|
„TP”, Nr 16 (2806), 20 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2806/wiara04.php
Internetowe rekolekcje wielkopostne (7)
Możemy przestać się bać
O. Dariusz Kowalczyk SJ
Tegoroczne rekolekcje wielkopostne prowadzą na naszych łamach księża jezuici we współpracy
z serwisem internetowym www.opoka.org.pl. Kolejne rozważania są poświęcone siedmiu
grzechom głównym. Zapraszamy na stronę www.opoka.org.pl, gdzie internauci mają możliwość
komentowania tekstów nauk i przesyłania pytań do autorów, które wraz z odpowiedziami
są publikowane w serwisie (istnieje też możliwość osobistej korespondencji, tylko
pomiędzy autorem a pytającym).
Internetowo-wielkopostne wędrowanie oparliśmy na konfrontowaniu się z rzeczywistością
siedmiu grzechów głównych: pychy, chciwości, nieczystości, zazdrości, obżarstwa,
gniewu i lenistwa. Każdy grzech owocuje jakąś śmiercią, obumieraniem dobra.
"Albowiem grzech (...) uwiódł mnie i przez nie zadał mi śmierć" (Rz 7,11) -
skarży się św. Paweł. Refleksja nad grzechami głównymi pokazuje śmierć czającą
się w naszych uczuciach, postawach i wyborach. Od początku dziejów człowiek próbował
z tą śmiercią walczyć. Być może to, co nazywamy kulturą i religią, jest w swej
istocie zapisem walki człowieka z tym, co zdaje się spychać go ku nicości. Chrześcijańską
odpowiedzią na trwogę doświadczenia śmierci nie jest jednak stoickie pogodzenie się z
narzuconą przez opatrzność koniecznością przemijania ani też rozpaczliwy bunt
przeciwko absurdowi umierania. Tą odpowiedzią jest Jezus Chrystus, Jego śmierć i
zmartwychwstanie. Wielki Tydzień, którego zwieńczeniem jest Niedziela Zmartwychwstania,
polega na celebrowaniu owej odpowiedzi na nękający nas problem śmierci.
Bóg nie przekonuje nas, że cierpienie i śmierć są tylko złudzeniem. Radość
wielkanocnego poranka nie znosi grozy krzyża. Zmartwychwstanie jest ostatecznym zwycięstwem
nad śmiercią, ale nie jej usprawiedliwieniem. Pozostaje prawdą nauka Księgi Mądrości:
"Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka - uczynił go obrazem swej własnej
wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła" (2,23-24). Dlatego
też chrześcijanin wcale nie musi uprawiać taniej teodycei i tłumaczyć wszelkie zło
tego świata mówiąc, iż ze zła Bóg zawsze wyprowadzi jakieś dobro, albo że
cierpienie jest słuszną karą za grzech. Czyż nie za takie właśnie mędrkowanie nad złem
i cierpieniem skarcił Bóg przyjaciół Hioba?! Chrześcijanin jest człowiekiem nadziei,
która nie tyle przekreśla ohydę śmierci, ale ją przekracza.
W Wielki Piątek Kościół ukazuje szpetne oblicze śmierci w zmasakrowanym obliczu Ukrzyżowanego,
ale zarazem wskazuje na jaśniejące oblicze zmartwychwstałego Pana. Dlatego nie jest to
dzień żałoby, ale czas kontemplacji błogosławionej męki i chwalebnego krzyża. W
wielkopiątkowej jutrzni jedna z antyfon mówi: "Wielbimy krzyż Twój, Panie Jezu,
wysławiamy Twoje święte zmartwychwstanie, bo przez drzewo krzyża przyszła radość
dla całego świata". Czym jest krzyż, który adorujemy? Od strony człowieka krzyż
oskarża i pokazuje okropność grzechu, z którego człowiek sam nie jest w stanie się
oczyścić. Od strony Jezusa krzyż jest drogą, która poprzez posłuszeństwo woli Ojca,
wiedzie do życia. Natomiast od strony współcierpiącego Boga krzyż jest objawieniem
nowej formy miłości: "Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego
Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie
wieczne" (J 3,16). Całując wystawiony do adoracji krzyż warto zapytać, co jest
moim krzyżem. Cierpienie fizyczne, choroba? Może cierpienie psychiczne spowodowane
cechami charakteru, życiowymi zranieniami? A może cierpienie moralne, jak nałogi lub
pozostałości po grzechach? Zapytajmy też o postawę wobec naszego krzyża. Tłum stojący
pod krzyżem Chrystusa po prostu gapił się... Żołnierze rzymscy uważali Jezusa za człowieka,
który przegrał, bo - jak myśleli - był słaby albo głupi. Członkowie Sanhedrynu
widzieli w Ukrzyżowanym skandalistę, który płaci słuszną karę za bluźnierstwo i
zgorszenie. A dobry łotr modlił się: "Jezu, wspomnij na mnie..." (Łk 23,42).
Pomyślmy o krzyżu Chrystusa i naszym własnym krzyżu oraz o tym, do której z powyższych
grup należymy.
W Wielką Sobotę rozważajmy ostateczną konsekwencję śmierci Jezusa na krzyżu, a
mianowicie Jego zstąpienie do piekieł. To dzień niebywałej ciszy. Na krzyżu Jezus -
pomimo unieruchomionych rąk i nóg - jest jeszcze aktywny. Wypowiada ważne słowa. Od słów
szokującej skargi: "Boże mój, czemuś mnie opuścił" (Mk 15,34), do słów
ostatecznej ufności: "Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego" (Łk 23,46).
W zstąpieniu zaś do piekieł Jezus staje obok bezsilnych, pogrążonych w potępieńczej
samotności ludzi. Nie przepowiada już aktywnie nowiny o zbawieniu, nie triumfuje, niszcząc
opornych grzeszników, lecz niepokoi ich swoją bezsilnością. Taką wizję proponuje
Hans Urs von Balthasar. Oto człowiek, który odwrócił się od Chrystusa przepowiadającego
i nie chciał zatrzymać się przy Ukrzyżowanym, odnajduje w samym centrum swojego
piekielnego osamotnienia bezsilną miłość Boga. Być może paradoksalnie to właśnie
ta bezsilna miłość jest w stanie rozbić krąg rozpaczy grzesznika, nie gwałcąc w
niczym jego wolności. Pomyślmy w wielkosobotni dzień o ludziach, którzy odchodzili i
odchodzą z tego świata z wielkimi zbrodniami na sumieniu, i wyszeptajmy słowa modlitwy:
"I wspomóż szczególnie tych, którzy najbardziej potrzebują twojego miłosierdzia".
A jeśli Bóg będzie mógł wysłuchać naszej modlitwy, to znaczy, że piekło okaże się
puste.
Czyż nie do nadziei pustego piekła i pełnego nieba prowadzi nas gromkie
"Alleluja" rozbrzmiewające w noc paschalną? Ta noc jest wypełnieniem innych
nocy, o których mówią żydowskie midrasze: nocy stworzenia, nocy przejścia przez Morze
Czerwone oraz nocy, w której Abraham szedł na górę Moria, by ofiarować Izaaka. Jest
ona także antycypacją ostatniej nocy, a mianowicie paruzji, czyli ostatecznego przyjścia
Jezusa Chrystusa. W liturgii wielkanocnej zobaczmy nasze wewnętrzne noce i pozwólmy
rozjaśnić je światłem paschalnej świecy, która symbolizuje Zmartwychwstałego.
"Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat" (J
16,33) - mówi do nas Jezus. A skoro tak, możemy przestać się bać...
Po triumfie wielkanocnego poranka następuje jednak trudny proces rozpoznawania
zmartwychwstałego Jezusa. Oto Maria Magdalena bierze swego Mistrza za ogrodnika.
Uczniowie idący do Emaus dziwią się, że nieznajomy, który do nich dołączył w
drodze, nie wie, co się stało w Jerozolimie. Niewierny Tomasz nie daje wiary świadectwu
braci i sióstr. I nam niekiedy z trudem przychodzi rozpoznanie obecności Zmartwychwstałego
w naszym życiu. Prośmy zatem o taką łaskę, jakiej doświadczył jeden z internautów
biorących udział w naszych rekolekcjach. Pod rozważaniem na temat zmartwychwstania
dopisał on: "Kiedy wędrowałem przez centrum Wrocławia, zobaczyłem namalowany
przez kogoś na murze ogromnymi czerwonymi literami napis: "Jezus żyje!". Stanąłem
jak wryty. Chyba po raz pierwszy dotarła do mnie wiadomość, że Jezus naprawdę jest żywy
i że mogę Go spotkać w każdej chwili".

O. Dariusz Kowalczyk (ur. 1963) jest wykładowcą teologii dogmatycznej na
Papieskim Wydziale Teologicznym "Bobolanum" w Warszawie i rektorem Kolegium
Jezuitów w Warszawie. Ostatnio opublikował "Między dogmatem a herezją" (Więź,
2003).
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|