adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 17 (2807)
27 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Rząd i kampania przed referendum europejskim


Koncert na dwie lewe ręce

Ernest Skalski


Do czerwca przyszłego roku, czyli do zapowiedzianej niedawno daty przyspieszonych wyborów parlamentarnych, trudno będzie rządowi sprawić, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Lecz wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej, to sukces w zasięgu ręki. Być może historia nie zapamięta tego na długo, ale na pewno zapamiętałaby, za jakiego premiera zmarnowaliśmy tę historyczną szansę.

Przykład Węgier daje wiele do myślenia: przytłaczająca większość głosowała za wstąpieniem do Unii, lecz do referendum poszła mniejszość uprawnionych. A to kraj, w którym frekwencja wyborcza bywa większa niż u nas. Podobny wynik w Polsce oznaczałby nieważność referendum: sprawa akcesji wejdzie wtedy na drogę parlamentarną. Będzie to kompromitacją rządu i wszystkich sił prounijnych. Ale nie można wykluczyć i tego, że referendum przekreśli możliwość naszego wstąpienia do UE w dającym się przewidzieć terminie. W ten sposób rząd, który uzyskał najlepsze z możliwych do uzyskania warunki wejścia, odnosząc wielki sukces w stosunkach międzynarodowych, może przegrać u siebie w kraju. I nie tylko on byłby przegrany.


Stan wyższej konieczności

Profesor Lena Kolarska-Bobińska, powołując się na badania opinii, zauważa w "Gazecie Wyborczej" (02.04), że są wyborcy, którzy nie łączą oceny rządu z oceną przynależności Polski do Unii. Ale to jest ta racjonalnie myśląca część elektoratu. Choć nie jest mała, to nie ona zadecyduje, jaka będzie frekwencja i wynik głosowania. Zdecydowani przeciwnicy akcesji i tak pozostaną przy swym stanowisku, a o wszystkim rozstrzygną ci, którzy dziś nie mają do końca sprecyzowanego zdania co do referendum i Unii. Tacy ludzie decyzję: czy i jak głosować, podejmują przeważnie w ostatniej chwili, nieraz pod wpływem przypadkowych bodźców, bo nie są przekonani do własnych poglądów i łatwo je zmieniają. W takich okolicznościach nie wiadomo jakie wydarzenie, na pozór albo naprawdę błahe, może przesądzić o wyniku. Niczego więc nie wolno odpuścić. Jeśli rządowi naprawdę zależy na pozytywnym wyniku referendum, powinien uznać to za cel numer 1. Już nawet nie tylko dla dobra Polski, ale również w swoim interesie, aby uniknąć kompromitującej klęski. Również jeśli jej prawdopodobieństwo nie wydaje się mu nazbyt wielkie.

Oczywiście, życie nie stoi w miejscu. Problemy, przed którymi stoi rząd i kraj muszą być rozstrzygane, ale wszystko we właściwym czasie. Mamy stan wyższej konieczności, kiedy nawet ważne sprawy odkłada się dla jeszcze ważniejszych. Pewne sprawy można przenieść na później, a wstąpienia do Unii już nie.


Kiksy i podania do przeciwnika

Na szczęście kończy się sukcesem wojna w Iraku. Polska ma szansę odniesienia korzyści ze swego skromniutkiego wkładu. To poprawia nastroje, a dobry nastrój sprzyjać będzie głosowaniu za Unią. Na kalendarz wojenny rząd RP nie miał jednak żadnego wpływu. Z kolei afera Rywina, odwodząca od zainteresowania Unią, napędzana jest przez swój wewnętrzny mechanizm i wszelka odgórna interwencja byłaby niewskazana. Ale już rozwiązanie koalicji SLD-PSL mogło poczekać kilka miesięcy.

Owszem, święty by stracił cierpliwość mając do czynienia z takim koalicjantem jak ludowcy. Lecz może skuteczniej można by sobie radzić z roszczeniami PSL, grożąc im wyrzuceniem z koalicji i z posad, jeśli będą zbyt ostro forsowali swe szkodliwe postulaty i jeśli nie poprą zdecydowanie wejścia do Unii. A po wyjściu z koalicji mogli szantażować rząd tym, że odmówią mu poparcia w tej kwestii. W końcu zgodzili się je wyrazić w zamian za błyskawiczne przepchnięcie przez parlament i prezydenta ustawy o ustroju rolnym, która nawet w obecnej, złagodzonej wersji, ogranicza obrót ziemią i aktywność gospodarczą w rolnictwie, która gra na irracjonalnych sentymentach, a korzystna jest głównie dla działaczy partii chłopskich. Taka jest cena za stanowisko PSL w sprawie referendum.

Były też inne posunięcia niepotrzebnie psujące krew. Winiety, czyli dodatkowy podatek drogowy, (nawet jeśli nie przeszły w Sejmie) i przymusowe biopaliwa (które nadal nam grożą) musiały spowodować niezadowolenie posiadaczy samochodów, a to już większość społeczeństwa.

Pomysł reformy finansów publicznych Grzegorza Kołodki zawiera tyle sprzecznych pomysłów i wariantów, że wszyscy się pogubili, ale i wszyscy, na wszelki wypadek się boją. Szczególnie 8-9 milionów rencistów i emerytów. Od ich nastrojów w ogromnym stopniu może zależeć przebieg i wynik referendum.

O projekcie reformy gospodarczej ministra Hausnera trudno powiedzieć, czy jest uzupełniający czy konkurencyjny. Premier, w związku ze sporem ministrów, musiał dementować pogłoski o kolejnych zmianach w rządzie. Umacnia się więc przekonanie, że rząd sam nie wie czego chce. A niepewność jest fatalną rzeczą w odbiorze społecznym i może sugerować, że niejasna jest również nasza przyszłość w Unii. Doprawdy, rząd mógł spokojnie i po cichu popracować nad różnymi wariantami reform i nie drażnić społeczeństwa w tym, i tak już nerwowym, czasie.

To samo dotyczy ruchów w służbie zdrowia, którą byłemu ministrowi Balickiemu udało się uspokoić. Abstrahując od meritum ostatnich posunięć kadrowych, rodzą one kolejne napięcie. A niepokój tej służby udziela się wszystkim, bo każdy czuje się od niej zależny. Dla Leszka Millera poparcie struktur SLD, forsujących kolejne zmiany personalne, było jednak ważniejsze niż nastroje obywateli. Tym samym kieruje się zapewne sekretarz generalny SLD Marek Dyduch. Jakiś czas temu, kiedy zapowiedział zliberalizowanie ustawy antyaborcyjnej, skarcili go i prezydent, i premier. Ostatnio Dyduch zaatakował Kościół wprost. Trudno o korzystniejsze podanie do przeciwników Unii. Riposta ze strony Józefa Oleksego niewiele znaczy i niewiele pomoże. Zaś premier wypowiada się tak, by nie zająć stanowiska.

Leszek Miller może żałować eleganckiej, ale pochopnej deklaracji, że rząd poda się do dymisji, jeżeli przegra referendum. Lecz słowo się rzekło... Referendum będzie miało twarz rządu. Dlatego aktywność i skuteczność gabinetu w kampanii referendalnej może poprawić opinię o nim samym, ułatwić przetrwanie roku do wyborów czerwca 2004. Ba, może wpłynąć też na jego szanse wyborcze. Doprawdy, jest się o co starać.

Bo tych, którzy chcieliby obalić rząd, korzystając z głosowania unijnego jako narzędzia do tego celu, uspokoić mogłoby tylko solenne zapewnienie premiera, że tak czy owak poda się zaraz po referendum do dymisji - niezależnie od jego wyniku. Dlatego zapowiedź przedterminowych, przyśpieszonych o rok wyborów częściowo tylko rozwiązuje sprawę.

Gdyby zaś referendum miało być przegrane, to wątpliwe, czy rząd dotrwa do czerwca 2004. Wniosek jest prosty: ekipa Leszka Millera musi odegrać istotną rolę w przekonywaniu niezdecydowanych i nie może przypominać pechowego kowboja, który sięgając po colta, przestrzeliwuje sobie stopę.


Nie(koniecznie) kupą, panowie

Wiceprzewodniczący SLD Andrzej Celiński, ubolewał ostatnio w "Rzeczpospolitej", że wszystkie siły prounijne; rząd i prezydent, SLD, Platforma Obywatelska, Unia Wolności, Prawo i Sprawiedliwość prowadzą kampanię na własną rękę. Przywodził wiele historycznych przykładów na to, że zgoda buduje.... Ma z jednej strony rację, lecz z drugiej - nie jest to takie jednoznaczne. Owszem, widok wielu, przeciwstawnych czy nawet wrogich sił, ramię przy ramieniu walczących o wejście do Unii, mógłby działać budująco i zachęcająco. Lecz nie wiadomo też na przykład, jak zachowaliby się wtedy tacy, których zniechęca udział w jakimkolwiek przedsięwzięciu Unii Wolności. Albo jak zareagowaliby niechętni lewicowemu gabinetowi liberałowie na widok Platformy współpracującej w tej sprawie z rządem. Możliwe więc, że poszczególne ugrupowania przyciągną w sumie więcej głosujących, gdy będą na rzecz Unii Europejskiej działać na własną rękę.

Referendum nie jest niespodziewanym trzęsieniem ziemi czy najściem Hunów, a tylko to by uzasadniało natychmiastowe zjednoczenie ponad podziałami. Oczywiście: pozytywnemu wynikowi sprzyjałaby poprawa atmosfery w kraju. Nie sprzyjała temu postawa opozycji, nieraz atakującej rząd głównie dla samego ataku. Dowodem kolejne wnioski o odwołania, o których z góry było wiadomo, że są nieskuteczne i marnują cenny czas Sejmu. Tyle że w takich okolicznościach większa odpowiedzialność spoczywa zawsze na silniejszym - czyli na rządzie. Opozycja jest po to by krytykować, a rząd ma robić swoje i patrzeć końca. I nie musi się arogancko odszczekiwać.


Kampania do boju

W połowie minionego tygodnia, po uroczystym podpisaniu dokumentów unijnych w Atenach, ruszyła na dobre kampania referendalna. Był to dobry termin. Instytut Spraw Społecznych zorganizował niedawno spotkanie z udziałem Lecha Nikolskiego, ministra do spraw integracji, i Irlandczyków, którzy na własnym przykładzie mieli opowiedzieć, jak się referenda unijne przegrywa i jak się wygrywa. Oni też uważali, że kampania nie może być długa, by atmosfera nie wystygła przed głosowaniem. Zwracali jednak uwagę, że u nich przed startem kampanii poprzedzającej drugie, zwycięskie referendum, wszystko było gotowe: role rozpisane i przećwiczone, materiały przygotowane do użycia. Przede wszystkim zaś prounijne ugrupowania, też bardzo zróżnicowane, zawczasu uzgodniły linię postępowania. Oni zresztą mieli tę luksusową sytuację, że był czas na poprawkowe referendum, tak by nikt nie poniósł strat.

My takiego luksusu nie mamy.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny