|
Rząd i kampania przed referendum europejskim
Koncert na dwie lewe ręce
Ernest Skalski
Do czerwca przyszłego roku, czyli do zapowiedzianej niedawno daty przyspieszonych
wyborów parlamentarnych, trudno będzie rządowi sprawić, by Polska rosła w siłę, a
ludzie żyli dostatniej. Lecz wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej, to sukces w zasięgu
ręki. Być może historia nie zapamięta tego na długo, ale na pewno zapamiętałaby, za
jakiego premiera zmarnowaliśmy tę historyczną szansę.
Przykład Węgier daje wiele do myślenia: przytłaczająca większość głosowała za
wstąpieniem do Unii, lecz do referendum poszła mniejszość uprawnionych. A to kraj, w
którym frekwencja wyborcza bywa większa niż u nas. Podobny wynik w Polsce oznaczałby
nieważność referendum: sprawa akcesji wejdzie wtedy na drogę parlamentarną. Będzie
to kompromitacją rządu i wszystkich sił prounijnych. Ale nie można wykluczyć i tego,
że referendum przekreśli możliwość naszego wstąpienia do UE w dającym się
przewidzieć terminie. W ten sposób rząd, który uzyskał najlepsze z możliwych do
uzyskania warunki wejścia, odnosząc wielki sukces w stosunkach międzynarodowych, może
przegrać u siebie w kraju. I nie tylko on byłby przegrany.
Stan wyższej konieczności
Profesor Lena Kolarska-Bobińska, powołując się na badania opinii, zauważa w
"Gazecie Wyborczej" (02.04), że są wyborcy, którzy nie łączą oceny rządu
z oceną przynależności Polski do Unii. Ale to jest ta racjonalnie myśląca część
elektoratu. Choć nie jest mała, to nie ona zadecyduje, jaka będzie frekwencja i wynik głosowania.
Zdecydowani przeciwnicy akcesji i tak pozostaną przy swym stanowisku, a o wszystkim
rozstrzygną ci, którzy dziś nie mają do końca sprecyzowanego zdania co do referendum
i Unii. Tacy ludzie decyzję: czy i jak głosować, podejmują przeważnie w ostatniej
chwili, nieraz pod wpływem przypadkowych bodźców, bo nie są przekonani do własnych
poglądów i łatwo je zmieniają. W takich okolicznościach nie wiadomo jakie wydarzenie,
na pozór albo naprawdę błahe, może przesądzić o wyniku. Niczego więc nie wolno odpuścić.
Jeśli rządowi naprawdę zależy na pozytywnym wyniku referendum, powinien uznać to za
cel numer 1. Już nawet nie tylko dla dobra Polski, ale również w swoim interesie, aby
uniknąć kompromitującej klęski. Również jeśli jej prawdopodobieństwo nie wydaje się
mu nazbyt wielkie.
Oczywiście, życie nie stoi w miejscu. Problemy, przed którymi stoi rząd i kraj muszą
być rozstrzygane, ale wszystko we właściwym czasie. Mamy stan wyższej konieczności,
kiedy nawet ważne sprawy odkłada się dla jeszcze ważniejszych. Pewne sprawy można
przenieść na później, a wstąpienia do Unii już nie.
Kiksy i podania do przeciwnika
Na szczęście kończy się sukcesem wojna w Iraku. Polska ma szansę odniesienia korzyści
ze swego skromniutkiego wkładu. To poprawia nastroje, a dobry nastrój sprzyjać będzie
głosowaniu za Unią. Na kalendarz wojenny rząd RP nie miał jednak żadnego wpływu. Z
kolei afera Rywina, odwodząca od zainteresowania Unią, napędzana jest przez swój wewnętrzny
mechanizm i wszelka odgórna interwencja byłaby niewskazana. Ale już rozwiązanie
koalicji SLD-PSL mogło poczekać kilka miesięcy.
Owszem, święty by stracił cierpliwość mając do czynienia z takim koalicjantem jak
ludowcy. Lecz może skuteczniej można by sobie radzić z roszczeniami PSL, grożąc im
wyrzuceniem z koalicji i z posad, jeśli będą zbyt ostro forsowali swe szkodliwe
postulaty i jeśli nie poprą zdecydowanie wejścia do Unii. A po wyjściu z koalicji
mogli szantażować rząd tym, że odmówią mu poparcia w tej kwestii. W końcu zgodzili
się je wyrazić w zamian za błyskawiczne przepchnięcie przez parlament i prezydenta
ustawy o ustroju rolnym, która nawet w obecnej, złagodzonej wersji, ogranicza obrót
ziemią i aktywność gospodarczą w rolnictwie, która gra na irracjonalnych
sentymentach, a korzystna jest głównie dla działaczy partii chłopskich. Taka jest cena
za stanowisko PSL w sprawie referendum.
Były też inne posunięcia niepotrzebnie psujące krew. Winiety, czyli dodatkowy podatek
drogowy, (nawet jeśli nie przeszły w Sejmie) i przymusowe biopaliwa (które nadal nam
grożą) musiały spowodować niezadowolenie posiadaczy samochodów, a to już większość
społeczeństwa.
Pomysł reformy finansów publicznych Grzegorza Kołodki zawiera tyle sprzecznych pomysłów
i wariantów, że wszyscy się pogubili, ale i wszyscy, na wszelki wypadek się boją.
Szczególnie 8-9 milionów rencistów i emerytów. Od ich nastrojów w ogromnym stopniu może
zależeć przebieg i wynik referendum.
O projekcie reformy gospodarczej ministra Hausnera trudno powiedzieć, czy jest uzupełniający
czy konkurencyjny. Premier, w związku ze sporem ministrów, musiał dementować pogłoski
o kolejnych zmianach w rządzie. Umacnia się więc przekonanie, że rząd sam nie wie
czego chce. A niepewność jest fatalną rzeczą w odbiorze społecznym i może sugerować,
że niejasna jest również nasza przyszłość w Unii. Doprawdy, rząd mógł spokojnie i
po cichu popracować nad różnymi wariantami reform i nie drażnić społeczeństwa w
tym, i tak już nerwowym, czasie.
To samo dotyczy ruchów w służbie zdrowia, którą byłemu ministrowi Balickiemu udało
się uspokoić. Abstrahując od meritum ostatnich posunięć kadrowych, rodzą one kolejne
napięcie. A niepokój tej służby udziela się wszystkim, bo każdy czuje się od niej
zależny. Dla Leszka Millera poparcie struktur SLD, forsujących kolejne zmiany
personalne, było jednak ważniejsze niż nastroje obywateli. Tym samym kieruje się
zapewne sekretarz generalny SLD Marek Dyduch. Jakiś czas temu, kiedy zapowiedział
zliberalizowanie ustawy antyaborcyjnej, skarcili go i prezydent, i premier. Ostatnio
Dyduch zaatakował Kościół wprost. Trudno o korzystniejsze podanie do przeciwników
Unii. Riposta ze strony Józefa Oleksego niewiele znaczy i niewiele pomoże. Zaś premier
wypowiada się tak, by nie zająć stanowiska.
Leszek Miller może żałować eleganckiej, ale pochopnej deklaracji, że rząd poda się
do dymisji, jeżeli przegra referendum. Lecz słowo się rzekło... Referendum będzie miało
twarz rządu. Dlatego aktywność i skuteczność gabinetu w kampanii referendalnej może
poprawić opinię o nim samym, ułatwić przetrwanie roku do wyborów czerwca 2004. Ba, może
wpłynąć też na jego szanse wyborcze. Doprawdy, jest się o co starać.
Bo tych, którzy chcieliby obalić rząd, korzystając z głosowania unijnego jako narzędzia
do tego celu, uspokoić mogłoby tylko solenne zapewnienie premiera, że tak czy owak poda
się zaraz po referendum do dymisji - niezależnie od jego wyniku. Dlatego zapowiedź
przedterminowych, przyśpieszonych o rok wyborów częściowo tylko rozwiązuje sprawę.
Gdyby zaś referendum miało być przegrane, to wątpliwe, czy rząd dotrwa do czerwca
2004. Wniosek jest prosty: ekipa Leszka Millera musi odegrać istotną rolę w
przekonywaniu niezdecydowanych i nie może przypominać pechowego kowboja, który sięgając
po colta, przestrzeliwuje sobie stopę.
Nie(koniecznie) kupą, panowie
Wiceprzewodniczący SLD Andrzej Celiński, ubolewał ostatnio w
"Rzeczpospolitej", że wszystkie siły prounijne; rząd i prezydent, SLD,
Platforma Obywatelska, Unia Wolności, Prawo i Sprawiedliwość prowadzą kampanię na własną
rękę. Przywodził wiele historycznych przykładów na to, że zgoda buduje.... Ma z
jednej strony rację, lecz z drugiej - nie jest to takie jednoznaczne. Owszem, widok
wielu, przeciwstawnych czy nawet wrogich sił, ramię przy ramieniu walczących o wejście
do Unii, mógłby działać budująco i zachęcająco. Lecz nie wiadomo też na przykład,
jak zachowaliby się wtedy tacy, których zniechęca udział w jakimkolwiek przedsięwzięciu
Unii Wolności. Albo jak zareagowaliby niechętni lewicowemu gabinetowi liberałowie na
widok Platformy współpracującej w tej sprawie z rządem. Możliwe więc, że poszczególne
ugrupowania przyciągną w sumie więcej głosujących, gdy będą na rzecz Unii
Europejskiej działać na własną rękę.
Referendum nie jest niespodziewanym trzęsieniem ziemi czy najściem Hunów, a tylko to by
uzasadniało natychmiastowe zjednoczenie ponad podziałami. Oczywiście: pozytywnemu
wynikowi sprzyjałaby poprawa atmosfery w kraju. Nie sprzyjała temu postawa opozycji,
nieraz atakującej rząd głównie dla samego ataku. Dowodem kolejne wnioski o odwołania,
o których z góry było wiadomo, że są nieskuteczne i marnują cenny czas Sejmu. Tyle
że w takich okolicznościach większa odpowiedzialność spoczywa zawsze na silniejszym -
czyli na rządzie. Opozycja jest po to by krytykować, a rząd ma robić swoje i patrzeć
końca. I nie musi się arogancko odszczekiwać.
Kampania do boju
W połowie minionego tygodnia, po uroczystym podpisaniu dokumentów unijnych w Atenach,
ruszyła na dobre kampania referendalna. Był to dobry termin. Instytut Spraw Społecznych
zorganizował niedawno spotkanie z udziałem Lecha Nikolskiego, ministra do spraw
integracji, i Irlandczyków, którzy na własnym przykładzie mieli opowiedzieć, jak się
referenda unijne przegrywa i jak się wygrywa. Oni też uważali, że kampania nie może
być długa, by atmosfera nie wystygła przed głosowaniem. Zwracali jednak uwagę, że u
nich przed startem kampanii poprzedzającej drugie, zwycięskie referendum, wszystko było
gotowe: role rozpisane i przećwiczone, materiały przygotowane do użycia. Przede
wszystkim zaś prounijne ugrupowania, też bardzo zróżnicowane, zawczasu uzgodniły linię
postępowania. Oni zresztą mieli tę luksusową sytuację, że był czas na poprawkowe
referendum, tak by nikt nie poniósł strat.
My takiego luksusu nie mamy.
|