adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 16 (2806)
20 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



To jest nasza wieczerza

Z ks. Tomaszem Węcławskim
rozmawiają Wojciech Bonowicz i Michał Okoński


Dierick Bouts
"Ostatnia wieczerza"
TYGODNIK POWSZECHNY: - Czego dowiadujemy się o Bogu w Wieczerniku?

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: - W samym Wieczerniku? Przecież Wieczernik jest tylko znakiem, stacją na drodze wydarzenia paschalnego i tym samym na drodze do ostatecznego objawienia Boga w Jezusie umarłym i zmartwychwstałym. Wieczernik należy do serca tego wydarzenia, ale sam nie wystarczy.

- A gdyby wydarzył się tylko on? Byłaby religia słowa, religia łamania chleba...

- Nie byłoby. I z punktu widzenia pedagogicznego, bo uczniowie Jezusa wtedy jeszcze Go nie rozumieli, i z zupełnie obiektywnego punktu widzenia - bo Jezus musi przejść całą tę drogę, a nie mówić o niej hipotetycznie. "Ciało za was wydane" musi być wydane, a krew - wylana. Bez tego wszystko minęłoby, tak jak minął nastrój tamtego wieczora. W całym wydarzeniu paschalnym objawia się prawdziwy porządek rzeczy, a Wieczerza Pańska jest do tego porządku otwarciem drzwi.


Jeśli to jest Mesjasz

- Co wiemy o niej na pewno? Czy wiemy dokładnie, kiedy się odbyła i ilu ludzi siedziało - a raczej leżało - przy stole?

- Świadectwo ewangelistów jest tak jasne, że nie ma wątpliwości: Ostatnia Wieczerza się wydarzyła i była właśnie ostatnia. Wiemy, że był to kluczowy moment pośród ostatnich dni Jezusa. Problemem może być jedynie dokładne ustalenie daty. Synoptycy mówią zgodnie o dniu Przaśników, kiedy przygotowywano Paschę, Jan natomiast: "było to przed świętem Paschy". Być może Ostatnia Wieczerza Jezusa odbyła się dzień wcześniej niż wieczerza paschalna mieszkańców Jerozolimy. Nie ma natomiast powodu, żeby wątpić, że do stołu zasiadło z Nim to grono, które przywykliśmy przedstawiać: Jezus i ci, z którymi stale przebywał.

- W Jego otoczeniu, jak wiemy, były też kobiety...

- Zapewne. Ale sprawy publiczne w tamtych czasach i miejscach toczyły się w gronie męskim, kobiety pozostawały ukryte. W gruncie rzeczy nie jest jednak aż tak bardzo istotne, kto fizycznie był, a kto nie był w Wieczerniku. Kiedy Jezus mówi: "Wy jesteście moimi przyjaciółmi" i kiedy poleca czynić to, co sam czyni "na moją pamiątkę", dotyczy to nie tylko tych, którzy byli tam wówczas. My wszyscy tam jesteśmy z Jezusem, to jest nasza Wieczerza. A to, że w niej uczestniczymy liturgicznie, to - biorąc pod uwagę siłę liturgicznej anamnezy - oznacza właśnie, że w niej naprawdę uczestniczymy. Wobec tego nikt się nie może czuć z niej wyłączony - czy jest Żydem czy poganinem, mężczyzną czy kobietą.

- Jaki to był moment emocjonalny - zarówno w życiu Jezusa, jak i Jego uczniów? Jak wielu rzeczy się spodziewali, a jak wielu rzeczy się nie spodziewali z tego, co miało się wkrótce wydarzyć?

- Odpowiedź jest bardzo trudna, bo całe świadectwo jest pisane już z perspektywy wydarzeń późniejszych. Niewątpliwie - co dosyć długo "męczyli" egzegeci i rekonstruktorzy życia Jezusa - działając tak, jak działał, On musiał wiedzieć, że grozi mu śmierć, a pojawienie się w Jerozolimie w okresie świąt skrajnie zwiększało to niebezpieczeństwo. Uczniowie także musieli to wiedzieć albo przeczuwać.

Sądzę jednak, że nie ma potrzeby przesadnie się na tym skupiać. To nowożytna przypadłość, skądinąd cenna, że chcemy wiedzieć o faktach samych w sobie. Problem w tym, że tu ich nie ma - świadectwo o faktach otrzymujemy wraz z ich głęboką interpretacją w wierze w Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Można próbować interpretacje wczesnego Kościoła odróżniać, zobaczyć, jak pogłębiało się rozumienie, nie tylko w świadectwie nowotestamentowym, ale i w teologii Ojców Kościoła. Ale to nie da nam jeszcze wiedzy pozwalającej zrozumieć samo wydarzenie. Fakt jako taki - wieczerza pewnego człowieka, który wkrótce zostanie zabity, z grupą ludzi, z którymi był bardzo związany - byłby z punktu widzenia "wielkiej" historii bez znaczenia. Natomiast jako t a wieczerza jest pełen znaczenia.

- Choć - jak Ksiądz powiedział - uczniowie nie rozumieją, co się dzieje...

- To prawda. Ale to, że oni w Ewangeliach przyznają się do tego - pokazując siebie samych jako ludzi, którzy nawet w ostatniej chwili kłócą się, kto z nich jest pierwszy - to jest nie tylko pewien rodzaj ludzkiej szczerości, ale i sygnał, że to wydarzenie przerasta ludzkie oczekiwania i wyobrażenia. Zarazem jest to ostrzeżenie, żebyśmy nie postępowali podobnie do nich, żebyśmy nie próbowali przeprowadzać w samym sercu Paschy Jezusa swoich własnych spraw.

- Czego uczniowie się spodziewają?

- Tego, czego cały naród: jeśli to jest Mesjasz, to teraz skończy się poniżenie Izraela. Wypełnią się Boże obietnice, Mesjasz okaże się silniejszy niż jego wrogowie, nikt mu nic złego nie zrobi. Świadczy o tym pewnie i to, co wydarzy się kilka godzin później - próba obrony Jezusa podjęta przez Piotra. Być może jej słabość - uczniowie byli praktycznie nieuzbrojeni - brała się z oczekiwania, że Bóg cudem sprawi, iż napastnicy się rozpierzchną.

- Czy uczniowie wiedzą, że to ostatni raz?

- Jezus im to mówi. Mówi: "Już nie będę więcej pił wina", a wino było przecież zwykłym codziennym napojem. Ale nie wiem, czy oni wtedy zwrócili na to uwagę. Na pewno w świadectwie te słowa wróciły z taką siłą z powodu tego, co wydarzyło się później.


Wśród was tak nie jest

Umieszczenie sporu o pierwszeństwo podczas Ostatniej Wieczerzy również odzwierciedla wydarzenia późniejsze, bo nawet po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, w nowej wspólnocie gromadzącej się w Jego imię, wciąż się o to kłócili. Zanim upadła świątynia Jerozolimska, czyli przed rokiem 70 pierwszego stulecia, dyskutowano, czy zostać przy świątyni, czy ruszyć z misją do innych narodów, i zarazem, jaka ma być struktura służby we wspólnocie (obok Dwunastu pojawia się Siedmiu, którzy mają obsługiwać stoły, by tamci mogli poświęcić się głoszeniu słowa). To wygląda jak podział na zadania "wyższe" i "niższe". Słowa Jezusa "wśród was tak nie jest" (czyli: "zobaczcie, kim wy naprawdę jesteście wobec mnie") i Jego nacisk na pierwszeństwo, które wyraża się w służbie i "wydaniu siebie", to bardzo twarda, rzekłbym: pokutno-rekolekcyjna krytyka tamtych sporów. W tym sensie to jest też słowo do nas, bo pokusa rozdzielenia władzy i służby wciąż się wśród nas pojawia i wciąż trzeba się z nią mierzyć.

- Jezus mówi: "Któż bowiem jest większy, czy ten, kto siedzi za stołem, czy ten kto służy? Czyż nie ten, kto siedzi za stołem? Otóż ja jestem pośród was, jak ten, kto służy". To rozumiemy, bo to się zgadza z tym, co Jezus za chwilę zrobi, myjąc uczniom nogi. Ale przecież obiecuje uczniom równocześnie: będziecie "w królestwie moim jedli i pili przy moim stole". Czyli jednak jakaś hierarchia będzie: oni będą tymi "lepszymi", którzy zasiądą za stołem...

- Mamy tu do czynienia raczej z odwróceniem hierarchii - albo raczej ze zwróceniem uwagi, że trzeba ją rozumieć zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Przecież uczniowie dobrze wiedzą, że to oni powinni służyć. A jednak słyszą: będziecie siedzieć za moim stołem, czyli ja wam będę służył. Zobaczcie: to wszystko jest inaczej, nie tak, jak myślicie! Słowo "królestwo", "królowanie" zwykle kojarzy się ze zwierzchnością, panowaniem, ale w ustach Jezusa oznacza oddanie - to, że On jest cały dla drugich i że to jest dzieło Boże.

- Skoro mowa o królestwie... Czy w niebie będzie coś więcej niż to, co było - i jest - w Ostatniej Wieczerzy? Wydaje się, iż czasem nadzieja na nagrodę po śmierci przysłania nagrodę, którą już mamy: życie z Jezusem w Eucharystii.

- Jest takie powiedzenie Mikołaja Kabezilasa, teologa bizantyjskiego z XV w., że po Eucharystii już się nic więcej nie może wydarzyć. Nie może być nic więcej niż Eucharystia, skoro ona jest miejscem pełni naszego spotkania z Bogiem Zbawicielem w Jego Synu za nas wydanym. W tym sensie myślenie o niebie jako o czymś więcej jest nieporozumieniem. Ale zarazem oczywiście jesteśmy w drodze. Nie w drodze do królestwa Bożego, bo królestwo Boże już jest w nas, tylko w drodze do odkrycia, czym ono jest i czym jeszcze może się dla nas stać. Dostaliśmy wszystko, a to, że tego nie widzimy, że na to jeszcze nie odpowiadamy, to inna sprawa. Ale to, co miało przyjść, przyszło, i to przyszło c a ł e.

- Czyli to nie jest tak, że żyjemy, żeby zasłużyć na nagrodę: nagroda już jest i mamy ją przyjąć.

- "Przyjąć" też w tym sensie, że wszystko, co otrzymaliśmy, jest "do przyjęcia", chociaż nie jest jeszcze przyjęte, bądź nie jest przyjęte tak, jak mogłoby być przyjęte. Natomiast myślenie o tym, co robimy, jako o pracy "dla przyszłej nagrody" łatwo prowadzi do niezrozumienia tego, co otrzymujemy jako dar, i równocześnie niezrozumienia, skąd płynie cała wartość naszej pracy - że ona także jest darem, że w istocie wszystko, całe nasze dobro, jest tym samym jednym wielkim darem Bożego zmiłowania nad nami.
Jak kamień w bucie

- W opisie Jana Wieczernik zaczyna się od umywania nóg. Dlaczego tylko Jan opisuje tę scenę?

- Jeżeli się założy, że jego Ewangelia powstała ostatnia, można przyjąć, że Jan nie musi powtarzać tego, co już wszyscy wiedzą. On tylko zwraca uwagę na pewne konieczne warunki: że uczniowie mają być tacy, jak pokazał Jezus - że mają "miłować się wzajemnie", mają sobie wzajemnie służyć, tak jak On, Nauczyciel i Pan. Ale sprawa wygląda nieco inaczej, kiedy się przyjmie, że Ewangelia Janowa jest jedną z pierwszych, o ile nie pierwszą z zapisanych, a w każdym razie, że odzwierciedla bardzo wczesną tradycję. Są mocne argumenty za takim stanowiskiem, a jeśli to ono jest słuszne, trzeba powiedzieć, że u Jana sercem wszystkiego jest oddanie i miłość. Znaki, o których w tej Ewangelii mowa, są tego konsekwencją. Tak jest ze znakiem Chleba, którym jest Jezus. Tam nie jest jeszcze powiedziane o łamaniu chleba, tylko: "Ja jestem Chlebem żywym". Co znaczy: "Mnie trzeba jeść, trzeba się tak mną przepoić, żeby żyć jak Ja. Przyjąć mnie tak bardzo, aby to, co Ja robię, było też w was". Słowo o Chlebie oznacza zupełne oddanie się Jezusa tym, dla których przyszedł, i zarazem ich zespolenie się z Nim. Opisując wieczerzę, Jan mówi o znaku umywania nóg, który jest znakiem oddania, zniżenia się, najniższej służby, nie mówi natomiast jeszcze o znaku łamania Chleba - Ciała i o kielichu Krwi. My kojarzymy słowa o Chlebie z Eucharystią - ucztą z chleba, który staje się Ciałem Jezusa, i wina, które staje się Jego Krwią - bo o niej już wiemy. Być może u Jana nie ma jeszcze tego skojarzenia, bo praktyka liturgiczna i sakramentalna jeszcze się w tej wczesnej fazie tradycji nie rozwinęła. To zresztą co do istoty zgadza się z tym, co Jezus mówi po umyciu nóg u Jana ("jeżeli Ja, Pan i nauczyciel, to zrobiłem, to i wy też to róbcie"), i z tym, co mówi u synoptyków po łamaniu chleba: "to czyńcie na moją pamiątkę". Większość teologicznych komentarzy podkreśla, że nie chodzi o sam rytualny gest, który miałby być powtarzany - zarówno w stosunku do chleba i wina, jak i w stosunku do mycia nóg. Mamy rozumieć i naśladować całość postawy Jezusa, a nie skupiać się na pojedynczych gestach. Liturgia, sprawowanie sakramentów stanowi w takiej perspektywie konsekwentne przyjęcie tego, co Jezus polecił, ale nie tyle jako zewnętrzny "ryt", tylko jako znak, jako serce, jako podstawa życia, które całe należy do Boga, który nas zbawił w Jezusie.

- Czym więc są te znaki?

- Znak łamania chleba jest najpierw znakiem wydania siebie, wydania własnego ciała, życia i krwi tak bardzo, że życie moje staje się życiem drugiego. Jasne, że byłoby to za mało, gdyby to był jedynie zewnętrzny gest, gdyby Jezus nie był w tym naprawdę cały. Stąd Jego zupełny dar z siebie i odpowiadająca mu nasza wiara w rzeczywistą obecność Jego Ciała w tym Chlebie i Jego Krwi w tym Kielichu, a to znaczy zarazem w Jego obecność w sercu wszystkich naszych spraw. Gdyby nie rzeczywista obecność Jego całego w Ciele i Krwi, które przyjmujemy w postaciach chleba i wina, zostałby tylko symboliczny gest i przykład oddania. Dopiero przez to, że On jest cały w tym - naprawdę On, bezwzględnie On - wszystko się scala: Boża obecność, życie, męka, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, wydanego za nas, i my, nasze życie i śmierć, nasza zupełna przynależność do Niego - Jego królowanie w nas i przez nas w tym świecie.

- Znak umycia nóg - wiemy to choćby z doświadczenia ruchu "Wiara i Światło" - może być czytelniejszy niż np. znak łamania chleba. Mimo to tradycja Kościoła większe znaczenie związała z tym drugim...

- Uniwersalnie mocniejszy i czytelniejszy jest jednak znak uczty. Praktyka umywania nóg - w formie, o jakiej mówi Ewangelia - była właściwa dla świata żydowskiego, natomiast praktyka wspólnej, braterskiej uczty jest czymś zrozumiałym dla ludzi różnych tradycji i kultur. Tym bardziej, że ta Wieczerza jest wpisana w cały szereg innych; Jezus i Jego uczniowie byli nawet krytykowani, nazywani żarłokami i pijakami z tego powodu, że wciąż spotykają się przy stołach. Mamy też dwa opisy rozmnożenia chleba - niewątpliwie pozostające w pewnej korespondencji z Eucharystią: Jezus daje chleb tym, którzy za Nim podążają, w dodatku rzecz dzieje się na pustkowiu, co rodzi skojarzenia z Paschą Izraela i z manną. Wszystko to wpisuje się w czytelny układ znaków, które wzajemnie się wyjaśniają i wspierają. Natomiast gest umycia nóg, przy całej jego sile, nie jest aż tak łatwy do wpisania w taki kontekst teologiczny. To, że został w liturgii, jest dowodem mądrości Kościoła - nie wiem jednak, co by się stało, gdyby z niego zrobić codzienny rytuał. Kiedy pojawia się raz w roku (często niestety w ogóle się nie pojawia, ale to inny temat), przemawia z całą mocą.

- Biedni ci uczniowie. Najpierw Jezus pozwala, by namaszczono go kosztownym olejkiem, a gdy uczniowie się oburzają, karci ich, a potem sam wykonuje gest nieskończenie bardziej radykalny. Zazwyczaj podczas uczt nogi myli niewolnicy...

- A jest jeszcze wcześniejsza scena obmycia Jego nóg i otarcia ich włosami przez kobietę nierządną. Wszystkie te gesty mają jeden rys wspólny: są to gesty oddania i miłości. Kobieta, która namaszcza Jezusa w Betanii, oddaje Mu to, co ma najcenniejszego: nie tyle ów flakon drogiego olejku, ale usługę przekraczającą zwykłe miary. Jezus zresztą od razu łączy ten gest z własną śmiercią: "na mój pogrzeb to zrobiła". Z kolei kiedy w innym miejscu kobieta nierządna obmywa nogi Jezusa łzami, robi to, czego zaniedbał gospodarz. W jednym i drugim wypadku chodzi przede wszystkim o to, by nie patrzeć na kogoś przez pryzmat jego społecznego miejsca, tylko na to, kim staje się przez swoje oddanie drugiemu. Jeżeli ktoś rozumie to, co się stało w Jezusie, to jego życie się odmienia, niezależnie od przeszłości. Natomiast jeśli nie rozumie, to choćby był najbardziej cnotliwy, nie jest w porządku.

Właśnie dlatego postawa kobiety z Betanii zostaje skontrastowana z reakcją Judasza, który, owszem, przywołuje jak najbardziej moralne uzasadnienie, że lepiej byłoby pieniądze wydane na olejek przekazać biednym. Ale Jan dodaje, że Judasz chciał tych pieniędzy dla siebie; że je wykradał.

- A rzeczywiście wykradał? Relacja Jana jest - łagodnie mówiąc - bardzo niechętna Judaszowi...

- Tu nie chodzi o biednego Judasza - co robił, a czego nie - tylko o pewien typ hipokryty. O sytuację, w której człowiek pod pretekstem czegoś bardzo szlachetnego, robi coś bardzo przyziemnego. Do tego nie potrzeba Judasza. To każdy rozumie, bo pewnie każdy kiedyś coś podobnego zrobił.

- A jednak kiedy dziś czytamy o umywaniu nóg, mamy poczucie pewnej rewolucyjności. Jean Vanier pisze o "skandalu umywania nóg" nie bez powodu, bo przez 2000 lat jakoś o tym geście zapomniano. Raczej dominuje postawa Piotra, opierającego się Chrystusowi - nie burzyć hierarchii, nie wywracać wszystkiego do góry nogami...

- Wiele ruchów odrodzeniowych w Kościele zaczynało się w ten sposób, że ktoś zaczynał traktować poważnie to, co znalazł w Ewangelii. Tak było ze świętym Benedyktem, Bernardem, Franciszkiem i tyloma innymi. Jean Vanier też jest tego przykładem. Taka jest właśnie rola Ewangelii - to jest światło, które na nas pada (choć można oczywiście udawać, że żadnego cienia z nas nie wydobywa...). Czasem dzieje się to jedynie tytułem znaku - nie chodzi o to, że ma się wytworzyć jakaś zupełnie nowa forma życia kościelnego, ale trzeba zakwestionować pewne zastarzałe przyzwyczajenia, żeby z nową siłą pokazać, o co tu naprawdę chodzi. Naśladowanie Jezusa w zupełnie dosłownym sensie - tak jak robił to Franciszek - okazuje się możliwe właśnie jako znak, ale jako norma dla wszystkich i na zawsze zapewne już nie. W tym, co ma być dla wszystkich, trzeba wrócić do pewnych reguł mniej radykalnych, które wynikają bynajmniej nie z niewierności w stosunku do Ewangelii, tylko ze zwykłych uwarunkowań ludzkiego życia.

- Czy takie mówienie nie jest jednak "zmiękczaniem" Jezusowego radykalizmu? Vanier w swoich konferencjach często łączy umywanie nóg z wezwaniem Jezusa, by na ucztę, którą się wydaje, zaprosić ubogich. Proste wezwanie: masz zaprosić na ucztę tych, którzy nie mogą ci się niczym odwdzięczyć...

- Kiedy jest powiedziane "ubogich macie zawsze", to jest to słowo zarówno o stanie społeczeństwa, jak też o pewnym stanie moralnym: sami jesteście ubodzy. Kiedy więc robi się coś jako znak, byłoby niedobrze robić z tego ideologię - np. jeżeli nie zaprosicie do waszego stołu biednych, wasze postępowanie będzie niewierne Ewangelii. Chodzi o odkrycie postawy, z której będą wynikały dobre i prawdziwe gesty, a nie o wymuszanie zmiany postawy przez dosłowne traktowanie wybranych gestów zewnętrznych. Gdyby ktoś demonstracyjnie zapraszał biednych, mogłoby się okazać, że traktuje ich z jeszcze większą hipokryzją, demonstrując za ich pomocą moralną wyższość nad tymi, którzy się na ich zaproszenie nie zdobywają.

- A może to napięcie między wzorem a rzeczywistością jest nieusuwalne? Bo przecież to jest wzór, nie można powiedzieć: "nie naśladujmy".

- To jest wzór, który jednak działa trochę jak kamień w bucie. Zwraca uwagę, budzi niepokój, każe się zatrzymać, zacząć na nowo, przypomina, że możemy inaczej, ale nie dostarcza gotowych rozwiązań, jak to powinno wyglądać.
Płacz nad Judaszem

- Porozmawiajmy o - jak Ksiądz powiedział - biednym Judaszu. Wiemy, że Jezus umył mu nogi, a być może także dopuścił do udziału w ustanowieniu Eucharystii. Św. Leon, pytany dlaczego Pan pozwolił Judaszowi w niej uczestniczyć, odpowiedział: bo Judasz nie był jeszcze przegrany...

- Skupianie uwagi na Judaszu jako wielkim przegranym czy czarnym charakterze tej historii to nieporozumienie.

- Jan i Mateusz wyraźnie tak prowadzą narrację.

- Ale nie po to, żeby się zajmować Judaszem, tylko żeby pokazać, że taka możliwość niewierności i klęski istnieje, i należy przyjąć to ostrzeżenie. To jest zresztą argument także w sporach o powszechność zbawienia: człowiek jest zdolny świadomie odrzucić zaproszenie Chrystusa i wybrać samozniszczenie.

Nie ma co rozstrzygać, czy los Judasza skończył się nieodwołalnie klęską. To nie należy do nas. Ważniejsze jest coś innego: zarówno u Jana, jak i u Mateusza Judasz jest pokazany jako ktoś, z kim możemy się utożsamić. Bo ta możliwość odrzucenia naprawdę w nas jest. Kiedy w Ewangelii Mateuszowej, w środę Wielkiego Tygodnia, słyszę jak na pytanie Judasza pada odpowiedź: "Tak jest, ty!", biorę to do siebie. Poruszający teologiczny komentarz do tej sceny dał Bach. Kiedy w "Pasji Mateuszowej" mowa o tym właśnie momencie Ostatniej Wieczerzy, apostołowie jedenaście razy śpiewają w splątanym chórze "Bin ichs?" (Czy to ja?), po czym zamiast tamtego "Tak jest, ty!" Jezusa, pojawia się chorał: "Tak, ja. Winienem płakać". A chorały są śpiewane w naszym imieniu. Nie możemy myśleć o historii Judasza jako o przykładzie czegoś, co bezpośrednio nas nie dotyczy.

- Czy sytuacja Judasza to nie jest opowieść o "źle ustawionej" wierze? Może zdradził Jezusa nie dlatego, że w Niego nie wierzył. Może chciał jedynie przyspieszyć wydarzenia, pomóc Mesjaszowi w stanięciu w chwale?

- Ale co właściwie znaczy "nie wierzył" albo "źle wierzył"? Kto z nich naprawdę wtedy wierzył? Wierzyli w tym sensie, że zaufali Jezusowi, że zgodzili się ponosić pewne ryzyko przebywając z Nim. Ale się bali i kiedy zaczęło się robić zbyt niebezpiecznie, uciekli. Z ich wiarą w Jezusa jest dosyć trudna sprawa - bo przecież nie jest też tak, że rodzi się ona cała dopiero po zmartwychwstaniu. Ma swoje korzenie w spotkaniu z Jezusem Nauczycielem, przed Jego Paschą, ale wiarą w Niego jako Zbawiciela i Pana staje się dopiero przez wydarzenia Paschalne.

- Piotr mówi przecież: "Tyś jest Chrystus, syn Boga żywego".

- Myśl o niezwykłym synostwie Jezusa wobec Boga musiała się pojawiać wcześniej, ale w tej postaci ("Syn Boga żywego") stanowi niewątpliwie owoc wydarzeń późniejszych. Choć - powtórzę - sposób, w jaki się Jezus zachowywał, a także to, co mówił, z pewnością skłaniało ich do stawiania sobie pytań o niezwykłość Jego związku z Bogiem. Ktoś, kto tak postępował, musiał być albo szaleńcem, albo bluźniercą, albo musiał mieć do tego prawo wynikające z Jego zupełnej przynależności do Ojca.

- Wróćmy do Judasza, bo jego historia rodzi wiele niepokojących pytań. Czy musiał zrobić to, co zrobił, żeby los Chrystusa się dopełnił? Czy po prostu musiał być człowiek, który zdradzi?

- To jest jedna z interpretacji, włożona w usta samego Jezusa i związana z tym bardzo twardym: "lepiej by było dla niego, gdyby się w ogóle nie narodził". Ten motyw znów nas niesie w stronę osądu Judasza, dokonanego w Ewangeliach, ale nie do końca jednoznacznego, bo przecież w tekście występuje także pewien akcent współczucia. Ważniejsze od jego jednostkowej historii wydaje mi się jednak zobaczenie całości sytuacji. Jan mówi, że kiedy Judasz wyszedł, była noc. Po co te słowa? Przecież wiadomo, że była noc, skoro uczta zaczęła się wieczorem. Judasz wyszedł w ciemność, ale za chwilę również oni wychodzą w ciemność. W tej samej ciemności wydarza się śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Dopiero kiedy się te wszystkie plany ponakłada, wszystko nabiera właściwego znaczenia. Noc, która jest czasem ciemnym i niebezpiecznym, i dlatego powszechnie symbolem śmierci (a w języku biblijnym także symbolem grzechu), jako Noc Paschalna staje się światłem, radością i wyzwoleniem. Dzieje się to nie w ten sposób, że noc przestaje być nocą, ale że w samym jej środku - z jej najgłębszego i najciemniejszego wnętrza - wydobywa się światło, "które oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi".

Czujemy, że coś nas w Judaszu intryguje. Mnożą się nie tylko interpretacje egzegetyczne, ale i literackie. Nie chciałbym dodawać następnej, ale jedno powiem z całą mocą: Jezus umarł dla Judasza tak samo, jak dla każdego innego. Sytuacja zdrady nie wyklucza go z historii zbawienia. Światło zapala się w sercu nocy.

- Mimo iż Chrystus powiedział "lepiej, żeby się nie narodził"?

- Mimo to. Zresztą to "lepiej, żeby się nie narodził", to echo słów Hioba. Bardziej głos ludzkiego nieszczęścia niż osąd. Jak płacz nad Jerozolimą: płacz nad Judaszem, a nie ostateczny wyrok.

- A jak by Ksiądz skomentował ten fragment: "Szymonie, Szymonie, oto Szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę, ale ja prosiłem za tobą, aby nie ustała twoja wiara"? Może Judasz też był do uratowania?

- To też lekcja dla nas: Piotr nie był człowiekiem nadzwyczajnym, wyjątkowo predestynowanym do odegrania swojej roli. Wszyscy, którzy jesteśmy wezwani do bycia uczniami - w jakiejkolwiek roli, nie tylko apostołów czy starszych, biskupów czy prezbiterów - jesteśmy wezwani nie dlatego, że się nadzwyczajnie do tego nadajemy, tylko dlatego, że Jezus prosił za nami, a Jego prośba jest naszym życiem.

- W Kościele przeżywamy Wieczerzę Pańską jako święto kapłanów...

- Wolałbym: święto uczniów Jezusa, którzy mają udział w Jego kapłaństwie.

- ...więc zapytamy: czy Judasz był kapłanem?

- Nie można tak prosto wnioskować: jeżeli ktoś siedział przy tamtym stole, dostał Ciało Chrystusa i usłyszał "to czyńcie na moją pamiątkę", został "kapłanem" w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Źródło sakramentów jest w działaniu Chrystusa, a działanie Jezusa w tej godzinie nabiera niezwykłej intensywności - to jest Pascha, zdrój sakramentów. Wydaje mi się jednak zbyt wielkim uproszczeniem mówienie, że Jezus ustanowił kapłaństwo przy Wieczerzy w Wielki Czwartek. Ustanowił kapłaństwo sobą, swoim zupełnym oddaniem ludziom potrzebującym zbawienia i swoim włączeniem w to ludzi przez siebie wybranych - tych, których sam chciał, i swoim oddaniem im siebie tak, że oni teraz działają tak jak On: "w Jego osobie". Widać to zarówno w wezwaniu do odpuszczania grzechów, jak w "to czyńcie na moją pamiątkę".

To jest może uzasadniony skrót: powiedzenie, że kapłaństwo czy prezbiterat ma swoje źródło w Ostatniej Wieczerzy. Ale jeśli tak, to przecież najpierw w każdym z jej znaków, łącznie z umyciem nóg - wezwaniem do służby i dalej, w tym, ku czemu Ostatnia Wieczerza koniecznie prowadzi: w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa i w życiu Jego Kościoła, a więc we wszystkim, co wyrastając z Paschy Jezusa tworzy Kościół. Te najważniejsze znaki dotyczą wszystkich, a nie tylko powołanych do kapłaństwa hierarchicznego. Wszyscy mają łamać chleb, pić z kielicha, umywać nogi. Jezus mówi "ja" i "wy" - a "wy" to my wszyscy. Ale też "wszyscy w Kościele" to nie niezróżnicowana masa, tylko każdy powołany z osobna, każdy do swojego zadania, i porządek powołań we wzajemnych relacjach.

Ksiądz, który by swego kapłaństwa nie osądzał w świetle Ostatniej Wieczerzy, byłby w swoim powołaniu zagrożony. Ale wyciąganie z tego wniosku, że to jest dzień, w którym należy szczególnie celebrować akurat własne wybraństwo (w postaci swego rodzaju "akademii ku czci"), wydaje mi się ryzykowne. Każde wybranie, każde powołanie jest godne świętowania, kapłańskie oczywiście też. Kościół jest świętowaniem zbawienia, a to znaczy także świętowaniem wszystkich powołań, które do zbawienia prowadzą. Wielki Czwartek jest świętem kapłańskim w tym sensie, że dla prezbiterów jest dniem rachunku sumienia i odnowienia wierności Chrystusowi, który ich wybrał. W takim duchu dzień ten pomaga nam przeżywać liturgia, włącznie z poranną Mszą Krzyżma, a także Ojciec Święty, pisząc "Listy do kapłanów" na Wielki Czwartek, a w tym roku encyklikę o Eucharystii. Wszystko w tym dniu jest upomnieniem - w starym, głębokim sensie tego słowa: żebyśmy pamiętali, jakim wybraniem i za jaką cenę zostaliśmy wybrani - wszyscy, nie tylko kapłani.


Wydarzenie, które dotyczy zbawienia

- Porozmawiajmy o Eucharystii. Co się właściwie dzieje?

- Proste pytanie, najprostsza odpowiedź: to, co zostało powiedziane. "To j e s t moje Ciało".

- Słyszymy "ciało", ale czujemy w ustach smak chleba. Czy nic więcej się nie da powiedzieć?

- Cała trudność bierze się z izolowania kwestii, czym jest albo czym staje się ten oto chleb za sprawą gestu i słowa Chrystusa przemawiającego w tym oto wybranym do tego człowieku, od czegoś jeszcze bardziej fundamentalnego. To nie jest wydarzenie, które dotyczy chleba. To jest wydarzenie, które dotyczy zbawienia nas wszystkich. Dopiero w kontekście całego dzieła widać wszystkie wymiary, nie tylko ten jeden - choć szczególnie istotny jako znak - nowej tożsamości tego, co dotąd było tylko kawałkiem ziemskiej materii.

- To chyba za ogólna odpowiedź.

- Może więc jeszcze inaczej. Absurdalność myślenia o tym, co się dzieje z chlebem i winem w izolacji od całej tajemnicy zbawienia, można pokazać tak: czy gdyby jakiś ksiądz gdziekolwiek i kiedykolwiek brał kawałek chleba i wypowiadał "formułę konsekracji", mielibyśmy do czynienia z całą prawdą Eucharystii? Otóż nie wolno mu tego zrobić "tak sobie", poza liturgią zgromadzonego Kościoła. Nie chodzi o przemienianie jednej rzeczy w drugą przez kogoś, kto posiadł taką władzę. Chodzi o wyznanie wiary Kościoła, pośrodku którego przemawia Chrystus, i chodzi o zbawienie świata, a tym nie wolno się po ludzku posługiwać, tym bardziej bawić. Przemienienie jest sercem znaków zbawienia, a nie "czynnością nad chlebem".

Dalej: liturgia to też nie jest tylko ta wycięta z reszty czasu godzina, w której wykonujemy określone święte czynności, ale serce całego chrześcijańskiego życia - tego, co było przedtem i jeszcze bardziej tego, co teraz ma być. Wszystko, co w tak zwanym zwykłym życiu robię jako ten, któremu dał się cały Chrystus - czy myślę o tym, czy nie - jest dalszym ciągiem przyjmowania Eucharystii lub też staje się jej odrzuceniem. Bo są też niestety rzeczy, które mogę zrobić, a które będą odrzuceniem Eucharystii. Odkąd zostałem w to wprowadzony, cokolwiek się dzieje, jest r o z m o w ą z tym wydarzeniem - jest powiedzianym mu moim tak (albo nie). Zdajemy sobie oczywiście sprawę, że to, co robimy, to wciąż mało, że nigdy do końca nie sprostamy temu, cośmy otrzymali... Ale wtedy znowu i znowu przychodzi i rozbrzmiewa wdzięczność całego Kościoła, w której uczestniczymy - czyli właśnie Eucharystia.

- Czy dlatego dziś zachęca się do częstego przyjmowania Komunii?

- Tak, bo to jest najważniejsza rzecz, którą wciąż na nowo możemy robić jako ludzie zbawieni przez Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego.

- Z częstą praktyką eucharystyczną jest związane pewne niebezpieczeństwo - przyzwyczajenia i lekkiego traktowania. Po prostu byłem na Mszy świętej i nic.

- To pewnie niemożliwe, żebyśmy przeżywali ją za każdym razem z równą intensywnością emocjonalną, ale tu nie chodzi o emocje - może nawet byłoby to szkodliwe, gdybyśmy tak myśleli i szukali emocji. Chodzi o to, żebyśmy wiedzieli, że dzięki miłości Chrystusa wolno nam to znów i znów czynić, i żebyśmy sobie zdawali sprawę, że to nie jest tylko nasze dzieło - stąd wezwanie do uszanowania świętości. Święte, bo należy do Tego, do którego i my należymy.

- Mówił Ksiądz, że jesteśmy stale w Wieczerniku; że każda Eucharystia to obecność tam. Odbyliśmy niedawno dramatyczną rozmowę z kimś, kto po nieudanym pierwszym małżeństwie jest w drugim związku: ma kochającą żonę, dzieci, jest dobrym mężem i ojcem, chodzi do kościoła. Nie może przystępować do Komunii. Mówi: Jezus chciał, żeby jedli wszyscy, a księża mu nie pozwalają.

- Tego nie można traktować w kategoriach sporu, w którym po jednej stronie jest on, a po drugiej ci, którzy mu zabraniają - bo wtedy zawsze pojawia się emocjonalne nieporozumienie: z jednej strony moje pragnienie, z drugiej jacyś nielitościwi, którzy zabraniają; z jednej strony mój niepokój, z drugiej "fałszywie litościwi", którzy nie mają odwagi powiedzieć całej bolesnej prawdy.

To nie tak. Po pierwsze, to wykluczenie, jakkolwiek jest wykluczeniem ze znaku, z widzialnej Komunii, nie jest wykluczeniem ze wspólnoty zamierzonej podczas Ostatniej Wieczerzy. Ten znak jest oczywiście cielesnym, widzialnym upewnieniem, że do niej należymy, ale zarazem jest znakiem wspólnoty nierównie większej niż ta widzialna. Ta właśnie ostateczna wspólnota zbawienia sięga dalej niż widzialne dla nas znaki sakramentalne.

Teraz pytanie, dlaczego ta widzialność i dotykalność znaku Komunii jest w takim przypadku niemożliwa? Dlatego, że jest też inna, sprzeczna z nią widzialność: widzialność pewnego zerwania i pewnego nowego, świadomego związania - wbrew sakramentalnemu słowu "aż do śmierci", które zostało wcześniej z całą powagą wypowiedziane. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że ludzie mogą powiedzieć i zrobić rzeczy naprawdę nieodwracalne, ostateczne i ze śmiertelną powagą i że takimi są słowa sakramentalnej przysięgi. Życie to nie jest film, który można cofnąć o parę klatek. Co zostało związane z śmiertelną powagą, wiąże z powagą śmiertelną.

Czyjeś nowe związanie może być po ludzku prawdziwe: on uczynił siebie czyimś, uczynił też swoją tę kobietę, jego są te dzieci. Są razem i będą razem także jako zbawieni. Kto świadomie zbawienia nie odrzuci, nie będzie go pozbawiony. Jednak nie można w takiej sytuacji znaków sakramentalnych traktować jak niebyłych czy też jednych zastępować drugimi. Gdybyśmy tamten znak - małżeństwo sakramentalne - uznali za nieistotny, tamto słowo za minione i niebyłe, tamtą wspólnotę za zerwaną, to jak mamy teraz rozumieć znak Komunii świętej - czyli sakramentalnej wspólnoty we wszystkim i przez wszystko? Czy nie byłby on zakwestionowany w całej swojej prawdzie i w swojej śmiertelnej powadze?

Jakkolwiek to może być bardzo trudne, rola człowieka, który się w takiej sytuacji znalazł, jest w Kościele bardzo ważna. On jest powołany do ochrony prawdziwości Komunii, do ochrony Eucharystii.

- Przed sobą?

- W pewnym sensie tak - to znaczy przed tym nieszczęściem zerwania sakramentalnej wspólnoty, które na niego spadło. On wie, jakie to jest nieszczęście i tym bardziej powinien strzec Komunii Kościoła przed wszelkim zafałszowaniem. Kiedy tak na to spojrzymy, może się okazać, że trudne życie wiary takiego człowieka to jest naprawdę szczególne powołanie, bardzo dla Kościoła ważne. Wierność temu trudnemu i bolesnemu powołaniu może być prawdziwą służbą Komunii. Pragnienie Komunii, które towarzyszy tej wierności - a więc powstrzymywaniu się w imię prawdy przed przyjęciem Komunii świętej - może być też ekspiacją za tyle Komunii świętych bezmyślnych, a nawet świętokradzkich.

                                                                      *

- W Ewangelii Janowej podczas Ostatniej Wieczerzy znajdziemy ostatnią wielką mowę Jezusa do uczniów. Padają w niej słowa: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przeze mnie". Słowa mocno ostatnio dyskutowane, choćby w kontekście deklaracji "Dominus Iesus"...

- Wszystko, o czym tu rozmawiamy, jest objaśnieniem także tych słów. To nie są przecież słowa wykluczenia, ale słowa włączenia. Wybraliśmy, wybieramy, dlatego, że najpierw zostaliśmy wybrani - zostaliśmy wybrani, nawet jeśli sami jeszcze nie wybraliśmy albo się naszemu wybraniu sprzeniewierzamy. Ale trzeba widzieć, że to nie jest włączenie w rzeczy łatwe, wygodne i niewymagające, ale w życie i śmierć, i w zmartwychwstanie przez śmierć. Ostatnia Wieczerza jest bramą, przez którą wchodzimy w radość Paschy - przez śmierć Jezusa, "którą głosimy" i przez naszą własną śmierć, do życia, którego już nie będzie trzeba żałować, ani się wstydzić, ani bać.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny