|
Demokracja: imperium, nad którym Słońce nigdy nie zachodzi
Przejdziem Eufrat, przejdziem Tygrys...
Piotr Kłodkowski
Konsekwencją zwycięstwa Stanów Zjednoczonych w Iraku ma być budowanie lokalnego
systemu demokratycznego, promieniującego na cały Bliski Wschód. Spotkania z podzieloną
opozycją iracką można było rozumieć jako przygotowywanie nowej misji imperialnej -
tym razem prowadzonej nie w epoce zimnej wojny, ale w czasie zmagań ze "światowym
terroryzmem". Możliwe są jednak zupełnie inne scenariusze...
Kilkaset lat temu na subkontynent indyjski dotarli europejscy chrześcijanie. Misja
niesienia Dobrej Nowiny nie wydawała się wtedy zbyt skomplikowana. Oczywiście
najbardziej widoczną przeszkodą był język i odmienne obyczaje, ale gorliwość
misjonarzy miała stanowić potężną siłę - zdolną zmieniać świat.
Podczas głoszenia prawd religijnych zauważono jednak dość intrygujące reakcje mieszkańców,
zwłaszcza tych, którzy należeli do najwyższych warstw miejscowego społeczeństwa. Gdy
bowiem misjonarze opowiadali o tajemnicy Trójcy Świętej albo o istocie działania Ducha
Świętego, indyjscy słuchacze nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Rzecz dotyczyła
symbolu, którym posługiwali się misjonarze. Gołębica to symbol Ducha Świętego, znak
czystości wskazujący na inną sferę świata. Ale w Indiach tradycja literacka kojarzy
gołębicę z czymś zgoła odmiennym: z pożądliwością, popędem seksualnym, miłością
gorącą i lubieżną. Łączenie symbolu gołębicy ze światem ducha uznali więc
Hindusi za nieporozumienie, zaś samą religię, która do takich skojarzeń się odwołuje
- za dziwaczną.
Anegdota o symbolach, które stanowią nerw każdej cywilizacji, wskazuje na problem, z którym
musi się zmierzyć każdy, kto uczestniczy - dobrowolnie lub pod przymusem - w dialogu z
przedstawicielami odmiennych kultur. To, że symbole posiadają różne konotacje
kulturowe, jest rzeczą naturalną, niemniej w globalnym systemie wymiany informacji
zasada poszukiwania wspólnej płaszczyzny jest czymś absolutnie niezbędnym.
Potrzeba dialogu międzykulturowego - czy międzycywilizacyjnego - jest w czasach
globalizacji czymś oczywistym. Problemem do rozwiązania jest jednak nie tylko sam sposób
prowadzenia dialogu, ale przede wszystkim cel, ku któremu ma on zmierzać. Czy chodzi nam
o demokrację, którą należy wprowadzić we wszystkich zakątkach świata nawet
przymusowo, jak to się stało w Japonii po II wojnie światowej? Czy ów
uniwersalistyczny cel może się okazać zaczątkiem kolejnego konfliktu? A może w ogóle
nie da się stworzyć uniwersalistycznego przesłania i trzeba znaleźć zupełnie nową płaszczyznę
dialogu?
Chociaż symbol gołębicy ma różne znaczenia w rozmaitych kulturach, to stojące za nim
przesłanie może odsyłać do wspólnych wartości wyznawanych w poszczególnych kręgach
cywilizacyjnych. Rzecz w tym, by znaleźć dla tego przesłania minimalną płaszczyznę
porozumienia i prowadzić niezafałszowany dialog, który zapobiegnie użyciu przemocy.
Demokracja dla wszystkich?
Na początku lat 90. Samuel Huntington przedstawił teorię "trzeciej fali
demokratyzacji". Analizując dane o zmianach geopolitycznych w drugiej połowie XX
wieku zauważył, że kolejne procesy dekolonizacji i desowietyzacji spowodowały nie
tylko wzrost liczby państw suwerennych, ale - przede wszystkim - krajów o ustroju
demokratycznym. O ile w 1950 roku istniało zaledwie 25 państw demokratycznych, o tyle w
dwadzieścia lat później było ich już 40, a w 1990 roku aż 65. W roku 2000 liczbę osób
żyjących w krajach o wielopartyjnej demokracji szacowano na przeszło 60% całej ludzkości.
Nic więc dziwnego, że wielu naukowców i polityków wysnuło tezę o uniwersalności
tego systemu politycznego. Demokracja - twierdzono - może zostać zaakceptowana w każdym
niemal państwie i to niezależnie od przynależności cywilizacyjnej. Wskazywano na wspólne
wartości podzielane przez uczestników demokratycznej gry: wielopartyjność, prawo głosu
dla wszystkich obywateli, możliwość usunięcia władzy wykonawczej bez odwoływania się
do przemocy, lecz w sposób przewidziany ustawą, a wreszcie rządy prawa (niezależnie od
tego, czym jest ono w rzeczywistości). Zaakceptowanie tych uniwersalnych wartości miało
jakoby gwarantować stopniowe kształtowanie demokratycznej społeczności międzynarodowej,
a co za tym idzie, zmniejszenie lub nawet zlikwidowanie idei wojny jako środka rozwiązywania
konfliktów.
Oczywiście nie można było poprzestać na stwierdzeniu, że demokracja to przyszłość
świata. Konieczne było wyjaśnienie kulturowych fundamentów, na których ów
uniwersalny system ma się opierać. Zadania tego podjęła się grupa naukowców z
Europy, Stanów Zjednoczonych i Azji, którzy zgromadzeni na sympozjum na Uniwersytecie w
Louvain przedstawili w 1994 roku swoje koncepcje w dziedzinach politologii, prawa,
ekonomii, filozofii czy logiki. Trzy lata później wydano publikację "The Democracy
in Asia" - opus magnum zwolenników uniwersalizmu politycznego.
Michele Schmiegelow, redaktor dzieła, a zarazem spiritus movens całego projektu
badawczego, przedstawia prezentowane przez poszczególnych autorów koncepcje w sposób,
który nie budzi wątpliwości, że stanowią one zaprzeczenie "kulturowego
relatywizmu": "Demokratyzacja jest wyjątkowo znaczącym politycznym zjawiskiem,
które dotyczy obecnie zarówno Zachodu, jak i Azji. Rozpoczęła się w Europie w połowie
lat 70. razem z "Rewolucją Goździków", zaś w Azji w połowie lat 80. - na
Filipinach i Korei Południowej. Trwała nadal po zakończeniu zimnej wojny na obszarze byłego
bloku wschodniego, przy czym problemy związane z przejściem z poprzedniego systemu ku
demokracji określanej jako system wolnej elekcji władz są identyczne zarówno w
Europie, jak i w Azji".
Poszukiwanie wspólnych korzeni systemu politycznego oznaczało więc próbę odnalezienia
takich faktów kulturowych, które mogłyby stanowić punkt wyjścia do stworzenia
swoistej "teorii usprawiedliwienia", dającej szansę na obecną lub przyszłą
akceptację wzorców wywodzących się z Europy i Stanów Zjednoczonych. Chodziło o przyjęcie
minimum ideowego, a nie o przeniesienie całego bagażu społeczno-politycznego do innych
części świata. Innymi słowy: należało uwzględnić istnienie miejscowego substratu
tradycji, który w dużym stopniu narzuca interpretację ideologicznych pomysłów. Przy
takim zastrzeżeniu wymagania w stosunku do biorców systemu demokracji są jakby trochę
mniejsze.
Bassam Tibi z Uniwersytetu w Getyndze wskazuje na możliwości inkorporacji demokracji
parlamentarnej w system polityczny islamu. Tibi dowodzi, że o ile w chwili obecnej trudno
mówić o jakimkolwiek państwie demokratycznym w cywilizacji muzułmańskiej (jeśli
oceniać według miary europejskiej), o tyle w żaden sposób nie da się sformułować
tezy, iż w islamie immanentnie tkwi jakaś nieusuwalna przeszkoda, która uniemożliwiałaby
wprowadzenie systemu demokratycznego.
Podobny tok rozumowania prezentują Gilbert Rozman z Princeton University i N. Ganesan z
National University w Singapurze. Choć ideologie, które nazwalibyśmy autorytarnymi (lub
łagodniej - paternalistycznymi) dominują w kręgu konfucjańskim, to jednak system
elekcji przedstawicielskiej (a co za tym idzie, dowartościowanie jednostki kosztem całości
społeczeństwa) znajduje pewne uzasadnienie w tradycji kulturowej. To z kolei przekłada
się na konkretne kroki w rzeczywistości politycznej oraz społecznej. I nie chodzi tu
tylko o Japonię - niemal wzorcowy przykład wciągnięcia obcego kulturowo państwa w
orbitę wpływów krajów demokracji zachodniej, ale również o Koreę Południową i
Tajwan. W obydwóch przypadkach zmiany polityczne są znaczące i mogą sygnalizować początek
szerszego procesu ideowej modernizacji w tej części globu.
Uzasadnieniem takiego scenariusza jest dowód przeprowadzony przez Gregora Paula z
Uniwersytetu w Karlsruhe. Poddaje on racjonalnej analizie część systemu logiki chińskiej,
odrzucając tezę niektórych europejskich badaczy o całkowicie odmiennych podstawach
dalekowschodniej filozofii. Chodzi tu przede wszystkim o fundamentalną zasadę ,,tertium
non datur", która według części badaczy zachodnich nie znajduje uzasadnienia w
logice chińskiej. Paul gorąco protestuje przeciw takiemu rozumowaniu. W oparciu o
badania klasycznych tekstów takich jak "Lun Yu", "Sun Zi",
"Zhuang Zi" oraz traktatów buddyjskich Paul twierdzi, że między filozofią
chińską i europejską, jeśli oceniać je według miary logiczności poszczególnych
dowodów, nie istnieje żadna zasadnicza sprzeczność. W podtekście tego dowodu kryje się
myśl, że wszelkie różnice obyczajowe, społeczne czy historyczne nie anulują w żaden
sposób wspólnych zasad oceny podstawowych faktów.
Jak nie ma czegoś takiego jak europejska matematyka, azjatycka ekonomia czy amerykańska
teoria cywilizacji, tak też nie istnieje system polityczny typowy tylko dla cywilizacji
euroatlantyckiej, czyli demokracja właśnie. Innymi słowy: czwarta fala demokratyzacji,
wprowadzana - jeśli zajdzie taka potrzeba - pod osłoną czołgów i bomb, może stać się
faktem.
Nowa misja imperialna
Po 11 września 2001 roku dyskusja wokół "zderzenia cywilizacji" Samuela
Huntingtona połączyła się ze sporem o uniwersalistyczne przesłanie demokracji. System
demokratyczny to według powszechnych na Zachodzie przekonań najdoskonalsze lekarstwo, które
redukuje użycie przemocy i zwiększa poziom bezpieczeństwa, przede wszystkim poprzez
eliminację ognisk terroryzmu. Oczywiście służące temu środki nie są już
postrzegane w identyczny sposób, czego przykładem jest niespotykany od wielu lat spór
między Stanami Zjednoczonymi a częścią Europy Zachodniej.
Niechęć Europejczyków do dominacji amerykańskiej w świecie idzie też w parze z obawą
o konsekwencje (potencjalnego na razie) "zderzenia cywilizacji", które - jako
akty terrorystyczne lub gniewne reakcje rosnącej liczebnie mniejszości muzułmańskiej -
dotkną, jak się sądzi, przede wszystkim Europę, a nie USA. Nie wydaje się jednak, by
sprzeciw niektórych państw europejskich miał powstrzymać Amerykanów przed realizacją
nowej misji XXI wieku.
Istotną kwestią jest bowiem poczucie uniwersalnego zagrożenia odczuwane przez Stany
Zjednoczone. Sebastian Mallaby w eseju o nowej roli Ameryki, czyli o "niechętnym,
ale przymuszonym do działania imperialiście", wskazuje na zjawisko "upadłych
państw" (failed States), czyli rosnących w szybkim tempie tworów politycznych, które
przestały faktycznie funkcjonować (całkowicie lub na części obszaru) jako państwa,
stając się miejscami działania prywatnych armii, struktur mafijnych bądź organizacji
terrorystycznych. Pomoc humanitarna, wsparcie finansowe czy wszelakie misje pokojowe okazały
się w przypadku "upadłych państw", jak twierdzi Mallaby, niemal kompletną klęską
i w żaden sposób nie zlikwidowały coraz bardziej zatrważających zjawisk.
Przepływ technologii i szybki postęp komunikacji sprawiają, że odległości
geograficzne nie odgrywają już takiej roli jak kilkadziesiąt lat temu, więc istnienie
ognisk terroru w jednym miejscu na świecie, wcześniej czy później będzie miało
tragiczne konsekwencje tysiące kilometrów dalej - w USA, Europie czy na Bali. Po 11 września
Amerykanie traktują takie zagrożenie jak najbardziej serio, dlatego misja zaprowadzania
"światowego bezpieczeństwa" oznacza według Mallaby'ego konieczność
zbudowania Nowego Imperium Stanów Zjednoczonych.
Ocena zagrożeń idzie w parze z poczuciem misji. W "Financial Times" Stephen
Fidler i Gerard Baker prezentują rządzących amerykańskich neokonserwatystów jako
prawdziwych "ludzi idei", których poglądy na dzisiejszą rzeczywistość
dziwnym trafem przypominają poglądy XIX-wiecznych Brytyjczyków, pragnących nie tylko
utrzymywać ład na świecie, ale przede wszystkim cywilizować go na swoją modłę.
Dzisiejsi neokonserwatyści w żaden sposób nie wstydzą się mówić o potędze Ameryki,
wręcz przeciwnie - uznają ją za siłę powołaną, by czynić uniwersalne dobro.
Operacja militarna w Iraku jest wobec tego dość specyficzną realizacją koncepcji
"czwartej fali demokratyzacji", będącej z kolei pierwszym etapem eksperymentu
z tworzeniem Nowego Imperium. Konsekwencją spodziewanego zwycięstwa militarnego Stanów
Zjednoczonych byłoby stopniowe budowanie lokalnego systemu demokratycznego, promieniującego
w przyszłości na cały obszar Bliskiego Wschodu. Kolejne spotkania z podzieloną
ideologicznie i personalnie opozycją iracką można było wobec tego rozumieć jako
stopniowe przygotowywanie gruntu do nowej misji imperialnej - tym razem prowadzonej już
nie w epoce zimnej wojny, ale w czasie zmagań ze "światowym terroryzmem".
Pluralizm ideowy jest znakiem rozpoznawczym całości problemu. Kiedy w grudniu 2002 roku
w Londynie obradowała opozycja iracka, łącznie 330 delegatów, okazało się, że w
ramach sojuszu przeciw Husajnowi trzeba brać pod uwagę kilkanaście odmiennych
propozycji ideologiczno-ustrojowych. Jest to oczywiście pochodną faktu reprezentowania
przez delegatów ogromnego spektrum politycznego: Kongresu Narodowego, ruchu
monarchistycznego, byłych oficerów z Irackiego Porozumienia Narodowego, Grupy Czworga
skupiającej dwa ugrupowania kurdyjskie - Demokratyczną Partię Kurdystanu i Patriotyczną
Unię Kurdystanu, a także szyitów z Najwyższej Rady Rewolucji Islamskiej.
Można założyć, że rząd Stanów Zjednoczonych zamierza powtórzyć casus japoński,
czyli wprowadzić pewne zasady kulturowe i polityczne (zasadniczo obce dla Bliskiego
Wschodu) na obszarach de facto znajdujących się pod amerykańską kontrolą. W Japonii,
po II wojnie światowej, oprócz polityków i wojskowych istotną rolę odegrali także
antropolodzy, analizujący bardzo dokładnie zasady funkcjonowania miejscowego społeczeństwa.
Narzucenie nowych metod zarządzania państwem musiało wiązać się z eliminacją tych
zwyczajów orientalnych, które stanowiłyby zagrożenie dla nowych wzorców społecznych
i politycznych rodem ze świata zachodniego. Dokładne studia nad odmienną cywilizacją
umożliwiły, do pewnego stopnia przynajmniej, rozpoznanie tych zagrożeń. Najczęściej
wyrastały one z koncepcji imperialnych mających silny związek z pozycją cesarza,
strukturą hierarchicznych zależności społecznych oraz ideą posłuszeństwa. Skuteczność
procesu eliminacji tych zagrożeń kulturowych, siłowe wprowadzenie systemu elekcji
przedstawicielskiej i wynikający stąd późniejszy wzrost gospodarczy Japonii przekonał
świat euroatlantycki, że ten bezprecedensowy eksperyment jest możliwy do
przeprowadzenia po raz kolejny w cywilizacji orientalnej.
Problem w tym, że w przypadku Japonii wstępem do procesu demokratyzacji było zrzucenie
dwóch bomb atomowych, co przekonało ostatecznie nieprzekonanych i zapobiegło
ewentualnej wojnie partyzanckiej. Możliwość powtórzenia podobnego scenariusza dzisiaj
wydaje się albo szaleństwem, albo barbarzyństwem.
Na razie w przypadku Iraku Stany Zjednoczone proponują tzw. federalizm, co oznaczałoby
uwzględnienie aspiracji irackich Kurdów zamieszkujących północną część kraju.
Ustrój federalistyczny jest doskonałym rozwiązaniem zwłaszcza dla Patriotycznej Unii
Kurdystanu, czego dowodem jest zdanie jej przywódcy, Dżalala Talabaniego, że "70%
państw praktykuje federalizm i wzmocni on jedność Iraku". Były generał Hasan al
Nakib ostrzega jednak, że federalizm może doprowadzić najpierw do destabilizacji państwa,
a następnie do jego rozbicia. Różnice religijne (relacja sunnici - szyici; fundamentaliści
- zwolennicy ustroju świeckiego), etniczne oraz kulturowe mogą okazać się silniejsze
od spoiwa politycznego, czyli świadomości istnienia jednego społeczeństwa Iraku.
Fundamentalistyczny sprzeciw
Najbardziej niezwykłym paradoksem czwartej fali demokratyzacji jest to, że dotyczy ona
dzisiaj jednego z najbardziej świeckich krajów cywilizacji muzułmańskiej. Irak to z
jednej strony państwo niezwykle opresywne (przynajmniej z perspektywy zachodniej), a z
drugiej - kamień obrazy dla islamskich ruchów fundamentalistycznych, które uznawane są
za największe zagrożenie dla krajów Zachodu.
Rządząca przez długie lata partia Al-Bas (wywodząca się z Syrii) głosi idee
panarabizmu, które mają scalać wszystkich Arabów, niezależnie od ich miejsca
zamieszkania. Panarabizm, jakkolwiek naturalnie nawiązuje do tradycji islamu, przekracza
jednak granice jednej religii. Przykładem jest choćby główny teoretyk Al-Bas - Michel
Aflak, chrześcijanin pochodzący z Damaszku. W swoim dziele "Fi sabil al-bas"
("Droga ku odrodzeniu") pisze: "Arabska partia Al-Bas działa dla państwa
arabskiego stanowiącego organizm, w łonie którego wszyscy arabscy obywatele powinni wspólnie
pracować nad realizacją możliwości wspólnoty arabskiej w dziedzinie duchowej i
materialnej. (...) Świeckość państwa jest w tym sensie rozumiana wyłącznie jako
ochrona jego kierunku duchowego i moralnego. Może ona jedynie stanowić dla ducha ratunek
przed naciskiem, przymusem, stwarzaniem przeszkód dla przenikliwości ducha czy niezależności
narodu, może przyczynić się do oswobodzenia aktywności w duszach wszystkich Arabów.
Dopóki religia jest źródłem dla ducha, to świeckość, którą dopuszczamy w państwie,
może przejawiać się w wyzwoleniu religii od uwarunkowań politycznych. Świeckość
pozwala religii na swobodne funkcjonowanie w życiu jednostek i społeczeństwa,
przyczynia się do odrodzenia w nich głębokiego, wspaniałego ducha, który jest jednym
z warunków odrodzenia się całej wspólnoty" (tłum. K. Pachniak [w:] M. M.
Dziekan, "Historia Iraku", Warszawa 2003, s. 219).
Po Wojnie w Zatoce Saddam Husajn dodał do flagi irackiej napis "Allah akbar"
("Bóg jest wielki"). Coraz częściej odwoływał się do zasad islamu, zamiast
- jak to bywało wcześniej - do idei panarabskiej, czy narodowej. W dalszej perspektywie
interwencja militarna oznaczać może - i to kolejny paradoks - osłabienie rządów świeckich
w cywilizacji islamu oraz wzmocnienie tendencji fundamentalistycznych. Już obecnie w większości
krajów muzułmańskich wszelkie ideologie świeckie, bazujące na lekko już nieświeżych
zasadach nacjonalizmu i socjalizmu, są symbolem zniewolenia i klęski
polityczno-ekonomicznej. Jedyną skuteczną opozycją są partie fundamentalistyczne,
doskonale wykorzystujące propagandowo każdą konfrontację świata Zachodu ze światem
islamu. Wezwanie do dżihadu dzięki przekazom medialnym trafia do setek milionów muzułmanów.
Sam premier Malezji Mohammad Mahathir uznał wręcz, że atak na Irak jest tożsamy z
atakiem na islam.
Oczywiście słowo "dżihad" ma szerokie pole znaczeniowe i obejmuje wszelkie
działania podejmowane w imię szerzenia religii. Współcześnie rozumiane jest również
jako walka ze złem, nauczanie moralne, dokładanie starań, by osiągnąć chwalebny cel
religijny. W obecnej sytuacji politycznej nie będzie jednak oznaczało walki duchowej,
ale militarną. Taką interpretację dżihadu przedstawił ongiś ceniony teolog i polityk
muzułmański Sajjid al-Ala Maududi i dla wielu wyznawców islamu nie straciła ona
bynajmniej aktualności.
Szczególnym znaczeniem słowa dżihad jest wojna prowadzona w imię Boga, przeciwko tym,
którzy dopuszczają się terroru jako wrogowie islamu. Obowiązuje ona wszystkich muzułmanów.
Jeżeli grupa wiernych zobowiąże się do uczestnictwa w dżihadzie, reszta społeczeństwa
zwolniona jest z tego obowiązku. Jeśli jednak nikt nie wystąpi, odpowiedzialność
spada na wszystkich.
Koncesja ta traci ważność, gdy państwo islamskie zostanie zaatakowane przez siły
niemuzułmańskie. Wtedy każdy musi wziąć udział w dżihadzie. Jeżeli zaatakowany
kraj jest zbyt słaby, religijnym obowiązkiem muzułmańskich krajów ościennych jest
udzielenie mu pomocy. Gdyby i to nie wystarczyło, muzułmanie z całego świata zobowiązani
są walczyć ze wspólnym wrogiem. Dżihad staje się wtedy podstawowym obowiązkiem, tak
jak modlitwa, post, jałmużna i pielgrzymka. Nawet ważniejszym - jako sprawdzian wiary.
Osoba, która odmawia dżihadu, jest grzesznikiem.
Oczywiście w praktyce dżihad nie będzie oznaczał otwartej walki zbrojnej państw muzułmańskich
ze Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią czy - nie daj Boże - z Polską. Żaden kraj
zaliczany do cywilizacji islamu nie może przecież równać się potędze militarnej
Zachodu, a poza tym niektóre rządy krajów muzułmańskich, jak chociażby Kuwejt czy
Iran, przyjmą z ulgą upadek Husajna. Ale zupełnie czym innym będzie zapewne w nieodległej
przyszłości reakcja setek tysięcy czy milionów muzułmanów uznających operację
militarną w Iraku za agresję przeciw islamowi.
Nie można więc wykluczyć, że ideologia ruchów bądź skrajnych partii
fundamentalistycznych trafi na bardzo podatny grunt, przy czym jedyną dostępną formą
"obrony wiary" staną się akty terroru, dla których wcale nie potrzeba znaczącej
mniejszości muzułmańskiej w krajach Zachodu (gwoli przypomnienia - zamach na WTC był
realizowany przez 20 osób). Desperacja, poczucie krzywdy i upokorzenia może stać się
najlepszą motywacją do działania przeciw tym, których uznaje się za hipokrytów i
zaprzysięgłych wrogów własnej religii.
Nieudane eksperymenty
Różne są próby usprawiedliwienia czy wyjaśnienia motywów interwencji amerykańskiej
w Iraku, postrzeganej najczęściej (przynajmniej w Polsce) przez pryzmat historii
europejskiej.
Mieliśmy więc odwołania do polityki fałszywej ugody w Monachium, do roku 1939, do lądowania
aliantów w Normandii. Porównania to raczej chybione, bo słaby ekonomicznie i
politycznie Irak to bynajmniej nie potężne Niemcy w przededniu II wojny światowej, a
Husajn - mimo swego okrucieństwa - to nie żaden Hitler planujący podbicie sporego kawałka
świata. Nie bardzo wiadomo, jak interpretować reakcję większości muzułmanów - może
porównać je do zachowania poddanych Józefa Stalina, a może do Włochów Mussoliniego,
a może jeszcze do kogoś, kto byłby nam jakoś niemiły? A może lepiej sięgnąć do
historii bliższej, ograniczonej wyłącznie do kręgu kultury orientalnej?
Pierwszym przykładem, cytowanym aż do znudzenia, jest Wietnam. Strategia powstrzymywania
komunizmu była, jak sądzi chociażby Henry Kissinger, połączona z misją niesienia
"upragnionej wolności". Już na początku lat 60. prezydent Kennedy podzielał
popularny wówczas pogląd, że "Wietnam to nasze dziecko, którego nie możemy opuścić",
dodając przy tym słowa brzmiące dziwnie znajomo: że Wietnam to kraj, "w którym
idee wolnej przedsiębiorczości i kapitalizmu nic nie znaczą, w którym ubóstwo i głód
to nie wróg zza 17 równoleżnika, ale nieprzyjaciel czający się w samym środku (...)
Powinniśmy zaproponować rewolucję - polityczną, gospodarczą i społeczną..."
Dzisiaj już wiemy to, czego nie wiedział Kennedy. Szlachetna misja niesienia wartości
Zachodu okazała się kompletną klapą. Zamiast doskonałych rządów prezydenta Ngo Dinh
Diema i kwitnącej demokracji w Wietnamie Południowym, powstał jeden zjednoczony
Wietnam, tyle że całkowicie komunistyczny i - co nie powinno dziwić - bardzo
antyamerykański. Dodatkowo jeszcze jakimś kolejnym etycznym paradoksem historii był
fakt, że Stany Zjednoczone, blokując politykę wietnamską w Azji, znalazły sprzymierzeńców
po 1979 roku, w Czerwonych Khmerach, sprawcach niespotykanego w dziejach ludobójstwa.
Drugim sztandarowym przykładem eksperymentu politycznego i społecznego w świecie
Orientu był cesarski Iran. Jeszcze w 1972 roku szach Mohammad Reza Pahlavi podpisał z
prezydentem Nixonem porozumienie umożliwiające Iranowi kupno wszystkich rodzajów
uzbrojenia klasycznego. Sześć lat później irańskie lotnictwo zajmowało trzecią
pozycję w świecie pod względem nowoczesności uzbrojenia. Nad wszystkim czuwało ponad
40 tysięcy amerykańskich specjalistów, sowicie opłacanych przez rząd Iranu. Monarchia
Pahlaviego była najwierniejszym sojusznikiem USA w Azji i propagatorem nowych wartości w
świecie islamu, co znane było pod intrygującą nazwą "białej rewolucji".
Według obserwatorów zachodnich zmieniało się także społeczeństwo irańskie. Pisano,
że "na płaszczyźnie społecznej, gospodarczej i obyczajowej dla absolutnej większości
Irańczyków epoka średniowiecza zakończyła się lub kończy bezpowrotnie, a zaczynają
się kształtować w szybkim tempie struktury społeczne właściwe krajom Europy
Zachodniej pierwszej połowy naszego stulecia". Religia miała stanowić jedynie
ciekawy element historii, zaś wzorcem obowiązującym stawało się nowoczesne państwo
świeckie. Iran, w swoim dobrze pojętym interesie, powinien był podążać w tym właśnie
kierunku. Ocena okazała się całkowicie błędna. Rok później wybuchła rewolucja
islamska, która na długie lata zmieniła układ bliskowschodni i sprawiła, że Iran stał
się, według terminologii prezydenta Busha, państwem "osi zła"
Trzy scenariusze
Scenariuszy zakończenia konfliktu na Bliskim Wschodzie oraz nowego ładu powojennego jest
bardzo wiele - od najbardziej optymistycznych do najczarniejszych.
Oczywiście można założyć, że operacja Stanów Zjednoczonych w Iraku stanie się
sukcesem politycznym, potwierdzeniem akademickich założeń o "uniwersalistycznym
przesłaniu demokracji". Może zdarzyć się nawet i tak, że promieniujący w przyszłości
swoją kulturą demokratyczną Irak wpłynie pozytywnie na inne kraje Bliskiego Wschodu,
które pójdą jego śladem i wprowadzą tak doskonałe systemy polityczne, że sami
Europejczycy i Amerykanie będą pękać z zazdrości.
Niestety jest możliwy i inny scenariusz, w którym nie już mowy o żadnych
uniwersalistycznych przesłaniach oraz przyszłej stabilizacji. Okazać się bowiem może,
iż uciskana do tej pory większość szyicka w Iraku będzie stopniowo wykorzystywała
narzucone procedury demokratyczne i dzięki cichej pomocy Iranu (albo i bez niej) będzie
cierpliwie budowała fundamenty kolejnej republiki islamskiej, której - i tu znów
paradoks historii - jednym z wrogów był akurat Saddam Husajn.
Niewykluczone, że w przyszłości republika obejmowałaby tylko część kraju, ponieważ
północ znajdowałaby się pod panowaniem Kurdów, pragnących stworzyć wreszcie
niepodległe państwo. Aby zapobiec takiemu scenariuszowi należałoby powstrzymać chociażby
Iran, oskarżając go tradycyjnie o wspieranie terroryzmu i próbę wyprodukowania broni
nuklearnej. Kolejnym więc etapem działań - jak wynikałoby z takiej logiki - byłaby
akcja najpierw dyplomatyczna, a później militarna przeciw Iranowi właśnie (ewentualnie
kolejnej na "czarnej liście" Syrii), oczywiście z uzasadnieniem, że chodzi o
powstrzymanie terroryzmu oraz wprowadzenie demokracji. Niewykluczone, że byłoby to spełnieniem,
z nawiązką, koncepcji Samuela Huntingtona o "zderzeniu cywilizacji".
Istnieje też i trzeci scenariusz, będący odbiciem sytuacji w Afganistanie. Prezydent
Karzaj, pilnie strzeżony przez amerykańskich ochroniarzy, prawdopodobnie kontroluje
efektywnie tylko część swojego kraju. Lokalni władcy nie są przekonani o pożytkach płynących
z obecności sił sojuszniczych na obszarze Afganistanu, wolą więc zaprowadzać własne
porządki. Nie są jednak na tyle silni, by narzucić władzę innym, trwa więc stan
zawieszenia: niby-wojny, niby-pokoju. Stan, o którym świat wie bardzo niewiele.
Nie wiadomo wciąż, czy można mówić o sukcesie misji amerykańskiej w tej części
globu (było nie było, zniszczono reżim talibów), czy też o początku kolejnego
nieudanego eksperymentu. Jak na razie post-wojenny scenariusz dla Iraku jest niewiadomą.
Oby najmniej tragiczną.
Droga przez Turcję
Paradoksalny związek między czwartą falą demokratyzacji a "wojną z
terroryzmem" ujawnia się stopniowo w samej Unii Europejskiej. Chodzi naturalnie o
jej stosunek do muzułmańskiej Turcji. Odraczana od kilkudziesięciu lat data rozpoczęcia
negocjacji członkowskich z tym krajem to znak dość oczywistych obaw żywionych przez
wiele państw europejskich. W 2002 roku obawy zwiększyły się jeszcze bardziej, kiedy w
listopadowych wyborach zwycięstwo odniosła fundamentalistyczna Partia Sprawiedliwości i
Rozwoju (AKP), będąca kolejnym wcieleniem rozwiązanych przymusowo Partii Dobrobytu
(Refah Partisi) i Partii Cnoty (Fazilet Partisi).
W oficjalnych enuncjacjach najpierw premier Gül, a następnie Erdogan z AKP oświadczają
jednak, że członkostwo w Unii jest priorytetem dla ich partii, co oznacza - biorąc te słowa
za dobrą monetę - współpracę ze świecką armią, odgrywającą zasadniczą rolę w
państwie. Ze względu na fakt, ze Turcja jest bardzo bliskim sojusznikiem Zachodu, a
szczególnie Stanów Zjednoczonych w niekończącej się "wojnie z terroryzmem"
(czyli jakoby podziela szereg wspólnych wartości politycznych, a może też społecznych
- mimo obecnych sporów z USA co do roli Turcji w wojnie z Irakiem), to dalsze zwlekanie z
przyjęciem tego muzułmańskiego kraju do Unii mogłoby mieć fatalne skutki dla
globalnej polityki bezpieczeństwa. Unia Europejska ma więc przed sobą największy bodajże
dylemat od czasu jej powstania, zaś jego rozwiązanie musi z konieczności znaleźć głębsze
uzasadnienie.
Proces międzycywilizacyjnego dialogu na temat demokracji opisuje "The
Economist": "Najbardziej istotne jest to, że Unia Europejska, otwarta dla
Turcji, powinna stać się autorem przesłania do współczesnego, pogrążonego w kłopotach
świata muzułmańskiego: Zachód nie uważa islamu i demokracji za byty wykluczające się
wzajemnie, pod warunkiem, że taki punkt widzenia przyjmie sam islam. Wewnątrz granic
Unii żyje ponad 15 milionów muzułmanów, których prawa są dobrze chronione. Albania i
Bośnia, państwa częściowo zanurzone w tradycji muzułmańskiej, także powinny stać
się ważnymi kandydatami do członkostwa w Unii Europejskiej. W późniejszym okresie sieć
[demokratyzacji] powinna rozciągnąć się jeszcze dalej. Przedstawienie wstępnej daty
rozpoczęcia negocjacji jest historyczną szansą zarówno dla Europy, jak i dla świata
islamu. [Dodatkowo jeszcze] oznaczałoby również i to, że obydwie cywilizacje nie są
skazane na konflikt".
Pierwsze kroki na niezwykłej ścieżce dialogu zostały już uczynione. Tayyip Erdogan,
szef zwycięskiej AKP, został nazwany w mediach "nawróconym islamistą", co
sugerowałoby, że przyjął otwarcie kanon europejskich wartości. Podróże zagraniczne
zaczął od Europy i USA, nie - jak Necmettin Erbakan, premier i ideowy poprzednik - od
Iranu i Libii.
Większość polityków zachodnich ma nadzieję, że dawne pomysły Erbakana, jak chociażby
stworzenie muzułmańskiego sojuszu wojskowego czy muzułmańskiej unii gospodarczej na wzór
Unii Europejskiej, są sprawą zamkniętą. Erdogan zapewnia gorliwie o przestrzeganiu
praw człowieka i wolności politycznych, dodając przy tym, że rządząca partia
bardziej przypomina zachodnioeuropejskich chadeków niż irańskich fundamentalistów, co
zdaje się zadowalać wielu w Europie. Czy jednak słowa poematu Ziyi Gokalpa, recytowane
kilka lat temu publicznie przez Erdogana, są bliskie ideałom chadeków? "Meczety są
naszymi koszarami. Minarety naszymi bagnetami. Kopuły są naszymi hełmami. Wierni są
naszymi żołnierzami (...) Nikt nie zdoła uciszyć wołania na modlitwę. Położymy
kres rasizmowi w Turcji. Nigdy nas nie zdławią. Nawet gdy otworzą się niebiosa i
ziemia, nawet gdy zaleją nas wody i wulkany, nigdy nie zawrócimy z naszej drogi. Moim
oparciem jest islam. Gdybym nie mógł o nim mówić, po cóż miałbym żyć?".
Recytowana przez Erdogana poezja może budzić niejakie obawy, i to mimo zapewnień
obecnego premiera o oddaniu sprawom europejskim. Nic więc chyba dziwnego, że przeciwnicy
europejsko-muzułmańskiego dialogu polityczno-kulturowego wskazują na liczne fakty, które
nie pasują do uniwersalistycznych założeń. Przede wszystkim Turcja jest w fatalnej
sytuacji ekonomicznej, tak więc ewentualne członkostwo w Unii nie wynika z szacunku dla
wzorców ideologicznych świeckiej Europy, ale postrzegane jest jako szansa na wzmocnienie
własnej gospodarki. Sam Erdogan nie może otwarcie odwoływać się obecnie do
"wartości islamskich", bo groziłoby to kolejną delegalizacją partii i następnym
wyrokiem więzienia dla niego samego. Świeckie sądy (podobnie jak i świecka armia,
wierna koncepcjom Atatürka) stanowią fundament polityczny kraju - póki co...
Nie można wykluczyć, że Erdogan, korzystając ze wsparcia Unii, będzie starał się
doprowadzić do odsunięcia wojskowych od steru rządów, co oznaczałoby, że partie
islamskie roztoczyłyby w przyszłości szerszą kontrolę nad krajem. Kto wie, czy w
takiej sytuacji członkostwo w Unii rozumiane byłoby nie tyle jako cel, ale środek do
celu, o którym nie wspomina się otwarcie? Całość problemu komplikuje jeszcze możliwa
interwencja militarna Turcji na obszarach północnego Iraku. Miałaby ona zapobiec
rewolcie Kurdów, która grozi anarchizacją lub nawet rozpadem państwa tureckiego.
Polski ślad
Na spotkaniu poświęconym politycznym implikacjom udziału Polski w operacji militarnej
na terenie Iraku jeden z bardzo młodych uczestników zasugerował, że pora dokonać uwspółcześnienia
hymnu narodowego. Nowa wersja brzmiałaby tak: "Przejdziem Eufrat, przejdziem Tygrys,
będziem Polakami. Dał nam przykład Bush Prezydent, jak zwyciężać mamy". Dla
jednych te słowa to przykład ironicznego komentarza do politycznej decyzji rządu
polskiego. Dla innych - poważne credo przyszłych poczynań politycznych, gospodarczych
czy nawet militarnych.
Klamka zapadła: Rzeczpospolita wpisała się w globalną misję niesienia
"uniwersalnych wartości". Nie bardzo jeszcze wiadomo, jakie będą tego
konsekwencje, lecz wydaje się, że dla zrównoważenia - niewielkiej, ale jednak
niezwykle kontrowersyjnej obecności militarnej na Bliskim Wschodzie - powinno się podjąć
działania, które wskazywałyby na możliwości odgrywania przez Polskę roli pomostu między
cywilizacjami.
Rola ta nie mogłaby być zbyt imponująca, tyle że bez pomysłu na jej realizację będziemy
po prostu postrzegani w świecie muzułmańskim (a nawet w niektórych państwach
europejskich) jako zwykli agresorzy - motywowani albo pazernością (udział w odbudowie
Iraku), albo ideologią Nowego Imperium Stanów Zjednoczonych.
Kto wie, czy cząstkowym rozwiązaniem tego problemu nie byłoby dążenie, by Polska stała
się w przyszłości jednym z centrów dialogu? Być może to jedynie mrzonka, a może
jednak - nie.

PIOTR KŁODKOWSKI jest specjalistą od spraw Dalekiego Wschodu. Tłumaczy z języków
hindi i urdu. Studiował w Instytucie NIML przy Quaid-i-Axam University w Islamabadzie
(Pakistan). Organizuje wyprawy naukowe do Indii, Pakistanu, Sri Lanki, Nepalu, Chin,
Wietnamu, Kambodży, Laosu. W wydawnictwie Znak ukazała się w roku 2002 jego książka
"Wojna światów? O iluzji wartości uniwersalnych".
|