|
„TP”, Nr 16 (2806), 20 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2806/wiara02.php
Świadkowie Bożej nieobecności
Ks. Tomáš Halík
Zastanawiam się, czy obok indywidualnych nocy ducha, o których piszą mistycy, nie ma też
"zbiorowych nocy ducha". Czy taką nocą nie było dopiero co skończone
stulecie wojen i przemocy? Możliwe, że było nam dane usłyszeć pełen bólu okrzyk
Jezusa opuszczonego na krzyżu i przeżyć tajemnicze milczenie Wielkiej Soboty, kiedy w
kościołach nie odprawia się Mszy, a wierzący przychodzą do "Bożego Grobu".
Nikt nie wyraził ostrzej bolesnego doświadczenia doby późnej nowożytności, stulecia
naznaczonego tragizmem dwóch wojen światowych i obozów zagłady, stulecia, w którym ku
milczącemu niebu wzbijał się dym z pieców oświęcimskich i krzyk udręczonych więźniów
na archipelagu Gułag, niż ten, który zmarł tuż u jego progu, Nietzsche, prorok czasu
nihilizmu. "Bóg jest martwy" - tak powiedział Nietzsche.
Gdzie jest wasz Bóg?
Mało które zdanie, wypowiedziane na tej planecie, dopuszcza, co więcej: prowokuje, tak
szeroki, barwny wachlarz interpretacji. Ewangelicki teolog Ernst Jüngel twierdzi, że
stwierdzenie "Bóg jest martwy" należy odczytywać jako jedną z możliwych
odpowiedzi na pytanie: "Gdzie jest wasz Bóg?". Pytanie to może być stawiane
ironicznie - tak, jak kiedyś Eliasz rzucił drwiąco w twarz sfrustrowanym prorokom
Baala: Gdzie jest wasz bóg - gdzieś się zapodział, na chwilę odszedł, może śpi?
Podobnymi słowami naigrawali się ateiści na rynku z "pomyleńca", któremu
Nietzsche włożył w usta wieść o śmierci Boga. A przecież może to być także pełne
trwogi, bolesne pytanie ludzi cierpiących w obliczu Bożego milczenia w chwilach ich
osobistego zagrożenia czy w tragiczne noce dziejów. "Panie, czemu śpisz;
giniemy!" wołali nieraz uczniowie na wzburzonych morzach, a ich Mistrz sam zadał na
krzyżu swemu Bogu pytanie, które do dziś zapiera dech.
Gdzie jest Bóg? Dlaczego milczy? "Bóg jest martwy", odpowiedzieli Jean Paul,
Hegel, Nietzsche i Sartre. W ustach każdego z nich stwierdzenie to ma odmienny sens.
Czytane powierzchownie i interpretowane w swojej wierzchniej warstwie, zdanie mówiące o
śmierci Boga stanowi Credo ateizmu. Ale jakiego ateizmu? Bóg jest martwy, Bóg umarł -
jest to twierdzenie zgoła inne niż "Bóg nie istnieje". Bóg, który nie
istnieje, nie może umrzeć - właśnie tak samo, jak nie może umrzeć Nieskończony,
Wszechmocny, Wszechwiedzący, Nieśmiertelny Pierwszy Poruszyciel metafizyków. Ci dwaj
bogowie są naprawdę całkowicie "odporni" na śmierć; pozostawmy na boku
pytanie, jak ma się rzecz z ich stosunkiem do życia.
Ale jak jest z Bogiem wiary chrześcijańskiej? Czy On również jest tak zupełnie po
drugiej stronie wszystkiego, co śmiertelne, jak apatyczny bóg stoików i doskonały bóg
metafizyków? W roku 1703 na wydziale teologicznym w Rostocku dyskutowano o tym, czy można
w ramach chrześcijańskiej ortodoksji uznać za prawowierne zdanie: "Bóg umarł",
które wielokrotnie występowało w kościelnych hymnach wielkopiątkowych. Zarówno
Hegel, jak Nietzsche słyszeli najprawdopodobniej te słowa w kościele - a również i
my, jeśli w Bachowej "Pasji" piękno muzyki nie przesłania nam głębokości
tekstu, już wielekroć posłyszeliśmy w niej przepiękną arię: "Tak, odszedłeś,
Twa męka się spełniła: mój Bóg jest martwy, oddał swego Ducha". W owej
uniwersyteckiej dyspucie chrześcijańska prawowierność zdania o śmierci Boga, o
"Bogu ukrzyżowanym" - którą znajdujemy już u starożytnych ojców Kościoła,
poczynając od Tertuliana i Atanazego, a potem w reformacyjnej "teologii krzyża"
- została obroniona. Obronę tę może sobie zweryfikować każdy, kto dobrze zna tok myślenia
klasycznej dogmatyki: na zasadzie scholastycznej doktryny o "communicatio
idiomatum" można atrybuty jednej Osoby boskiej przypisywać drugiej z Nich, skoro
pamiętamy o różnicy Osób, ale jedności natury w Trójcy, a zarazem o jednej Osobie i
dwóch naturach w Chrystusie. A zatem "Bóg umarł" jest twierdzeniem
prawowiernym, oczywiście jedynie wtedy, jeśli chcemy przez to powiedzieć, że Jezus, który
umarł - choćby "tylko" w swojej ludzkiej naturze - był nie tylko prawdziwym
człowiekiem, ale także prawdziwym Bogiem.
Umarł z miłości
Wersja Heglowska wieści o śmierci Boga ma sens jednoznacznie chrześcijański,
jakkolwiek kontekst tej myśli, a mianowicie majestatyczny model samorozwoju i
samorozumienia Boga, przypomina raczej gnozę - i oczywiście Joachima z Fiore. Dla Hegla
"śmierć Boga" jest punktem, w którym spotykają się różne płaszczyzny.
Doniosłe wydarzenie w dziejach, historyczny Wielki Piątek, to zarazem "spekulativer
Karfreitag", kluczowy moment dziejów wszechświata jako "Bożego toku życia"
- Bóg sam przechodzi przesmykiem śmierci z epoki Syna do epoki Ducha, idzie z
"innobytu", alienacji względem samego siebie, do pełnej samowiedzy. Śmierć
Chrystusa jest "negacją negacji": w Jezusie Bóg z miłości i dobrowolnie
przyjmuje na siebie śmierć - która w swej istocie jest negacją wolności - i przez to
pokonuje ją. W ten sposób Jego śmierć staje się śmiercią śmierci - mors mortis. Całkowicie
w duchu Ewangelii św. Jana wskrzeszenie nie jest zatem tylko jakimś wydarzeniem następczym,
z zewnątrz doczepionym do męki jako jej happy end, lecz jest to krzyż Chrystusa,
widziany z perspektywy Bożej: już sam krzyż jest wyniesieniem do chwały, zbawieniem i
zwycięstwem. Śmierć i wskrzeszenie stanowią w Chrystusie jedno, ponieważ w Nim jest
zjednoczona ludzka śmiertelność z Bożą nieśmiertelnością. Hegel widzi w krzyżu
dopełnienie Bożego wcielenia - Bóg wziął tu na siebie całe brzemię ludzkiej skończoności;
zresztą jest przez to bliski tym teologom, którzy podkreślają Bożą kenosis - samoogołocenie,
o którym mówi święty Paweł.
W rozumieniu Hegla Bóg umarł z miłości. Przychodzi mi taka myśl: czy nie ma tu klucza
pozwalającego rozumieć prowokacyjne zdanie o "śmierci Boga" zarazem jako
zaszyfrowaną wieść o Jego miłości? Czy nie jest to tylko widziana pod innym kątem
wielkanocna wieść o Bogu, który z miłości do ludzi przyjął na siebie ludzki los
posunięty do ostatnich granic? Czy nie jest to widziana pod innym kątem nauka kabały,
żydowskiej mistyki, która śledzi nieustanne wycofywanie się Boga ze świata na
"wygnanie", aby pozostała jak największa przestrzeń dla rozwoju stworzenia i
dla ludzkiej wolności?
Zabiliśmy Go
Przypomnijmy sobie: dla Nietzschego zdanie o śmierci Boga, za które
"pomyleniec" spotyka się z szyderstwem ateistów na rynku, jest tragiczną
rzeczywistością. Jego sednem jest zbrodnia - myśmy zabili Boga - a jego konsekwencją
zburzenie wszystkich dotychczasowych pewności i punktów oparcia. A jednak - według
Nietzschego - musimy przyjąć tę tragiczną sytuację jako wyzwanie: po śmierci Boga
przyjdzie śmierć człowieka, człowiek musi przeróść sam siebie, w uwolnioną
przestrzeń musi wstąpić nadczłowiek.
Również dla Freuda śmierć Boga jest wynikiem zbrodni. Freud ukazuje ludzkiej świadomości
epos o Edypie jako zwierciadło, w którym ma ona poznać wypartą rzeczywistość
zamordowanego, a potem otoczonego nimbem boskości Ojca. Eliade w pewnej głębokiej
uwadze powiada, iż absurdalna Freudowska "krwawa powieść" dlatego odniosła
taki sukces, że w formie mitycznej wyraziła ambiwalentne poczucie europejskiego
intelektualisty wobec religii: również on "zabił Boga", jednakże uwolniona
przestrzeń napełnia go niepokojem, nostalgią i poczuciem winy.
Myśl o śmierci Boga jest jakby pełnym lęków snem, w jaki zapadło wyparte poczucie
winy i zmartwienia tych, którzy na powierzchni, za dnia, kiedy panuje światło rozumu,
Bogiem się nie przejmowali: dla konwencjonalnych ateistów Bóg nigdy nie istniał, dla
konwencjonalnie wierzących istniał jako nieśmiertelny pierwszy poruszyciel - a zatem w
"dziennej" logice jednych i drugich Bóg umrzeć nie mógł. Jednakże noc, sen
ma swoją własną, odrębną logikę, swoją własną symboliczną mowę. Wynurza z głębin
wyparte, obciążone winą sprawy. Konwencjonalni ateiści i konwencjonalni wierzący
mieli swoją "religijną winę" - swoją powierzchowność, którą zamykali się
przed Bogiem jako głębią rzeczywistości. Oni zabili Boga - a sen wyłania fragment tej
straszliwej rzeczywistości w postaci zdania, które wypowiadają i objaśniają myśliciele
późnej nowożytności. Ateizm miał dla wielu posmak wyzwolenia, jako że był wyrazem
wypartego niepokoju, który drzemał nienazwany - i wskutek tego straszniejszy - w podświadomości
wielu ludzi Zachodu. Sukces ateizmu polegał wyraźnie na tym, że był on pierwszym
krokiem ku jakiejś "psychoanalitycznej terapii" nowożytnego lęku. Jego tłumiona
treść była wyrażona, ledwie z głębin został wydobyty i wyrwany racjonalnej cenzurze
snów - metafizyce - senny obraz, wymykający się logice dnia: Bóg umarł. Ale
przypomnienie sobie traumatycznego snu i wpuszczenie do świadomości jego symbolicznej
treści to przecież dopiero pierwszy krok. Trzeba wstąpić na długą drogę
interpretacji...
On idzie dalej
Powróćmy jeszcze na chwilę do Hegla. W wielowarstwowym i wieloznacznym zdaniu o śmierci
Boga Hegel wyróżnia jeszcze dalszą płaszczyznę: wyrażenie "poczucia" nowożytnych
ateistów. Ateizm jest przede wszystkim poczuciem - poczuciem pustki, poczuciem Bożej
nieobecności. Hegel cytuje słowa Pascala o tym, że człowiek nowożytny spotyka się z
Bogiem w naturze i we własnej duszy przede wszystkim jako z Bogiem nieobecnym. Jednakże
poczucia muszą u Hegla stać się przedmiotem myśli - wyobrażenia i obrazy muszą
przetworzyć się w pojęcia.
Kiedy Hegel zjawisko ateizmu, wyrażone słowami o śmierci Boga, umieszcza w swojej
konstrukcji dziejów jako "Bożej biografii", wtedy z ateizmu staje się wewnętrzny
moment ruchu samego Ducha. Każde stadium ruchu Ducha zostaje jednak zaraz przezwyciężone
w wyższej syntezie jedności przeciwieństw - a więc i ateizm... Dzieje są dla Hegla
rozwojem trójjedynego życia Boga w czasie: podobnie jak śmierć Chrystusa jest wewnętrznym
momentem wewnątrz tego majestatycznego procesu, tak jest nim też "śmierć
Boga" w świadomości ludzi nowożytnych. Historia nie zatrzymuje się, Bóg kroczy
dalej.
Podobnie jak miłość przechodzi przez moment śmierci, przy czym nie jest to jej
ostatnie słowo, tak wiara - życie z Bogiem i w Bogu, miłość do Boga - przechodzi
przez stadium "ateizmu", śmierci Boga - ale przezwycięża je, idzie dalej. Jeśli
pojmiemy śmierć Boga jako czyn miłości - Bóg, solidaryzując się z człowiekiem, wziął
na siebie również naszą skończoność, aby ukazać nam drogę do jej przezwyciężenia
w samoofiarnej, przekraczającej siebie miłości - to możemy, by tak rzec, na dnie tego
wydarzenia rozpoznać bramę do jego przezwyciężenia. A jeśli przejdziemy przez owo
poczucie opuszczenia i wyobcowania, które stanowi dno ateistycznej świadomości, to czy
nie natrafimy również tam na drogę, która prowadzi dalej?
Kryzys i prawda ateizmu
Kilkakrotnie w różnych miejscach świata mówiłem na temat "ateizmu jako części
doświadczenia religijnego". Otóż istnieją całe biblioteki dotyczące kryzysu
religii, natomiast mało kto zajmuje się kryzysem ateizmu. Tymczasem nie tylko klasyczna
(eklezjalnie zorientowana) religijność, ale także klasyczny
("fundamentalistyczny") ateizm radykalnie się kurczą. Wokół nas wyrasta jakaś
"szara strefa" między tymi dawniejszymi przeciwieństwami, która obejmuje zarówno
nowe formy religijne, jak i religijną obojętność. Teologowie i filozofowie religii nie
powinni jednak pozwolić obumrzeć ateizmowi końca dziewiętnastego i początku
dwudziestego stulecia, zanim nie odkryją jego prawdziwego i mocnego jądra. Jüngel,
teologiczny interpretator Hegla, pokazuje, że właśnie Hegel odkrył ową "częściową
prawdę" ateizmu - ateizm jako wewnętrzny moment ruchu wiary, który jest powodowany
przez dynamikę samego życia Boga.
Próbowałem połączyć i domyśleć do końca dwa motywy myślowe z bardzo różniących
się od siebie światów duchowych: to, co mówi Hegel w "Fenomenologii ducha",
i to, co mówi święty Jan od Krzyża w "Ciemnej nocy" i "Drodze na górę
Karmel". Święty Jan pokazał, że w duchowej drodze człowieka wierzącego pojawiają
się okresy oschłości, zniechęcenia, wewnętrznego oporu, poczucie duchowej pustki i
opuszczenia przez Boga. W swojej duszpasterskiej praktyce i w swojej niezwykłej twórczości,
łączącej w sobie poezję z filozofią, ten wielki hiszpański mistyk rozpoznał właśnie
w owych chwilach momenty kluczowe dla duchowego dojrzewania. Ze świata infantylnych
wyobrażeń religijnych, łącznie ze sztywnym trzymaniem się zewnętrznych oznak pobożności,
przechodzimy do stanu duchowej dojrzałości; każde przeobrażenie i każde dojrzewanie
jest bolesne. Każde dojrzewanie ma w sobie - jakby powiedział Freud - Trauerarbeit,
konieczność uporania się z bólem.
Zastanawiam się, czy obok tych indywidualnych nocy ducha, o których piszą mistycy, nie
ma też "zbiorowych nocy ducha". Czy taką nocą nie było dopiero co skończone
stulecie wojen i przemocy? Czy właśnie wiek dwudziesty nie dał okazji do uwolnienia się
od tego, co w religii było niedojrzałe, iluzoryczne, bigoteryjne, przejścia nie tylko
przez ostrzał rozumowej krytyki, ale także przez oczyszczający ogień egzystencjalnego
lęku w obliczu doświadczenia absurdalności? Czy nie otworzył nam furtki do owej drogi
"nagiej wiary", o której mówią mistycy? Możliwe, że było nam dane przejść
przez noc pełnego bólu okrzyku Jezusa opuszczonego na krzyżu i przez tajemnicze
milczenie Wielkiej Soboty, kiedy w kościołach nie odprawia się żadnej Mszy, a wierzący
przychodzą do "Bożego Grobu".
Jeśli traktujemy poważnie wydarzenie wielkanocne, które jest sercem wiary chrześcijańskiej,
to powinniśmy też traktować poważnie uczucia tych, którzy nazywają siebie ateistami,
ponieważ ich droga duchowa właśnie splotła się z tymi głębokimi momentami
wielkanocnej tajemnicy. Nie sądzę, byśmy tych świadków Bożej nieobecności mieli
zasypywać tradycyjnymi dowodami na istnienie Boga, zaczerpniętymi ze szkolnych podręczników
metafizycznej ontoteologii. Nie widzę innej drogi z labiryntu niewiary, zrodzonej z
egzystencjalnych wątpliwości, jak tylko wskazanie na to, że wydarzenie wielkanocne
przechodzi przez ten przesmyk i zmierza dalej...
Po Oświęcimiu
Tragizm dwudziestego wieku skłonił wielu żydowskich i chrześcijańskich myślicieli do
zadania sobie pytania o "Boga po Oświęcimiu" - o to, jak można wierzyć w
Boga, który swych dzieci nie uchronił przed cierpieniem przekraczającym wszelką wyobrażalną
dotąd miarę. Żydowski filozof Hans Jonas, zastanawiając się nad przyjętymi
tradycyjnie atrybutami Boga - nad Jego dobrocią, wszechmocą i poznawalnością - doszedł
do wniosku, że po wszystkim, co się stało, wszystkie trzy te tradycyjne atrybuty nie są
do utrzymania. Jego zdaniem Żyd nie może zrezygnować z wyobrażenia, że Bóg jest
dobry, i że w swoim słowie jest poznawalny. Ale jak ma się rzecz z Jego wszechmocą?
Jonas powraca w głąb mistyki kabalistycznej: ukazuje nam ona Boga, który poczynając od
stworzenia świata i stworzenia człowieka dobrowolnie ogranicza swoją moc. Wycofuje się,
aby zwolnić przestrzeń dla rozwoju stworzenia i dla ludzkiej wolności. Bóg uczynił
siebie małym, cichym, bezsilnym; łatwo możemy Go nie zauważyć. Świat, pełen
paradoksów, anomii, bólu, jest otwarty również na interpretację całkowicie
ateistyczną: nietrudno zrozumieć, że wielu ludzi uważa, iż Bóg - jeśli kiedyś jakiś
był - jest martwy. Takie wytłumaczenie nasuwa się, a nawet wręcz narzuca.
Jonas zwraca jednak uwagę na pewne ryzyko ateistycznej interpretacji. Pyta: Jeśli
zdecydujemy się postawić znak równania między milczeniem Boga a Jego nieistnieniem, to
co jeszcze przeszkodzi ludzkiej chęci zabawy w Boga i pokierowania całym światem? Czy
możemy sobie pozwolić - w obliczu owej ogromnej mocy, jaką ludzie dostali w swoje ręce,
a która może zniszczyć wszystko - nie słyszeć owego cichego głosu, który w naszym
sumieniu powtarza wielkie wezwania i wielkie ostrzeżenia? Czy po takiej "śmierci
Boga" nie nastąpi wkrótce również śmierć człowieka?
Siła Bezsilnego
Przypuśćmy, że "Wszechmocny", na którego tak chętnie powoływali się
dyktatorzy, był rzeczywiście tylko projekcją w niebo męskich aspiracji do władzy.
Przypuśćmy, że w moralności religijnej, głoszonej w jego imieniu, było wiele
manipulacji, straszenia i "ducha zemsty". Czy wszakże jedyną alternatywą tego
obrazu Boga jest ateizm?
Czy z Biblii oraz z chrześcijańskiej i żydowskiej tradycji, zwłaszcza tradycji
mistycznej - jeśli pozostaniemy tymczasem tylko w euroatlantyckiej przestrzeni kulturowej
- nie przemawia raczej Bóg zupełnie inny? Bóg, który nie jest protektorem siły, lecz
jest po stronie bezsilnych? Jeden z teologów chrześcijańskich, którzy nie
przestraszyli się Jonasowej koncepcji "Bezsilnego Boga", przypomina, że kiedy
Biblia wzywa Bożą moc, to jest to najczęściej wyrazem nadziei, że brutalność mocy
ludzkiej, arogancja despotycznych władców i ciemiężycieli, nie może i nie będzie mieć
ostatniego słowa. Pełen mocy Bóg nie jest tutaj legitymizacją ciemiężców, lecz
nadzieją i wsparciem uciśnionych.
Ale na czym polega moc Boga hebrajskiej i chrześcijańskiej Biblii? W pewnym psalmie i w
pewnym niezwykle obrazowym miejscu w Księdze Izajasza spotykamy surową krytykę bożków
będących produktem ludzkiej religijnej twórczości. "Mają oczy, ale nie widzą,
mają uszy, ale nie słyszą, mają ręce, lecz nie dotykają". Bóg wiary biblijnej
jest mocniejszy niż oni, ponieważ jest żywy. Zwraca się do swego stworzenia i można
się zwracać do Niego. Wiara w Niego przemienia życie z monologu w dialog. Wierzę, bo
moje życie jest dialogiem, a nie monologiem człowieka zamkniętego w sobie i krążącego
wokół siebie. Wierzę, bo przysłuchuję się życiu. Wierzę, bo odpowiadam. Wierzę,
bo ani żar cierpienia, ani mroczny padół śmierci nie może zachwiać moją nadzieją,
że nawet w piasku pustyni Bożego milczenia odnajdę kiedyś ślad, który mnie
poprowadzi dalej.
Nie, nie chcę przyrównaniem dwudziestego stulecia do Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty
wtórować ani apokaliptycznym wyobrażeniom o końcu dziejów, ani krzepiącym wizjom
milenium duchowego odrodzenia i chwalebnego wskrzeszenia. Jeśli niektórzy ludzie chcieli
może na progu nowego tysiąclecia powtarzać sobie prognozy, jakimi Adolf von Harnack
witał stulecie dwudzieste, to już wnet wydarzenia nadchodzących miesięcy zmusiły ich
do przykrego otrzeźwienia. Ale nawet tam, gdzie nie ma wiele powodów do optymizmu, jest
przestrzeń dla nadziei, wiary i miłości. Nawet tam, gdzie gasną gwiazdy, które
obiecywały nas prowadzić, możemy znaleźć kierunek, jeśli jesteśmy gotowi szukać i
na długiej drodze, która nieraz będzie się nam wydawać chaotycznym błądzeniem,
rozdawać skarby swoich pewności. Droga czwartego króla labiryntem świata zakończyła
się pod szubienicą* , w chwili, którą możemy określić jako moment "śmierci
Boga". Był to jednak zarazem moment poznania, zrozumienia: miłość poznała miłość.
Już nie potrzeba było słów, a i sama śmierć stała się nagle nieważna. Czy ktoś
może powiedzieć, że to była droga daremna?
class="print">Przeł. Juliusz Zychowicz

Ks. Tomáš Halík (ur. 1948) jest socjologiem, filozofem, psychologiem i
teologiem. Od 1978 r. kapłan Kościoła podziemnego, w latach 1990-93 sekretarz generalny
Konferencji Episkopatu Czech, a dziś prezydent Chrześcijańskiej Akademii w Pradze i wykładowca
Uniwersytetu Karola. Obszerną prezentację jego postaci opublikowaliśmy w numerze
25/2002.
* Zob. "Drogą czwartego króla" tegoż autora w
"TP" nr 2/2003.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|