dotb.gif

„TP”, Nr 17 (2807), 27 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2807/felkrol.php




Przyszłość narodu

Marcin Król


Przyszłość narodu? Nie młodzież, lecz doktoranci! Od dwóch mniej więcej lat obserwujemy zdumiewający pęd do nauki. Na studia doktoranckie próbuje zdać dziesięciu kandydatów na jedno miejsce. Ów pęd po części jest spowodowany bezrobociem, dotykającym wykształconych młodych ludzi, ale także zmianą zainteresowań i bardzo wysokim poziomem intelektualnym. Wszyscy zatem powinniśmy się z tego cieszyć. Jednak sposób, w jaki są traktowani doktoranci, zarówno z punktu widzenia prawa, jak i pod względem materialnym, urąga wszelkim zasadom przyzwoitości i stanowi jeszcze jeden dowód - jakby ich brakowało - że w Polsce do nauki nie przywiązuje się żadnego znaczenia.

Otóż doktoranci nie są ubezpieczeni, a studia doktoranckie nie stanowią tak zwanego okresu składkowego. Doktoratu broni się w najlepszym razie około trzydziestki, człowiek normalny jest w tym momencie życia często żonaty i obdarzony dzieckiem lub dziećmi, a równocześnie otrzymuje niewielkie pieniądze i jest ciągle praktycznie traktowany jak dziecko. Co do pieniędzy, to teoretycznie wydziały uniwersyteckie są zachęcane do wypłacania stypendium w wysokości 1000 PLN, ale ministerstwo edukacji zwraca z tego tylko około 300 PLN, a zatem wydziały muszą uzupełniać stypendia z tak zwanych środków pozabudżetowych, czyli z czesnego pobranego od studentów zaocznych i wieczorowych. A ponieważ tych pieniędzy jest i będzie coraz mniej, bo niż demograficzny i inne czynniki powodują zmniejszenie liczby chętnych, więc coraz częściej wydziały albo radykalnie zmniejszają liczbę studentów przyjmowanych na studia doktoranckie, albo radykalnie zmniejszają wysokość stypendium. Ponadto doktoranci podpisują cyrograf, że nie wolno im nigdzie indziej pracować, a jak nie napiszą doktoratu, to powinni zwrócić stypendium, jakie otrzymywali przez cztery do pięciu lat.

Nie wiem, czy sytuacja doktorantów nie zasługuje na uwagę Rzecznika Praw Obywatelskich, wiem jednak na pewno, że nam, nauczycielom akademickim, jest po prostu wstyd. Bo poza wszystkim doktoranci pracują, mają obowiązek prowadzić co najmniej 90 godzin zajęć w trakcie semestru, a często z braku innych pracowników prowadzą ich więcej. Wszystko razem to jeden skandal. Że w tej sytuacji powstają jednak bardzo dobre doktoraty, to cud, czy raczej wynik samozaparcia młodych ludzi, którzy wierzą w sens uczenia się i rozwijania.

Jak kraj może tak bardzo lekceważyć swoją przyszłość, jak może tak lekceważyć najlepszych obywateli? Trudno się dziwić, jeśli potem tylko czekają oni na propozycję, żeby wyjechać raz na zawsze. Na całym świecie studia doktoranckie to otwarcie drogi do lepszej przyszłości, to także chluba wielu uniwersytetów, a w Polsce to ich wstydliwa strona. Czy pani minister nie mogłaby się tym zająć, czy tak musi być, czy mamy po prostu rezygnować z pomagisterskich niepłatnych form kształcenia?

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl