|
Krzysztof Burnetko
Kontrofensywa ruszyła
Senat mimo wszystko przyjmuje sprawozdanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji; Rada
Nadzorcza TVP odrzuca wniosek o zawieszenie prezesa Roberta Kwiatkowskiego; a minister
Lech Nikolski podczas przesłuchań przed sejmową komisją śledczą idzie wedle
najlepszych wzorów w zaparte - to kolejne oznaki, że stary układ otrząsnął się już
z nokautu po ujawnieniu mechanizmów polityczno--biznesowych, których symbolem stała
się afera Rywina. Okazuje się, że taktyka brania opinii publicznej na przetrzymanie
jest i skuteczna, i prosta do zastosowania (przykład: niby czemu Komisja obraduje tak
rzadko - tylko wtedy, gdy nie ma posiedzeń Sejmu? czyżby wyjaśnienie sprawy Rywina nie
było dziś jedną z kluczowych problemów III RP?).
Co ważniejsze: coraz mniej się mówi o reformach ustrojowych, jakie winny stać się
efektem afery. Coraz więcej za to o tym, że większość członków komisji śledczej,
uważanej przecież przez pewien czas za instytucję dającą nadzieję na jej
wyjaśnienie, nawet nie stara się już pozorować, że rzeczywiście chce dojść prawdy.
Ale czemu się dziwić, skoro ostał się nawet dotychczasowy model skompromitowanej
KRRiTV i dalej w najlepsze funkcjonują struktury politycznego klientelizmu w zarządzaniu
telewizją. Pomimo że teraz wiedzą już o nich nie tylko zainteresowani.brp>
Michał Zieliński
Jaja tanie niesłychanie
Spadek inflacji sprawił, że niektóre produkty są tak tanie jak nigdy. Choćby jajka:
przez lata rosnący popyt sprawiał, że przed Wielkanocą drożały, a w tym roku były
tak tanie jak nigdy.
W moim mieście hipermarket A, w ramach oferty świątecznej proponował jaja w pakietach
po 30 sztuk w cenie 3 zł 90 groszy. Oznacza to, że jedno jajko sprzedawane jest po 13
groszy. Położony nieopodal supermarket B odpowiedział ofertą 30 sztuk jaj po 3 zł 33
grosze (jedno jajo 11 groszy). W tej sytuacji ceny jaj na osiedlowym targu spadły do 20
groszy. Ponieważ kupiłem trzydzieści jajek farmerskich (w razie czego zawsze można w
jakiegoś polityka rzucić) i 10 jajek "prosto od kury", jedno jajko wyszło mi
po 15 groszy.
Ostatni raz jajka były tak tanie w roku 1993. Tanie w znaczeniu nominalnym. Realnie
bowiem rzecz biorąc tak tanie nigdy nie były. Za przeciętną pensję netto (1420 zł) w
tym roku można bowiem kupić 9467 jaj, co pozwala na wypieczenie 1576 bab wielkanocnych
(i jeszcze pięć jaj pozostaje na święcone i pisanki).
A ponieważ w roku 1989 stać nas było na kupno jedynie 695 jaj, łatwo wyliczyć, że w
jajach poprawiło się nam aż trzynastokrotnie.
Z czego wzięła się taka taniocha? Z nadprodukcji? Bo jeśli tak, to zgodnie z prawami
rynku spadek cen okaże się przejściowy i wkrótce jaja znowu podrożeją.
Produkcja jaj rzeczywiście rośnie. Umiarkowanie w sektorze gospodarstw drobnych i szybko
w wielkoprzemysłowych fermach. I to jest model optymalny. Kto chce, może trochę drożej
kupować jaja ekologiczne (prawdopodobnie najlepsze na świecie), a komu nie zależy aż
tak na jakości, może zadowolić się jajkami z ferm masowo wyprodukowanymi o niskim
koszcie jednostkowym, a więc tanimi także w znienawidzonych przez Samoobronę
supermarketach. Morał z tego "jajcarskiego" przykładu jest prosty. W
gospodarce, w tym w rolnictwie, jeżeli nie będziemy kombinować i ograniczeniami
prawnymi życia producentom utrudniać, rynek sprawi, że towaru będzie dużo, będzie
tani i dobry.
Zjawisko ma jeszcze jedną przyczynę. Tak naprawdę nie jest tak, że jajka dzisiaj są
szczególnie tanie. To przez lata było tak, że jajka były szczególnie drogie. A były
drogie, bo przelewał się na nie niezaspokojony popyt na mięso, którego albo nie było,
albo było jeszcze droższe, a na dodatek zawsze "drugiej świeżości". Tanie
mięso sprawiło, że jajka przestały być towarem zastępczym, kładzionym, po
ugotowaniu na twardo, na kanapki brane do pracy. Jajka dzisiaj nie zastępują mięsa i
jemy je nie wtedy, kiedy musimy, a kiedy mamy chęć (pamiętając oczywiście, że żaden
cholesterol nie istnieje).
Ten fakt powinien sprawić, abyśmy parę jajek zachowali na czarną godzinę, kiedy
przyjdzie nam podjąć polemikę z tymi, którzy chcą ożywić gospodarkę, drukując
pieniądze.
Wojciech Pięciak
Baszar al Assad i Irak-connection
Kilka lat temu wiązano z nimi wielkie nadzieje: mieli być zwiastunem odwilży w świecie
arabskim po śmierci swych długowiecznych ojców: króla Maroka Hassana (umarł w 1999
r.) oraz króla Jordanii Husajna i prezydenta Syrii Hafeza al Assada (zmarłych w 2000
r.). Ich synowie - obecni królowie Maroka Mohammed VI i Jordanii Abdullah II oraz
prezydent Syrii Baszar al Assad - mają po trzydzieści kilka lat, wykształcenie zdobyte
na Zachodzie oraz piękne i wyemancypowane żony. Gdy obejmowali rządy, wydawało się,
że wolą internet od intryg, których mistrzami byli ich ojcowie, i że rozumieją
potrzebę zmian gospodarczych i politycznych. Wkrótce okazało się jednak, że ci
przedstawiciele nowej rzekomo generacji oparli się na starych strukturach, ludziach i
ideach.
Najsilniej kontynuację tę widać w Syrii: 37-letni al Assad - prezydent, szef partii
rządzącej i dowódca armii - hołduje idei "odnowy w duchu kontynuacji" (jak
ujął to w mowie inauguracyjnej). Także dziś: spośród liderów arabskich to on
najsilniej wspierał Husajna, także militarnie (dostawy broni, werbunek
ochotników-samobójców). Również w ostatnich dniach Syria miała udzielić schronienia
prominentom bagdadzkiego reżimu. Nawet jeśli plotką jest wieść, że sam Husajn
uciekł do Syrii, nie ulega wątpliwości, że 600-kilometrową granicę przekroczyło
wielu ludzi - w tym szef irackiego wywiadu zagranicznego, uważany za inspiratora
nieudanego zamachu na Busha-seniora - którzy mogą destabilizować budowę nowego Iraku.
Jak? Działając z terenu Syrii na takiej zasadzie, jak wspierane politycznie i finansowo
przez Damaszek: libański Hezbollah oraz palestyńskie Dżihad i Hamas, mające biura w
stolicy Syrii i organizujące stamtąd akcje przeciw Izraelowi.
Jeśli Stany Zjednoczone stawiają teraz na porządku dziennym "kwestię
syryjską", wywierając presję dyplomatyczną i gospodarczą, także przez odcięcie
dostaw ropy z rurociągów z Iraku (Syria jest uzależniona od irackiej ropy, którą
Husajn płacił za poparcie, dostarczając Syryjczykom mimo embarga ONZ 150 tys. baryłek
dziennie) - to presja taka ma podstawy jak najbardziej racjonalne. Nie jest wstępem do
kolejnej "wojny Busha", lecz działaniem wyprzedzającym destrukcyjny wpływ
Syrii na Irak, gdzie sytuacja długo jeszcze nie będzie stabilna. Odbudowa irackiego
społeczeństwa i gospodarki potrwa bowiem na pewno lata - patrz doświadczenia Japonii i
Niemiec po 1945 r. oraz Europy Wschodniej po 1989 r. Trudno ją sobie wyobrazić, jeśli
ma być torpedowana przez Syrię.
Gdyby Assad-junior pożegnał się z polityczną schedą po ojcu, gdyby zaprzestał
wspierania ramię w ramię z Iranem (dziś deklarującym gotowość do współpracy z USA)
podziemnych organizacji w Libanie i Autonomii Palestyńskiej, oraz gdyby zerwał swą
Irak-connection, przysłużyłby się nie tylko regionowi, ale też swemu krajowi. Bo
osłabiona Syria nie ma żadnego pola manewru. Po upadku Husajna sąsiaduje z krajami
sobie wrogimi, a przy tym sojusznikami Ameryki: Jordanią, Turcją i nowym Irakiem, oraz z
Izraelem.
W przeciwieństwie do niegdysiejszego sojusznika z Bagdadu, al Assad - bez ideologicznego
balastu i skłonności do politycznego samobójstwa - prezentował się dotąd jako
polityk zachowawczy, lecz mimo wszystko racjonalny. Wydanie ludzi Husajna i podjęcie
rozmów z Izraelem może być dla niego nie klęską, lecz szansą. Zapowiedziana wizyta
Colina Powella i dyskretne mediacje międzynarodowe za kulisami sugerują, że płynące z
Damaszku ostre słowa pod adresem USA to przygotowanie do ugody - tak, by nie stracić
twarzy.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|