dotb.gif

„TP”, Nr 17 (2807), 27 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2807/kraj05.php

Przemocy można się oduczyć


Łzy prawdziwego mężczyzny

Z Hamishem Sinclairem, twórcą programu edukacyjnego dla sprawców przemocy MANALIVE, rozmawia Wiktor Osiatyński


Program MANALIVE prowadzony jest w więzieniach oraz poradniach w San Francisco. W ciągu ostatnich 20 lat Hamish Sinclair prowadził zajęcia MANALIVE, rozwijał programy szkoleniowe dla sprawców, którzy chcieliby zostać terapeutami oraz stworzył nowe programy: YOUTHALIVE dla zapobiegania przemocy w szkołach podstawowych i TEENALIVE - w średnich. Sinclair jest laureatem wielu odznaczeń i nagród przyznanych za przeciwdziałanie przemocy, m.in. przez gubernatora stanu Kalifornia, zarząd miasta San Francisco, Komisję Miejską do spraw Równego Statusu Kobiet, Radę Sądownictwa Stanu Kalifornia oraz Program Usług na rzecz Bitych Kobiet w hrabstwie Marin.


WIKTOR OSIATYŃSKI: - Skąd u Pana zainteresowanie przemocą?

HAMISH SINCLAIR: Z doświadczenia. W młodości byłem działaczem związków zawodowych. Chadzaliśmy wtedy uzbrojeni, a w naszych działaniach było dużo przemocy. Wcześniej służyłem w wojsku, gdzie przedstawiciele państwa nauczyli mnie, jak należy strzelać i zabijać, aby okazać się prawdziwym mężczyzną. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że moja skłonność do przemocy może stanowić jakiś problem.

Z Detroit pojechałem na Uniwersytet Stanu Michigan, a w 1977 r. do Kalifornii, próbując zrozumieć przyczyny przemocy wobec kobiet, którą widziałem w ruchu związkowym. Im lepiej zapoznawałem się z rezultatami różnych badań, tym silniej zaczęły one do mnie przemawiać. Wreszcie zauważyłem, że mój stosunek do kobiet jest nacechowany dążeniem do kontroli i stosowaniem przymusu.

- Doszedł Pan do tego w wyniku studiów i lektur?

- Może to trochę pomogło, ale otworzyły mi oczy uczestniczki jednej z grup. Myślałem, że jestem miłym facetem o dobrym sercu i sprawnym umyśle, wrażliwym społecznie i wykonującym użyteczną pracę. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę mieć do rozwiązania problem własnej agresji. Nawet wtedy, gdy zostałem poddany konfrontacji, nie mogłem w to uwierzyć. Mówiłem sobie: "Nie, to niemożliwe. Ja ją tylko popchnąłem".

- Czy Pana przemoc miała fizyczny charakter?

- Tak. Opowiem zdarzenie, które pomogło mi to sobie uświadomić. W 1975 r. w Ann Arbor wynająłem pokój, który poprzednio zajmowała kobieta. Właściciel powiedział, że mogę się wprowadzać, ale okazało się, że w szafie są jeszcze rzeczy poprzedniej lokatorki. Nie było jej w domu, a ja się spieszyłem, toteż wyjąłem wszystko z szuflad i starannie poukładałem na łóżku. Myślałem, że robię jej przysługę. Włożyłem swoje rzeczy do szafy, wszystko wygładziłem i pojechałem po resztę dobytku.
Gdy wróciłem, moje rzeczy były rozrzucone po pokoju, który wyglądał jak po rabunku. Poszedłem do pokoju obok, w którym była poprzednia lokatorka, i zapytałem, co się stało. A ona z wrzaskiem: "Jak śmiałeś tknąć moje rzeczy?". I uderzyła mnie. Wtedy przewróciłem ją na łóżko. Ona nadal wrzeszczała i drapała mnie po twarzy, więc uderzyłem ją w klatkę piersiową, a potem zadałem kilka ciosów na oślep. Wstałem, gdy zamilkła. To było tak, jak kiedyś z moją siostrą: ona biła mnie, ja ją. Nigdy nie sądziłem, że w ogóle może być inaczej.
Gdy opowiedziałem to zdarzenie mojej grupie, współuczestniczki powiedziały: "Hamish, przecież to jest przemoc". Oczywiście zaprzeczyłem: "Jaka tam przemoc, przecież to ona uderzyła pierwsza". A one na to: "Ale to ty podejmowałeś decyzję, co zrobić, gdy ona cię uderzyła. Czemu sądzisz, że miałeś prawo oddać?". Nie mogłem zrozumieć, że gdy ktoś mnie uderzy, mogę nie oddać. Przecież jestem mężczyzną.

- A jeśli się odda, to czy to jest przemoc?

- Tak. To jest przemoc.

- To co ma zrobić ktoś, kiedy zostanie uderzony? Uciec? Wezwać policję?

- Wezwać policję. Nie mamy prawa reagować przemocą, gdy ktoś nas atakuje.

- A jeśli policji nie ma pod ręką albo nie reaguje?

- Są inne możliwości niż przemoc. Przecież ja wcale nie musiałem jej bić. Ona uderzyła pierwsza, ale to nie stanowiło dla mnie żadnego zagrożenia. Przecież bez żadnego wysiłku podniosłem ją do góry, rzuciłem na łóżko i pobiłem, samemu wychodząc bez obrażeń. Tym, co zostało obrażone, było moje przekonanie o władzy przypisanej mężczyznom. Myślałem: "Ta suka nie miała prawa wejść do mojego pokoju i powywracać moich rzeczy. Co ona sobie wyobraża? Że nie jestem mężczyzną!".

- Tak Pan pomyślał przed pierwszym ciosem?

- Nie musiałem tego świadomie pomyśleć. Takie były moje przekonania: żeby nie dać się nikomu poszturchiwać - mężczyźnie ani kobiecie. Ten system przekonań sprowadza się do tego, że mężczyzna stoi wyżej w hierarchii i powinien sprawować kontrolę. Nauczyliśmy się uważać, że gdy ktoś podważa to przekonanie lub nie jest nam posłuszny, musimy bronić męskiej wyższości, nawet używając siły. Ta wiara w męską wyższość jest źródłem przemocy i to nie tylko wobec kobiet i dzieci, które kochamy, ale także stosowanej między mężczyznami. Kobiet nie uczy się tego, że są wyżej w hierarchii, lecz, przeciwnie, akceptacji swojej niższości. W rezultacie, mimo wyjątków, są one bez porównania mniej skore do przemocy niż mężczyźni.

Macho i służąca z doktoratem

- Większość mężczyzn jednak normalnie żyje i pracuje, utrzymuje rodziny i nie podnosi ręki na żony i dzieci.

- Wcale nie jestem pewien, czy większość mężczyzn nie odnosi się dominująco do swoich partnerek lub dzieci, czy po prostu o tym nie wiemy. Nawet jeżeli faktycznie nie są agresywni, wystarczy pomyśleć, co mężczyźni przeważnie sądzą o podziale prac w domu. Czy nie uważają, że to kobiety mają zajmować się dziećmi i pieluchami? To one mają być w domu sprzątaczkami, kucharkami, służącymi. Kobieta może mieć doktorat, ale i tak ma zajmować się domem. A przecież ani poczucie wyższości, ani wyobrażony ideał mężczyzny nie są czymś naturalnym. Co dzieje się z kimś, kto przez całe życie jest przyuczany do rezygnacji z samego siebie? Kiedy celem życia staje się podporządkowanie własnej świadomości, tożsamości oraz najbardziej autentycznych uczuć narzuconemu z zewnątrz wyobrażeniu o męskiej dominacji, o tym, że trzeba być macho? Mój ojciec mówił: "Nigdy nie płacz, nawet gdy cierpisz. Jeśli zapłaczesz, stłukę cię na kwaśne jabłko". Bardzo szybko nauczyłem się, że nie mogę być Sobą, przez duże S.

- Czy w dzieciństwie zdarzało się Panu płakać?

- Nigdy, przenigdy. Zawsze musiałem bronić się przed własnymi uczuciami. Musiałem grać rolę twardziela, któremu nikt nigdy nie zagra na nosie. Nigdy nie wracałem do domu z płaczem, nigdy nie użalałem się, że ktoś zrobił mi krzywdę. Po prostu oddawałem mu.

- Jak można żyć na służbie narzuconego z zewnątrz wyobrażenia, bez kontaktu z sobą?

- Kiedy podporządkowujemy naszą wrażliwość społecznemu wyobrażeniu o tym, jacy powinniśmy być, czujemy pustkę. Próbujemy wypełnić ją alkoholem, narkotykami, czy jakimś kompulsywnym zachowaniem. Kiedy poszukujesz swej tożsamości w zewnętrznym wyobrażeniu, kiedy systematycznie jesteś uczony być kimś, kim nie jesteś, uzależniasz się od doświadczeń zewnętrznych wobec siebie, bo tylko dzięki nim możesz mieć dobre mniemanie o sobie. Myślę, że właśnie dlatego mamy tak wiele uzależnień. Kiedy jesteśmy przywiązani do wyobrażeń, pragniemy większego samochodu. Albo większego kraju. To dlatego tak powszechnym uzależnieniem jest nacjonalizm, prowadzący do wojen.

- Czy sądzi Pan, że na większość mężczyzn obraz "prawdziwego mężczyzny" działa jak narkotyk?

- Tak. Bo on wypełnia tę próżnię. Gdy ktoś podważa nasz obraz mężczyzny, złudzenie macho, którego się trzymamy, pryska. Określam to jako "moment zgubnego zagrożenia", bardzo niebezpieczny, zdarzający się zazwyczaj długo po tym, gdy jako chłopcy zrezygnowaliśmy z siebie. W chwili "zgubnego zagrożenia" nie mamy niczego: ani siebie, ani złudzenia. To jest chwila całkowitego kryzysu tożsamości.


Płatny morderca obejmuje władzę

- Kim więc jestem w takiej chwili?

- Nikim. Czujesz się niszczony, pokonywany i chcesz uderzyć. Jednakże nawet wówczas, gdy ktoś podważa ten twój obraz, wcale nie jesteś niszczony. My to tylko tak odczuwamy, ponieważ ulokowaliśmy wyobrażenie o sobie w obrazie, który w programie MANALIVE określiliśmy jako Hit Man.

Pojęcie wywodzi się z mafii, gdzie oznacza płatnego zabójcę. Hit Man działa potajemnie, ofiara nie wie, kto nim jest. Podobnie w nas samych. W wyniku wdrażania do męskiej roli nie ma łączności między prawdziwym mną a moim Hit Manem. Rezygnując już w dzieciństwie z samych siebie, uczymy się odgradzać autentycznego siebie od swoich postaw i zachowań, tworząc właśnie ów obraz niszczyciela i zabójcy. Ale on niszczy przede wszystkim nas samych. I to właśnie jest najgorsze: musimy najpierw zniszczyć samych siebie, aby zdobyć doświadczenie potrzebne do niszczenia innych.

- Czy Hit Man automatycznie atakuje w chwili "zgubnego zagrożenia"?

- Hit Man jest bytem wyuczonym, któremu mogę oddać władzę lub nie. W momencie "zgubnego zagrożenia" mam wybór: mogę wybrać bliskość, czyli wysłuchać drugiego człowieka i samemu się przed nim otworzyć, albo wybrać drogę kontroli i przymusu, czyli przemocy. W chwili, gdy lokatorka podważyła moją władzę do przeniesienia jej rzeczy, dokonałem błyskawicznych porównań: siebie z obrazem męskiej wyższości oraz jej zachowania z wyobrażeniem o kobiecej niższości. Pomyślałem, że ona jako kobieta powinna się podporządkować, a ja powinienem okazać męską wyższość. Potrzebowałem doświadczenia wyższości, aby jakoś poradzić sobie z sytuacją. Tymczasem ona mnie uderzyła, więc postanowiłem wyegzekwować wyższość, stosując przemoc.

- Mówi Pan, że Hit Man w dużej mierze działa poza świadomością. Czy może być tak, że rozpoznam w sobie
Hit Mana, zrozumiem własną skłonność do przemocy i zmienię się?


- To nie takie proste. Wielu ludzi może zaprzestać przemocy fizycznej od razu, ale to nie wystarcza, bo po zaniechaniu przemocy fizycznej zazwyczaj nasila się przemoc emocjonalna i werbalna. Wtedy padają groźby: "Nie dam ci pieniędzy", "Wiesz, że to ja trzymam kasę". Dobrym przykładem przemocy emocjonalnej jest wykorzystywanie dzieci w walce o kontrolę, np.: nie przychodzenie na czas, by wziąć do siebie dziecko albo zbyt późne odprowadzanie dziecka do matki.

Podstawowe umiejętności, jakich uczymy w programie MANALIVE, to słuchanie i mówienie o sobie. Najważniejsze to trafić do serc, bo prawdziwa zmiana musi dokonać się w sercu.

- Jak tam można trafić?

- Sadzając cię między podobnymi do ciebie ludźmi, którzy powiedzą: "Wiktor, nie tędy droga. Moje własne życie zmieniło się na lepsze, od kiedy wyrzekłem się przemocy".

- Ale najpierw muszę zechcieć usiąść między wami.

- Najczęściej pomagają nam w tym sądy. Większość naszych klientów była za coś zatrzymana, najczęściej za przemoc skierowaną przeciw partnerowi lub innemu członkowi rodziny.
Wyleczcie naszych
mężczyzn z przemocy

- Czy przemoc w rodzinie jest przestępstwem?

- Od niedawna. Wcześniej była tolerowana jako "prywatna sprawa" rodziny. W połowie lat 60., w ramach powstającego ruchu kobiecego, kobiety uświadomiły sobie, że mają wspólne przeżycia jako ofiary przemocy. Powstało wiele ośrodków pomocy dla ofiar gwałtu oraz schronisk dla bitych kobiet. W połowie lat 80. było oczywiste, że schroniska pomagają kobietom, ale nie rozwiązują problemu. Im więcej budowano schronisk, tym szybciej zapełniały je bite kobiety. Podjęto wówczas kampanię na rzecz zmiany prawa karnego i wprowadzenia przepisów gwarantujących kobietom lepszą ochronę.

- Dlaczego potrzebne były nowe przepisy?

- Bo przemoc w domu nigdy nie była ścigana. Jeżeli ktoś kogoś pobił, w tym także swego partnera, poza domem, mógł być zatrzymany za napaść i pobicie. Ale jeśli ktoś pobił żonę w domu, nic się nie działo. Dopiero w 1991 r. wprowadzono kary więzienia dla sprawców. Ich partnerki nie chciały jednak, by szli do więzienia, bo były wtedy pozbawione środków do życia, a dzieci traciły kontakt z ojcami. Kobiety chciały, aby mężczyźni przestali je bić, a organizacje kobiece domagały się, by sędziowie zamiast do więzień posyłali mężów bitych kobiet na leczenie z przemocy.

Powstało wiele programów leczenia i zapobiegania przemocy. Jeśli ktoś ukończył taki program, umarzano przeciw niemu sprawę. Tyle że to nie przynosiło rezultatów: sąd posyłał kogoś na leczenie i później nic się nie działo, ponieważ kuratorzy nie interesowali się sprawcami. W 1993 r. znów zmieniono prawo, wprowadzając w sprawach przemocy domowej obowiązkowy areszt, rozprawę i wyrok. Odtąd sprawcy są kierowani na program leczenia już po wyroku.

- Zamiast więzienia?

- Nie. Istnieją programy MANALIVE dla sprawców przemocy domowej w aresztach miejskich w San Francisco, stanowym więzieniu San Quentin, ale też w wielu społecznościach na wolności. Każdy, kto już był sprawcą przemocy domowej lub innej w ciągu poprzednich 10 lat, musi iść do więzienia. Z programów na wolności mogą korzystać tylko ci, którym zdarzyło się to po raz pierwszy.

- Kto płaci za ich uczestnictwo w programie?

- Oni sami, bo to jest część kary. Opłata zależy od zarobków: każda sesja kosztuje jeden promil rocznych dochodów brutto, np.: zarabiający 20 tys. dolarów rocznie, płaci 20 dolarów za sesję. W San Francisco szeryf stworzył w swoim biurze specjalny program dla sprawców bez dochodu oraz bezdomnych.

Jeśli ktoś się nie pojawia, informujemy o tym kuratora. Jeśli zobowiązany nie wróci na zajęcia, kurator przyprowadza go do sędziego, ten każe go zamknąć w więzieniu, gdzie też możemy go włączyć do programu leczenia. W efekcie w San Francisco mamy całkiem skuteczny system radzenia sobie z przemocą.

Odpuść już, możesz być sobą

- Na czym polegają zajęcia z ofiarami?

- Ofiara przemocy dzieli się z osadzonymi sprawcami przeżyciami oraz uczuciami w chwili przestępstwa i później. Po przerwie sprawcy przemocy, już bez ofiary, ale w obecności terapeuty, analizują to, co usłyszeli oraz utożsamiają się z tymi fragmentami, które odnoszą się do ich przemocy. Pomaga im to przezwyciężyć system zaprzeczeń, dostrzec własną przemoc w najdrobniejszych szczegółach oraz ułatwia pojawienie się współczucia dla ofiar.

Ofiary nie spotykają się z własnymi oprawcami, lecz ze sprawcami innych przestępstw w obecności specjalnie przeszkolonych prowadzących, którzy chronią ofiarę przed jakąkolwiek dodatkową krzywdą werbalną lub emocjonalną. Zazwyczaj jednak możliwość opowiedzenia własnej historii, wyrażenia uczuć wywołanych gwałtownym aktem oraz spotkanie ze sprawcami przyczynia się do uleczenia ofiary. Najwięcej energii pochłania jednak praca ze sprawcami.

- Na czym ona polega?

- W pierwszej fazie sprawcy uczą się zauważać moment "zgubnego zagrożenia" oraz wybierać bliskość zamiast przemocy. Uczą się, jak radzić sobie z męskim dążeniem do władzy - jeśli nie będą oczekiwać posłuszeństwa, nie będą egzekwować władzy przemocą. W drugiej fazie poznają bliskość - umiejętność utrzymywania relacji międzyludzkich za pomocą innych środków niż przemoc, kontrola i przymus. Trzecia faza polega na właściwej resocjalizacji.

W ciągu pięciu lat od odbycia kary, liczba ponownych zatrzymań za gwałtowne przestępstwa wśród uczestników 4-miesięcznego programu prowadzonego w więzieniu zmniejszyła się o 80 proc. w porównaniu z więźniami, którzy nie przechodzili tego programu. Istnieje wiele przyczyn skuteczności programu, ale fakt, że wszyscy prowadzący przeszli przez program, a wielu przez więzienie, ma ogromne znaczenie.

Większość ludzi jest z natury dobra. Uczymy się być podstępni, brutalni i napastliwi, by utrzymać maskę władzy, ale każdy mężczyzna chętnie ją zdejmie, gdy znajdzie się wśród podobnych sobie, którzy zrobią to samo. Najważniejsze, żeby to byli ludzie tacy jak on, co codziennie wkładają portki i idą do roboty, a nie profesorowie zamknięci w swoich gabinetach. Kiedy siądzie wśród nich i usłyszy, że nie musi już więcej bić, może odpuścić, być sobą i cieszyć się, że jest człowiekiem - zazwyczaj czuje ulgę. Szczególnie dobrze widać to w więzieniu.

- Co się z nimi dzieje po wyjściu stamtąd?

- Przez ostatnie trzy lata, co roku wychodziło z aresztów 1200 absolwentów naszego programu. Drugie tyle uczestniczyło w programie otwartym, na wolności. To daje 2400 odmienionych sprawców przemocy rocznie w San Francisco. Kiedy idę na mecz piłkarski, ludzie co chwila mówią do mnie: "Sie masz, Hamish, pamiętasz mnie? To już pięć lat". Nawet nie wiem, kim są. Mamy sieć naszych ludzi we wszystkich dzielnicach wysokiego ryzyka. Wrócili do pracy, dawnej rodziny albo pozakładali nowe. Wiedzą, gdzie znaleźć program otwarty, gdy czują, że grozi im nawrót przemocy.

- Czy zdarzają się ludzie, których nigdy nie zatrzymała policja, tylko dowiedzieli się o was od innych, utożsamili się z nimi i zgłosili się po pomoc, nie czekając na wyrok sądowy?

- Jednym z naszych klientów był majster budowlany na siedemnastym piętrze wznoszonego w San Francisco wieżowca. Podczas przerwy obiadowej powiedział, że nie był poprzedniego wieczora na meczu, bo miał zajęcia z przemocy w MANALIVE. Ktoś zapytał, co to jest. "Uderzyłem żonę" - odpowiedział. "No i co z tego, każdy bije żonę" - wyśmiali go koledzy. Na następnych zajęciach majster nie krył niezadowolenia i zapytał, co ma robić w pracy, bo nie może sobie z tymi typkami poradzić. Poradziliśmy mu, żeby nie oczekiwał, że uda mu się sprowadzić kogoś z nich do nas - "Ale nie przejmuj się, tylko nadal o tym opowiadaj". Tak robił, aż któregoś dnia po obiedzie podszedł do niego młody chłopak i zapytał, na czym polegają zajęcia. Majster opowiedział. Chłopak zaskoczył i odtąd podczas obiadu rozmawiali o tym, co było na zajęciach. Niedługo trafił do nas trzeci z tej brygady, a wreszcie czwarty. Po trzech tygodniach na siedemnastym piętrze wieżowca codziennie podczas obiadu odbywały się zajęcia MANALIVE. Okazało się, że każdy, kto tam pracował, stosował jakąś formę przemocy wobec swej partnerki.


Rozmowy prof. Wiktora Osiatyńskiego (specjalisty w dziedzinie porównawczego konstytucjonalizmu i praw człowieka oraz wykładowcy Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego) na temat przestępczości, przemocy, pracy policji i sądów oraz rehabilitacji przestępców ukażą się w książce "O zbrodniach i karach" wydanej przez Media Rodzina. Tam też znajdzie się pełna wersja rozmowy z Hamishem Sinclairem.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl