię pokoju". Zaraz obok, na trzy i półmetrowej metalowej "pacyfie" zapala się (również co godzinę) kolejną świeczkę: - Nasz symbol jest już piękniejszy od bożonarodzeniowej choinki - chwali się członek Greenpeace. W sąsiedztwie agitują też postkomuniści z PDS, wykrzykując puste hasła pokojowe z dawno minionej ery NRD. Mają nadzieję, że w taki sposób uda się im zatrzymać dramatyczny odpływ zwolenników partii. Na marginesie: ponad sto metrów dalej, przed, również chronioną przez policjantów, masywną ambasadą rosyjską nikt nie protestuje przeciw polityce Putina wobec Czeczenii.

Nie ma wątpliwości: w Berlinie i całych Niemczech wybuchła walka o pokój, a jej aktywistów cechuje tak wspaniałe morale bojowe, że na ich widok każdy amerykański generał od Basry po Bagdad pękłby z zazdrości. W każdy poniedziałek - uczniowska demonstracja, w każdy weekend - gwiaździsty marsz pokojowo zaangażowanych obywateli. Czołowy berliński dziennik "Der Tagesspiegel" codziennie przedstawiał grafik demonstracji i nabożeństw pokojowych. Prezenter radia nadającego muzykę klasyczną poczuł się nawet zobowiązany, by popularny koncert niedzielny rozpocząć od "Motetu pokojowego" Heinricha Schütza, ponieważ ten napisał swe dzieło pod koniec wojny trzydziestoletniej (1648) jako protest przeciw wszystkim wojnom świata.

Czasem protesty przybierają dziwne, wręcz niedorzeczne formy. Matki z Eisenhüttenstadt nad Odrą, kiedyś Stalinogrodu, zorganizowały marsz pokojowy aż do Berlina. Burmistrz miasteczka Villingen (Badenia-Wirttembergia) polecił w pierwszy dzień wojny, by niemiecką flagę na ratuszu opuścić do połowy masztu. Lekarz z leżącego na północy kraju Rendsburga oświadczył, że nie będzie leczył ani Amerykanów, ani Brytyjczyków. W niektórych lewicujących knajpkach Berlina nie podaje się Coca-Coli jako symbolu "agresywnego amerykańskiego kapitalizmu". W pewnej berlińskiej szkole powróciły praktyki rodem z NRD: zachęcano dzieci, by pisały listy protestacyjne do Białego Domu.


Amerykanie źle widziani

W Berlinie mieszka 10 tys. Amerykanów. Ale teraz nie czują się tu mile widzianymi. Paradoksalnie, taka sytuacja panuje w mieście, które w długich i trudnych czasach zimnej wojny zawdzięczało wolność przede wszystkim amerykańskiej nieustępliwości. Niektóre maile, które trafiają do Jeffa Gedmina, szefa renomowanego transatlantyckiego Aspen Institute w Berlinie, brzmią wręcz złowrogo: "Nie chcemy mieć nic wspólnego z Pańskim brutalnym krajem, który pozwala sobą kierować człowiekowi choremu psychicznie" - można przeczytać w jednym z listów. W innym ktoś sugeruje Gedminowi, by wyjechał z Niemiec: "You are not welcome here!". Także i ci Amerykanie, którzy krytykują administrację Busha, czują się coraz bardziej wyobcowani z ich niemieckiego otoczenia. - Niemcy wyładowują na mnie własną rozpacz - skarży się biolog Derrick Williams, który w USA pewnie uczestniczyłby w antywojennych protestach, ale - jak tłumaczy: "W Niemczech zawsze muszę teraz stawać po amerykańskiej stronie".

W dziejach Republiki Federalnej nieraz dochodziło do masowych mobilizacji ruchu pokojowego. Jednak to właśnie konflikt wokół Iraku sprowokował największą demonstrację antywojenną w powojennych Niemczech: 15 lutego tego roku pół miliona ludzi wyszło na ulice Berlina. Obecne protesty cechuje też nowa jakość: nigdy dotąd rządzący i rządzeni nie byli tak zjednoczeni w swym "Nie" dla wojny. Dotychczas było wręcz przeciwnie: władze i społeczeństwo stały po różnych stronach barykady. Przykłady można mnożyć: protesty przeciwko powstaniu Bundeswehry (1955), wojnie w Wietnamie (1966-73), rozmieszczaniu przez NATO w Europie, w odpowiedzi na podobne kroki Rosjan, rakiet średniego zasięgu (1979-85) albo przeciw pierwszej wojnie w Zatoce (1991).

Obecny ruch pokojowy w Niemczech ma trzy główne źródła. Pierwszym jest przekonanie, że USA rozpętały sprzeczną z prawem międzynarodowym wojnę agresywną. Wciąż słyszy się, że do wybuchu walk doszło w momencie, gdy nadal możliwe było pokojowe, dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu na forum ONZ. Oczywiście, skrupulatnie przemilcza się fakt, że gdyby nie amerykański nacisk militarny, inspektorzy rozbrojeniowi w ogóle nie rozpoczęliby pracy. Drugim powodem protestów jest przekonanie, że amerykański rząd, wykorzystując swą unikalną w historii dominację ekonomiczną i wojskową, uprawia politykę hegemonialną. I wreszcie, trzecim powodem są protesty w innych krajach świata: niemieccy demonstranci mogą się przedstawiać jako część wspólnoty międzynarodowej.

"Nie" dla wojny w Iraku jest wprawdzie głównym motorem dzisiejszych demonstracji, ale doszukać się w nich można także generalnej kontestacji globalnych stosunków politycznych. Wśród protestujących zaskakująco wysoki jest odsetek tych, którzy sympatyzują z ruchem wymierzonym w neoliberalną globalizację - aż 75 proc. Choć w ruchu pokojowym reprezentowane są wszystkie grupy wiekowe, jednak jego znakiem rozpoznawczym stała się młodzież szkolna. Można tylko przypuszczać, dlaczego akurat właśnie uczniowie, czyli osoby między 12 a 18 rokiem życia, tak mocno zaangażowali się w protesty. Prawdopodobnie młodzi ludzie są wyczuleni na rozdźwięk między deklarowanymi wartościami moralnymi a faktycznymi działaniami. Zdaniem wielu młodych demonstrantów ten rozdźwięk jest szczególnie widoczny na przykładzie amerykańskich władz, które nie unikają moralizatorskich tonów, ale jednocześnie uprawiają twardą politykę siły.

Nowy niemiecki ruch pokojowy ma niewiele wspólnego z aktywistami z przeszłości - tak przynajmniej twierdzą ich apologeci. Dziś brakuje np. sloganów, wymyślanych na ciągnących się tygodniami naradach i dyskusjach. "Ideologię zastąpiły spontaniczne emocje, nieraz także naiwna wiara w dobro" - ocenia tygodnik "Der Spiegel". Brzmi dobrze, ale wcale nie musi być prawdziwe. Dziś, by zorganizować demonstrację, nie potrzeba przecież wielotygodniowych przygotowań. Dzięki nowoczesnym technikom komunikacji, poczcie elektronicznej i SMS-om, wystarczy parę godzin. A poza tym większość sloganów zaczerpnięta jest właśnie z przeszłości. Hasło "Buduj pokój bez broni" z lat 80. można dostrzec na obecnych demonstracjach równie często jak określenie wymyślone podczas protestów przeciwko wojnie w Wietnamie: "USA - międzynarodowa centrala ludobójcza". Nowością są co najwyżej nieco zaktualizowane antyamerykanizmy: "Wczoraj oszukiwał was Hitler, dzisiaj oszukuje was Bush" albo "Chroń Irak przed imperialistycznymi mordercami".

I nie ma się czemu dziwić, bo protestująca młodzież to córki i synowie zideologizowanego pokolenia roku 1968, które pod koniec lat 60. i na początku 70. odmieniło niemieckie społeczeństwo. Z tego pokolenia pochodzą i kanclerz Gerhard Schröder, i szef dyplomacji Joschka Fischer. A także nauczyciele protestujących dziś uczniów. Tutaj właśnie widoczna jest zasadnicza różnica między demonstrantami ze Wschodu i Zachodu. W NRD nie było przełomu roku 1968, tam walka o pokój była narzuconą z góry i zakłamaną doktryną państwową. I gdy chodzi o sprawy pokoju, Niemcy ze Wschodu zawsze czuli się szczególnie kompetentni. Dzisiejsza "walka o pokój" staje się dla nich czymś na kształt ucieczki - być może ostatnią szansą na legitymizację ich niechlubnej przeszłości.


Eksperci od pokoju

Ale jeden element jednoczy pokojowych aktywistów ze Wschodu i Zachodu - niechęć do Ameryki. Większość demonstrantów zaklina się wprawdzie, że nie są antyamerykańscy, a protestują wyłącznie przeciw amerykańskim władzom, jednak badania opinii wskazują, że kryzys stosunków między Niemcami a Amerykanami dotknął nie tylko relacji na szczeblu państwowym. Mimo że poprzednie protesty pokojowe również miały charakter masowy, Niemcy mieli w przeważającej większości pozytywny obraz Ameryki. Według danych instytutu Allensbach jeszcze w 1995 r. ponad 50 proc. badanych twierdziło, że USA są najlepszym przyjacielem Niemiec. Dziś jest ich zaledwie 11 proc. Niemcy wyraźnie dystansują się od Ameryki. Dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pisze nawet o "zagrożonej przyjaźni".

W przeciwieństwie do innych krajów, demonstracje pokojowe w Niemczech są rzeczywiście pokojowe - nie dochodzi podczas nich do bójek z policją czy aktów wandalizmu. Ale, podobnie jak na całym świecie, Niemcy wyklinają Busha, nazywając go zbrodniarzem. Natomiast o dyktatorze Husajnie wspomina się rzadko. A jeszcze rzadziej serio traktuje się potencjalnych zbrodniarzy we własnym kraju. Podczas gdy przeciwnicy wojny z zapałem demonstrowali, inni szykowali się w Berlinie do "ich" wojny: niemal w ostatniej chwili niemieckiej policji udało się zapobiec zamachowi zaplanowanemu na początku operacji w Iraku przez islamskie bojówki. I tak oto Niemcy głośno wołają o pokój w Iraku, protestują przeciw Ameryce i przy okazji nie dostrzegają niebezpieczeństwa, które czai się dwie ulice dalej w ich własnym kraju.

Można odrzucać wojnę w Iraku, ale wcale nie trzeba od razu być członkiem rozemocjonowanego ruchu pokojowego. Wielu Niemcom nie podoba się jego radykalna nietolerancja. Przede wszystkim wśród ludzi starszych można usłyszeć opinię: przed ponad 60 laty Niemcy zalali pół świata wojną, a dziś uszczęśliwiamy resztę naszą nieposkromioną walką o pokój. Gdy chodzi o pokój, trudno przelicytować Niemców. Jeden przykład: w ich kraju aż 30 instytutów zajmuje się badaniem i wspieraniem pokoju. Za granicą często narzeka się, że Niemcy zawsze muszą popadać w skrajności. Może rację miał mądry Winston Churchill, gdy stwierdził: "Albo Niemcy skaczą komuś do gardła, albo padają przed nim na kolana".

Przełożył Marek Zając


Joachim Trenkner, były reporter amerykańskiego tygodnika "Newsweek" i niemieckiej telewizji publicznej, jest stałym współpracownikiem "Tygodnika".


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny