|
„TP”, Nr 17 (2807), 27 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2807/kraj03.php
Powrót siedmiu oficerów
Jacek Antczak
Czy czaszki, które latami w szafie swego gabinetu ukrywał przed władzami PRL
profesor Bolesław Popielski z wrocławskiego Zakładu Medycyny Sądowej, należały do
polskich oficerów, zamordowanych przez Sowietów w 1940 roku? Jeśli badania to
potwierdzą, być może dzięki analizom DNA uda się zidentyfikować - i pochować, już
w Polsce szczątki siedmiu ofiar Katynia.
- Może i profesor Gerhard Buhtz był nazistą, cholera go wie, ale z pewnością był
prawdomówny - argumenty Krzysztofa Sosny są dosadne, choć merytoryczne. Sosna,
wiceprezes Dolnośląskich Rodzin Katyńskich, kilkakrotnie czytał raport niemieckiego
anatomopatologa z Breslau (dziś Wrocław), który wiosną 1943 r. przeprowadzał w
Katyniu pierwszą ekshumację zwłok, dokonaną przez Niemców okupujących wtedy tę
część ZSRR. Dlatego Sosna jest przekonany ("tak na 98 procent"), że czaszki
- oznaczone jako: V1, V13, B4, B 19, B 20 i B 28 - które od 60 lat spoczywają w Katedrze
Medycyny Sądowej (kiedyś niemieckiej, po 1945 r. polskiej) przy wrocławskiej Akademii
Medycznej, pochodzą właśnie z Katynia.
Być może wkrótce pewność będzie stuprocentowa: w 60. rocznicę ujawnienia zbrodni i
w 63 lata po tym mordzie, genetycy i anatomopatolodzy z Zakładu Medycyny Sądowej
zaczęli przeprowadzać badania czaszek pozostawionych im "w spadku" przez
poprzednich szefów placówki: profesora-nazistę z Breslau i polskiego naukowca ze Lwowa.
Poza analizami i próbą wyselekcjonowania DNA ze szczątków kości naukowcy zamieniają
się w detektywów: o swym śledztwie opowiadają z taką pasją, jakby zapomnieli, że
nie chodzi o zagadkę kryminalną z przedwczoraj, ale o zbrodnię sprzed 63 lat: - To
bardzo ciekawa sprawa. Nie mamy jeszcze dowodów, ale poszlaki są bardzo mocne -
tłumaczą genetyk dr Tadeusz Dobosz i anatomopatolog dr Jerzy Kawecki.
Z pomocą pracowników IPN-u szukają katyńskiego raportu Buhtza, zaglądają do
wrocławskich archiwów. Szukają tropów tajemniczego lekarza, który w maju 1945 r.
pojawił się w Zakładzie Medycyny Sądowej przed NKWD. Każdy świadek może
uprawdopodobnić ich hipotezę. A to byłoby sensacja.
- Nigdzie poza Katyniem nie znaleziono dotąd żadnych szczątków - mówi Andrzej
Przewoźnik, szef Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. - Co więcej, w 1943 r.
zaginęła cała spuścizna materialna (znaleziona przy okazji niemieckiej ekshumacji) po
oficerach katyńskich i wciąż szukamy śladów pozwalających zrekonstruować jej losy.
Gdyby te czaszki były jej częścią, mielibyśmy do czynienia z wielkim wydarzeniem.
Leon Kieres, prezes IPN, dodaje, że takie czekające na wyjaśnienie od pół wieku
sprawy pokazują, jak uzasadnione jest istnienie Instytutu.
Obaj są ostrożni: - To byłoby wielkie odkrycie. Ale w tej chwili to nadal hipotezy.
Tymczasem hipotezy stają się coraz bardziej prawdopodobne - i fantastyczne. Choćby
odkrycie, że wśród szczątek jest czaszka kobiety. W Katyniu zginęła jedna kobieta:
porucznik lotnictwa.
Kwiecień 1943
Las w Katyniu. Prof. Gerhard Buhtz, szef Zakładu Medycyny Sądowej uniwersytetu w
Breslau, wraz z asystentem, dr. Wernerem Beckiem, przewodniczy ekshumacji, w asyście
specjalistów z kilku krajów, zaproszonych przez Niemców dla uwiarygodnienia ich
odkrycia.
Marian Wodziński, krakowski anatomopatolog z polskiej komisji PCK, który był wtedy w
Katyniu w grupie kilku Polaków, wspomina, że Buhtz miał naukowe podejście do rzeczy i
urządził w pobliskim Smoleńsku polowe laboratorium sądowo-medyczne.
"Zostałem zaproszony do obejrzenia zbiorów preparatów ze zwłok katyńskich.
Pokazywano mi tam preparaty z ran wlotowych z cechami postrzału z pobliża oraz preparaty
czaszek z typowymi postrzałami katyńskimi" - relacjonował w 1947 r. Wodziński,
który był jedynym polskim lekarzem obecnym wtedy w Katyniu.
Miał tam być także, ale nie dojechał, między innymi docent Bolesław Popielski ze
Lwowa. Tymczasem to ten właśnie naukowiec przez całe życie będzie mieć do czynienia
ze szczątkami oficerów - i stanie się postacią kluczową tej historii.
To Popielski, już jako profesor, wygnany ze Lwowa do Wrocławia, będzie
"strażnikiem pieczęci", mającym zawsze nadzieję, że sprawa "jego"
czaszek - jego, bo znalezionych i przechowywanych w jego Zakładzie - zostanie kiedyś
wyjaśniona.
Tuż przed śmiercią, w 1997 r., w jednej ze swych prac upominał się o wyjaśnienie
okoliczności zaginięcia spuścizny katyńskiej. Sam przetłumaczył zeznania Becka,
złożone w 1950 r. konsulowi USA. Popielski opisywał też zasługi polskich
anatomopatologów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy w czasie okupacji pracowali nad
katyńską spuścizną.
Nie wspomina, że w 1943 r. on również pracował w Krakowie.
Dwa lata później trafił do Wrocławia.
Szafa profesora
Kwiecień 2003 roku, Zakład Medycyny Sądowej Akademii Medycznej we Wrocławiu.
Tadeusz Dobosz i Jerzy Kawecki obracają w dłoniach kilka czaszek. Pokazują na
"potyliczne rany wlotowe z cechami postrzału".
Widać, że mają pretensję do nieżyjącego już niemieckiego naukowca: - Buhtz gotował
te szczątki w czymś niedobrym dla kwasu nukleinowego - martwi się dr Dobosz. -
Prawdopodobnie dlatego pierwsza próba wyselekcjonowania DNA nam się nie udała. Teraz
próbujemy pobrać materiał z innej części kości i pracujemy nad nimi inną metodą -
dodaje.
Cały zespół Zakładu uparł się, że sprawę wyjaśni.
Wrocławscy eksperci, uczniowie prof. Popielskiego, który kierował placówką przez
ponad 50 lat, wierzą, że w taki sposób wypełniają "testament" mistrza. -
Tak, profesora Popielskiego nazwałbym "strażnikiem pieczęci" - mówi dr
Kawecki. - On wiedział, co trzyma w szafie, ale spokojnie czekał na czas, kiedy będzie
można to ujawnić bez uszczerbku dla prawdy historycznej. Jakikolwiek przeciek groził
tym, że znaleziskiem zainteresują się komunistyczne służby specjalne, że
skonfiskują szczątki i ślad po nich zaginie.
- Przecież - dodaje Kawecki - aż do końca lat 80. władze PRL nie mogły pozwolić, aby
wieść o znalezieniu szczątków polskich oficerów zamordowanych przez Rosjan, ujrzała
światło dzienne.
"Strażnik pieczęci" dopuszczał do tajemnicy osoby zaufane. Kawecki wspomina,
jak w połowie lat 80. rozmawiał z szefem o sprawach masowych mordów sowieckich: - W
pewnym momencie profesor otworzył szafę, wyjął czaszki i powiedział: "A teraz
koledze coś pokażę, to są szczątki oficerów zamordowanych w Katyniu". Poczułem
nobilitację dostąpienia do tajemnicy i emocje, bo przecież poza kilkoma osobami, które
uczestniczyły w ekshumacji przed 50 laty nikt nie mógł dotknąć materialnych dowodów
tej zbrodni.
Po co Dobosz z Kaweckim prowadzą dziś badania genetyczne? Chcą wyizolować DNA z
czaszek i określić ich kod genetyczny. Potem metodą superprojekcji nałożą zdjęcia
czaszek na zdjęcia z "Księgi Katyńskiej", zawierającej fotografie
zamordowanych. W ten sposób wyselekcjonują grupę osób, do których czaszki te mogły
należeć - i postarają się dotrzeć do ich potomków, aby pobrać od nich DNA.
Następnie porównają profile genetyczne.
Przed badaniami genetycznymi powstała ekspertyza anatomopatologiczna. Kawecki,
specjalista od morderstw, na podstawie samych oględzin szczątków nie był jednak w
stanie podać daty zbrodni. - To niemożliwe, bo czaszki pozbawione są tkanek miękkich i
spreparowane do celów muzealnych - wyjaśnia. Ale z jego raportu wynika, że chodzi o
siedem czaszek "mężczyzn w wieku od 30 do 40, albo od 40 do 50 lat. (...)
Prawdopodobną przyczyną ich śmierci był postrzał głowy z raną okolicy potylicznej,
co sugeruje, że zginęli w ten sam sposób, podczas egzekucji. (...) Pomiary otworów
wlotowych i niektórych wylotowych wskazują, że zginęli od strzałów z broni
krótkiej, o kalibrze 7.65". Taki kaliber miała broń, której Sowieci używali w
Katyniu.
A może to pozostałości innej egzekucji? Przecież Niemcy także mordowali strzałami w
głowę.
- Ale nie w ten sposób - anatomopatolog jest niemal pewien, że to czaszki katyńskie.
Dla prawdy i dla rodzin
Warszawa-Moskwa, kwiecień 2003.
Prokurator Robert Janicki z Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu
(komisji śledczej IPN) wspomina, że gdy kilka miesięcy temu prezes Kieres zapytał o
"czaszki katyńskie z Wrocława", w Instytucie zawrzało. Prokuratorzy szukali
śladów "wrocławskiego wątku" sprawy katyńskiej. Okazało się, że
materiały są, a prof. Popielskiego w sprawie tego, co ukrywał w szafie gabinetu,
przesłuchiwano już na początku lat 90. Potem o sprawie zapomniano. Dlaczego?
- Nie wiem, po prostu ta sprawa nie miała szczęścia - kwituje jeden z prokuratorów,
który przed 12 laty, jeszcze z ramienia ministerstwa sprawiedliwości zajmował się
Katyniem.
Zarówno akta z przesłuchania Popielskiego, jak i anatomopatologiczne ekspertyzy
"wrocławskich czaszek" wykonane w grudniu 2002 r. trafiają także - jeśli nie
przede wszystkim, z punktu widzenia prawnego - do Rosjan: najpierw przegląda je
wrocławski prokurator Tomasz Rojek z IPN, potem prokurator Janicki z Głównej Komisji, a
stamtąd lecą do Moskwy (kopie zostają w Polsce). Powód: Polska nie prowadzi swojego
śledztwa w sprawie katyńskiej. - Zajmuje się tym strona rosyjska i nie możemy
podejmować prawnych działań bez konsultacji z naszym ministrem spraw zagranicznych i
uzgodnień z rządem rosyjskim - wyjaśnia prof. Kieres.
Prokurator Janicki dodaje, że IPN zbiera materiał dowodowy dla Naczelnej Prokuratury
Wojskowej Federacji Rosyjskiej. - Co nie oznacza, że nasi prokuratorzy, historycy i
archiwiści nie mogą pomagać w wyjaśnieniu zagadki czaszek - dodaje. - Także dla
rodzin ofiar, które na to liczą.
Hipotezy
Lata 1943-1989. Kraków, Breslau, Drezno, Wrocław.
W 1943 r. Niemcy przewożą z Katynia do Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie 14 skrzyń
z dokumentami i przedmiotami wydobytymi z grobów w czasie ekshumacji. Część dowodów
zbrodni i spuściznę po oficerach zamierza podobno wykraść wywiad Armii Krajowej, ale
nie udaje się. Gdy Armia Czerwona zbliża się do Krakowa, szef wszystkich placówek
Medycyny Sądowej w okupowanej Polsce, doktor Werner Beck (który wcześniej był
asystentem Buhtza w Breslau) wywozi wszelkie materiały katyńskie do Instytutu Anatomii
Uniwersytetu Wrocławskiego. Jeszcze w drodze, między Krakowem a Wrocławiem, niemieccy
eksperci kontynuują badania identyfikacyjne.
Beck zeznał w 1950 r. w Hamburgu Amerykanom, że 22 stycznia 1945 r. przyjechał do
Wrocławia, zabrał skrzynie i postanowił przekazać je Międzynarodowemu Czerwonemu
Krzyżowi lub wojskom USA. Jednak z obawy, aby depozyt nie wpadł w ręce tropiących go
Rosjan, został spalony na dworcu kolejowym w Radebeul pod Dreznem.
O czaszkach Beck nie wspominał.
Czy któraś ze skrzyń Becka pozostała więc we Wrocławiu? A może czaszki były
"prywatnymi" zbiorami Buhtza, który przesłał je z Katynia, przez Kraków, do
macierzystej placówki?
Buhtz zginął w 1944 r. na Ukrainie. Jego "zdobyczne" eksponaty, w tym być
może czaszki katyńskie, pozostały w muzeum Zakładu Medycyny Sądowej do czasu, gdy
rozpoczęły się boje o "Festung Breslau", trwające do pierwszych dni maja
1945.
Z tego czasu pochodzi relacja polskiego jeńca, lekarza, który w maju 1945 r. trafił na
teren wydziału lekarskiego Uniwersytetu Wrocławskiego, do muzeum Zakładu Medycyny
Sądowej. W pomieszczeniach natknął się na szafę z szufladami zawierającymi zdjęcia
zwłok polskich żołnierzy. Lekarz zdziwił się. Potem zauważył skrzynię z
zatęchłymi, brudnymi mundurami Polaków i innymi rzeczami osobistymi wskazującymi, że
należały do oficerów.
Jeszcze w latach 90. lekarz opowiadał podobno tę historię na spotkaniu Towarzystwa
Lekarskiego. Teraz byłby cennym świadkiem.
Pół wieku milczenia
W drugiej połowie 1945 r. do Wrocławia przyjeżdża prof. Popielski: ma zorganizować
Zakład Medycyny Sądowej. Pokieruje nim przez następne 50 lat.
Na razie budynek zastaje rozszabrowany, w muzeum nie zostało nic cennego. Profesor ma
wrażenie, że oddziały NKWD, które jeździły tam, gdzie trzeba i
"czyściły" sprawy niepewne politycznie, już złożyły tutaj wizytę. Po
pewnym czasie Popielski znajduje jednak czaszki, które uznaje za katyńskie. Dlaczego
Rosjanie je zostawili? - Być może czaszki, jak to czaszki, stały sobie na półkach,
nie różniąc się od innych i nie zainteresowały
Sowietów - spekuluje dr Kawecki.
A może dlatego, że Buhtz dla eksponatów z Katynia miał specjalne miejsce w muzeum?
Wskazuje na to jeden z prokuratorów, który w 1991 r. przesłuchiwał Popielskiego.
Profesor miał twierdzić, że czaszki były w skrytce, za regałami.
Wtedy, po dokonaniu swego odkrycia, prof. Popielski schował czaszki do szafy w swoim
gabinecie. Uznał, że to nie najlepszy czas, by mówić komukolwiek o odkryciu. Nawet
jeszcze w latach 90., gdy prawda o Katyniu nie była już tajemnicą, a w uroczystościach
w Katyniu uczestniczyli także politycy rosyjscy, Popielski strzegł swojej tajemnicy.
Dopiero kilka lat temu pokazał czaszki pewnej członkini Dolnośląskiej Rodziny
Katyńskiej.
Po śmierci profesora Rodziny Katyńskie postanowiły doprowadzić do wyjaśnienia sprawy:
zidentyfikowania ofiar i pochowania szczątków. Napisali do rektora Akademii Medycznej
oraz do Barbary Świątek, następczyni Popielskiego. Ta potwierdziła, że czaszki
istnieją. Z szafy Popielskiego trafiły do muzeum zakładu. Barbara Świątek pisała:
"Co pewien czas różne instytucje i upoważnione osoby wykazują zainteresowaniem
tymi czaszkami; krótkotrwałe i bez określenia celu". "Dziękujemy za
życzliwość w poszukiwaniu prawdy" - odpisał Krzysztof Sosna z Rodzin Katyńskich,
prosząc o ustalenie płci, wieku ofiar, wieku znaleziska i kalibru broni.
Sen Janiny Buczyłko
Niektórzy potomkowie oficerów z Katynia mieszkają we Wrocławiu, kilkaset metrów od
Zakładu Medycyny Sądowej.
Mówią, że całe życie nie opuszczała ich myśl o odległym o kilka tysięcy
kilometrów miejscu śmierci ojców. Gdy dowiedzieli się, że szczątki ich krewnych -
być może... - znajdują się blisko, na wyciągnięcie ręki, pomyśleli, że pięknie
byłoby pochować je uroczyście, w Polsce.
- Od 60 lat śni mi się taki sam sen: że jestem znowu małą dziewczynką, a tato wraca
do domu. To dziwny sen, bo nigdy nie widzę jego twarzy. Jest zawsze odwrócony albo w
półmroku - Janina Buczyłko, z domu Błaszczakiewicz, nie potrafi opanować łez, gdy
wspomina ojca.
Dumny mężczyzna ze zdjęcia w otoczeniu czwórki dzieci to Włodzimierz
Błaszczakiewicz, z zawodu aptekarz z Pińczowa, a także porucznik rezerwy. Mała Janina
widziała tatę po raz ostatni w 1939 roku: - Miałam trzy latka, ale pamiętam, jak wtedy
pod domem zatrzymał się samochód i on, już w mundurze, pożegnał się z nami.
W 1943 r. rodzina znalazła go na pierwszej liście zidentyfikowanych ofiar, opublikowanej
przez Niemców. Odtąd córce latami śnić miał się ów powrót ojca, w półmroku, bez
twarzy, do swej do małej Jasi...
Janina Buczyłko była w Katyniu po raz pierwszy w 1989 r. W domu ma biblioteczkę
książek o zbrodni. W pracy Stefana Kieniewicza znalazła zdanie: "Komar i
Błaszczakiewicz robią kanapki ze śledziem".
To jedyna informacja, którą ma o losach ojca w obozie jenieckim w Kozielsku, gdzie
przebywał, zanim w wiosenny dzień 1940 r. stanął nad dołem w lasku koło miasteczka
Katyń.
Janina Buczyłko: - Kiedy tylko dowiedziałam się o tych czaszkach, pomyślałam, że
przecież to może być on... Że on był tutaj, zawsze, tak blisko mnie.
Katyń - niewielka miejscowość 20 km od Smoleńska. Realizując decyzję
Stalina i Biura Politycznego partii komunistycznej ZSRR w kwietniu i maju 1940 r. w
pobliskim lesie NKWD zamordowała 4,5 tys. polskich jeńców wojennych: oficerów Wojska
Polskiego, wziętych do niewoli w 1939 r. i trzymanych w obozie w Kozielsku. W tym samym
czasie zginęli także jeńcy - oficerowie wojska, policji, straży granicznej - z obozów
w Ostaszkowie i Starobielsku; grzebano ich w Miednoje i w Charkowie. Łącznie zginęło
ok. 20 tys. obywateli Polski, jej elita: większość była oficerami rezerwy, a w cywilu
lekarzami, urzędnikami, naukowcami, prawnikami, przedsiębiorcami itd.
Wiosną 1943 r. groby w Katyniu odkryli Niemcy, okupujący wówczas tę część ZSRR. O
odkryciu poinformowali na początku kwietnia 1943, po czym zarządzili ekshumację, przy
udziale międzynarodowej komisji (byli w niej Polacy). Niemcy mieli nadzieję, że
ujawniając sprawę Katynia, zyskają politycznie, destabilizując koalicję
antyhitlerowską z udziałem Polski i jej armii na Zachodzie, oraz że pomoże im to w
przekonaniu Polaków do jakiegoś sojuszu przeciw ZSRR.
W odpowiedzi władze sowieckie o dokonanie zbrodni oskarżyły Niemców, a po zwróceniu
się przez rząd gen. Sikorskiego do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o jej zbadanie,
zerwały z nim stosunki dyplomatyczne. Na początku 1944 r., po ponownym zajęciu terenu
przez Armię Czerwoną, ponowną ekshumację przeprowadziła sowiecka komisja. Jej efektem
był komunikat, w którym Sowieci przedstawiali fałszywe dowody, mające dowodzić
odpowiedzialności Niemców. Władze Wielkiej Brytanii i USA wiedziały, co stało się w
Katyniu, ale ze względów politycznych nie popierały podczas wojny polskich starań o
wyjaśnienie sprawy. Dopiero w czasie "zimnej wojny" Senat USA powołał
(1950-52) komisję, której śledztwo potwierdziło odpowiedzialność ZSRR.
Władze PRL do 1956 r. publicznie wspierały sowiecką wersję. Później o Katyniu
milczano, publiczne podejmowanie tematu uznając za działanie antypaństwowe (zapis
cenzury, zakaz publikacji). Książki o Katyniu ukazywały się na Zachodzie (w tym lista
ofiar), albo w tzw. drugim obiegu. Dopiero upadek komunizmu pozwolił na otwarte mówienie
o zbrodni. Wiosną 1990 r. rząd (jeszcze) ZSRR oficjalnie potwierdził swą
odpowiedzialność. Jesienią 1992 r. prezydent Jelcyn przekazał prezydentowi Wałęsie
dokumenty, potwierdzające odpowiedzialność władz ZSRR za zbrodnię i jej ukrywanie.
Wkrótce w Katyniu, Miednoje i Charkowie zbudowano polskie cmentarze wojenne.
Jesienią 1990 r. Naczelna Prokuratura Wojskowa ZSRR (potem Rosji) rozpoczęła śledztwo,
które ciągnie się do dzisiaj.
WP
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|