|
To jest nasza wieczerza
Z ks. Tomaszem Węcławskim rozmawiają Wojciech Bonowicz i Michał Okoński
 |
Dierick Bouts "Ostatnia wieczerza" |
|
TYGODNIK POWSZECHNY: - Czego dowiadujemy się o Bogu w Wieczerniku?
Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: - W samym Wieczerniku? Przecież Wieczernik jest tylko
znakiem, stacją na drodze wydarzenia paschalnego i tym samym na drodze do ostatecznego
objawienia Boga w Jezusie umarłym i zmartwychwstałym. Wieczernik należy do serca tego
wydarzenia, ale sam nie wystarczy.
- A gdyby wydarzył się tylko on? Byłaby religia słowa, religia łamania chleba...
- Nie byłoby. I z punktu widzenia pedagogicznego, bo uczniowie Jezusa wtedy jeszcze Go
nie rozumieli, i z zupełnie obiektywnego punktu widzenia - bo Jezus musi przejść całą
tę drogę, a nie mówić o niej hipotetycznie. "Ciało za was wydane" musi być
wydane, a krew - wylana. Bez tego wszystko minęłoby, tak jak minął nastrój tamtego
wieczora. W całym wydarzeniu paschalnym objawia się prawdziwy porządek rzeczy, a
Wieczerza Pańska jest do tego porządku otwarciem drzwi.
Jeśli to jest Mesjasz
- Co wiemy o niej na pewno? Czy wiemy dokładnie, kiedy się odbyła i ilu ludzi
siedziało - a raczej leżało - przy stole?
- Świadectwo ewangelistów jest tak jasne, że nie ma wątpliwości: Ostatnia Wieczerza
się wydarzyła i była właśnie ostatnia. Wiemy, że był to kluczowy moment pośród
ostatnich dni Jezusa. Problemem może być jedynie dokładne ustalenie daty. Synoptycy
mówią zgodnie o dniu Przaśników, kiedy przygotowywano Paschę, Jan natomiast:
"było to przed świętem Paschy". Być może Ostatnia Wieczerza Jezusa odbyła
się dzień wcześniej niż wieczerza paschalna mieszkańców Jerozolimy. Nie ma natomiast
powodu, żeby wątpić, że do stołu zasiadło z Nim to grono, które przywykliśmy
przedstawiać: Jezus i ci, z którymi stale przebywał.
- W Jego otoczeniu, jak wiemy, były też kobiety...
- Zapewne. Ale sprawy publiczne w tamtych czasach i miejscach toczyły się w gronie
męskim, kobiety pozostawały ukryte. W gruncie rzeczy nie jest jednak aż tak bardzo
istotne, kto fizycznie był, a kto nie był w Wieczerniku. Kiedy Jezus mówi: "Wy
jesteście moimi przyjaciółmi" i kiedy poleca czynić to, co sam czyni "na
moją pamiątkę", dotyczy to nie tylko tych, którzy byli tam wówczas. My wszyscy
tam jesteśmy z Jezusem, to jest nasza Wieczerza. A to, że w niej uczestniczymy
liturgicznie, to - biorąc pod uwagę siłę liturgicznej anamnezy - oznacza właśnie,
że w niej naprawdę uczestniczymy. Wobec tego nikt się nie może czuć z niej
wyłączony - czy jest Żydem czy poganinem, mężczyzną czy kobietą.
- Jaki to był moment emocjonalny - zarówno w życiu Jezusa, jak i Jego uczniów? Jak
wielu rzeczy się spodziewali, a jak wielu rzeczy się nie spodziewali z tego, co miało
się wkrótce wydarzyć?
- Odpowiedź jest bardzo trudna, bo całe świadectwo jest pisane już z perspektywy
wydarzeń późniejszych. Niewątpliwie - co dosyć długo "męczyli" egzegeci i
rekonstruktorzy życia Jezusa - działając tak, jak działał, On musiał wiedzieć, że
grozi mu śmierć, a pojawienie się w Jerozolimie w okresie świąt skrajnie zwiększało
to niebezpieczeństwo. Uczniowie także musieli to wiedzieć albo przeczuwać.
Sądzę jednak, że nie ma potrzeby przesadnie się na tym skupiać. To nowożytna
przypadłość, skądinąd cenna, że chcemy wiedzieć o faktach samych w sobie. Problem w
tym, że tu ich nie ma - świadectwo o faktach otrzymujemy wraz z ich głęboką
interpretacją w wierze w Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Można próbować interpretacje
wczesnego Kościoła odróżniać, zobaczyć, jak pogłębiało się rozumienie, nie tylko
w świadectwie nowotestamentowym, ale i w teologii Ojców Kościoła. Ale to nie da nam
jeszcze wiedzy pozwalającej zrozumieć samo wydarzenie. Fakt jako taki - wieczerza
pewnego człowieka, który wkrótce zostanie zabity, z grupą ludzi, z którymi był
bardzo związany - byłby z punktu widzenia "wielkiej" historii bez znaczenia.
Natomiast jako t a wieczerza jest pełen znaczenia.
- Choć - jak Ksiądz powiedział - uczniowie nie rozumieją, co się dzieje...
- To prawda. Ale to, że oni w Ewangeliach przyznają się do tego - pokazując siebie
samych jako ludzi, którzy nawet w ostatniej chwili kłócą się, kto z nich jest
pierwszy - to jest nie tylko pewien rodzaj ludzkiej szczerości, ale i sygnał, że to
wydarzenie przerasta ludzkie oczekiwania i wyobrażenia. Zarazem jest to ostrzeżenie,
żebyśmy nie postępowali podobnie do nich, żebyśmy nie próbowali przeprowadzać w
samym sercu Paschy Jezusa swoich własnych spraw.
- Czego uczniowie się spodziewają?
- Tego, czego cały naród: jeśli to jest Mesjasz, to teraz skończy się poniżenie
Izraela. Wypełnią się Boże obietnice, Mesjasz okaże się silniejszy niż jego
wrogowie, nikt mu nic złego nie zrobi. Świadczy o tym pewnie i to, co wydarzy się kilka
godzin później - próba obrony Jezusa podjęta przez Piotra. Być może jej słabość -
uczniowie byli praktycznie nieuzbrojeni - brała się z oczekiwania, że Bóg cudem
sprawi, iż napastnicy się rozpierzchną.
- Czy uczniowie wiedzą, że to ostatni raz?
- Jezus im to mówi. Mówi: "Już nie będę więcej pił wina", a wino było
przecież zwykłym codziennym napojem. Ale nie wiem, czy oni wtedy zwrócili na to uwagę.
Na pewno w świadectwie te słowa wróciły z taką siłą z powodu tego, co wydarzyło
się później.
Wśród was tak nie jest
Umieszczenie sporu o pierwszeństwo podczas Ostatniej Wieczerzy również odzwierciedla
wydarzenia późniejsze, bo nawet po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, w nowej
wspólnocie gromadzącej się w Jego imię, wciąż się o to kłócili. Zanim upadła
świątynia Jerozolimska, czyli przed rokiem 70 pierwszego stulecia, dyskutowano, czy
zostać przy świątyni, czy ruszyć z misją do innych narodów, i zarazem, jaka ma być
struktura służby we wspólnocie (obok Dwunastu pojawia się Siedmiu, którzy mają
obsługiwać stoły, by tamci mogli poświęcić się głoszeniu słowa). To wygląda jak
podział na zadania "wyższe" i "niższe". Słowa Jezusa "wśród
was tak nie jest" (czyli: "zobaczcie, kim wy naprawdę jesteście wobec
mnie") i Jego nacisk na pierwszeństwo, które wyraża się w służbie i
"wydaniu siebie", to bardzo twarda, rzekłbym: pokutno-rekolekcyjna krytyka
tamtych sporów. W tym sensie to jest też słowo do nas, bo pokusa rozdzielenia władzy i
służby wciąż się wśród nas pojawia i wciąż trzeba się z nią mierzyć.
- Jezus mówi: "Któż bowiem jest większy, czy ten, kto siedzi za stołem, czy
ten kto służy? Czyż nie ten, kto siedzi za stołem? Otóż ja jestem pośród was, jak
ten, kto służy". To rozumiemy, bo to się zgadza z tym, co Jezus za chwilę zrobi,
myjąc uczniom nogi. Ale przecież obiecuje uczniom równocześnie: będziecie "w
królestwie moim jedli i pili przy moim stole". Czyli jednak jakaś hierarchia
będzie: oni będą tymi "lepszymi", którzy zasiądą za stołem...
- Mamy tu do czynienia raczej z odwróceniem hierarchii - albo raczej ze zwróceniem
uwagi, że trzeba ją rozumieć zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Przecież uczniowie
dobrze wiedzą, że to oni powinni służyć. A jednak słyszą: będziecie siedzieć za
moim stołem, czyli ja wam będę służył. Zobaczcie: to wszystko jest inaczej, nie tak,
jak myślicie! Słowo "królestwo", "królowanie" zwykle kojarzy się
ze zwierzchnością, panowaniem, ale w ustach Jezusa oznacza oddanie - to, że On jest
cały dla drugich i że to jest dzieło Boże.
- Skoro mowa o królestwie... Czy w niebie będzie coś więcej niż to, co było - i
jest - w Ostatniej Wieczerzy? Wydaje się, iż czasem nadzieja na nagrodę po śmierci
przysłania nagrodę, którą już mamy: życie z Jezusem w Eucharystii.
- Jest takie powiedzenie Mikołaja Kabezilasa, teologa bizantyjskiego z XV w., że po
Eucharystii już się nic więcej nie może wydarzyć. Nie może być nic więcej niż
Eucharystia, skoro ona jest miejscem pełni naszego spotkania z Bogiem Zbawicielem w Jego
Synu za nas wydanym. W tym sensie myślenie o niebie jako o czymś więcej jest
nieporozumieniem. Ale zarazem oczywiście jesteśmy w drodze. Nie w drodze do królestwa
Bożego, bo królestwo Boże już jest w nas, tylko w drodze do odkrycia, czym ono jest i
czym jeszcze może się dla nas stać. Dostaliśmy wszystko, a to, że tego nie widzimy,
że na to jeszcze nie odpowiadamy, to inna sprawa. Ale to, co miało przyjść, przyszło,
i to przyszło c a ł e.
- Czyli to nie jest tak, że żyjemy, żeby zasłużyć na nagrodę: nagroda już jest
i mamy ją przyjąć.
- "Przyjąć" też w tym sensie, że wszystko, co otrzymaliśmy, jest "do
przyjęcia", chociaż nie jest jeszcze przyjęte, bądź nie jest przyjęte tak, jak
mogłoby być przyjęte. Natomiast myślenie o tym, co robimy, jako o pracy "dla
przyszłej nagrody" łatwo prowadzi do niezrozumienia tego, co otrzymujemy jako dar,
i równocześnie niezrozumienia, skąd płynie cała wartość naszej pracy - że ona
także jest darem, że w istocie wszystko, całe nasze dobro, jest tym samym jednym
wielkim darem Bożego zmiłowania nad nami.
Jak kamień w bucie
- W opisie Jana Wieczernik zaczyna się od umywania nóg. Dlaczego tylko Jan opisuje
tę scenę?
- Jeżeli się założy, że jego Ewangelia powstała ostatnia, można przyjąć, że Jan
nie musi powtarzać tego, co już wszyscy wiedzą. On tylko zwraca uwagę na pewne
konieczne warunki: że uczniowie mają być tacy, jak pokazał Jezus - że mają
"miłować się wzajemnie", mają sobie wzajemnie służyć, tak jak On,
Nauczyciel i Pan. Ale sprawa wygląda nieco inaczej, kiedy się przyjmie, że Ewangelia
Janowa jest jedną z pierwszych, o ile nie pierwszą z zapisanych, a w każdym razie, że
odzwierciedla bardzo wczesną tradycję. Są mocne argumenty za takim stanowiskiem, a
jeśli to ono jest słuszne, trzeba powiedzieć, że u Jana sercem wszystkiego jest
oddanie i miłość. Znaki, o których w tej Ewangelii mowa, są tego konsekwencją. Tak
jest ze znakiem Chleba, którym jest Jezus. Tam nie jest jeszcze powiedziane o łamaniu
chleba, tylko: "Ja jestem Chlebem żywym". Co znaczy: "Mnie trzeba jeść,
trzeba się tak mną przepoić, żeby żyć jak Ja. Przyjąć mnie tak bardzo, aby to, co
Ja robię, było też w was". Słowo o Chlebie oznacza zupełne oddanie się Jezusa
tym, dla których przyszedł, i zarazem ich zespolenie się z Nim. Opisując wieczerzę,
Jan mówi o znaku umywania nóg, który jest znakiem oddania, zniżenia się, najniższej
służby, nie mówi natomiast jeszcze o znaku łamania Chleba - Ciała i o kielichu Krwi.
My kojarzymy słowa o Chlebie z Eucharystią - ucztą z chleba, który staje się Ciałem
Jezusa, i wina, które staje się Jego Krwią - bo o niej już wiemy. Być może u Jana
nie ma jeszcze tego skojarzenia, bo praktyka liturgiczna i sakramentalna jeszcze się w
tej wczesnej fazie tradycji nie rozwinęła. To zresztą co do istoty zgadza się z tym,
co Jezus mówi po umyciu nóg u Jana ("jeżeli Ja, Pan i nauczyciel, to zrobiłem, to
i wy też to róbcie"), i z tym, co mówi u synoptyków po łamaniu chleba: "to
czyńcie na moją pamiątkę". Większość teologicznych komentarzy podkreśla, że
nie chodzi o sam rytualny gest, który miałby być powtarzany - zarówno w stosunku do
chleba i wina, jak i w stosunku do mycia nóg. Mamy rozumieć i naśladować całość
postawy Jezusa, a nie skupiać się na pojedynczych gestach. Liturgia, sprawowanie
sakramentów stanowi w takiej perspektywie konsekwentne przyjęcie tego, co Jezus
polecił, ale nie tyle jako zewnętrzny "ryt", tylko jako znak, jako serce, jako
podstawa życia, które całe należy do Boga, który nas zbawił w Jezusie.
- Czym więc są te znaki?
- Znak łamania chleba jest najpierw znakiem wydania siebie, wydania własnego ciała,
życia i krwi tak bardzo, że życie moje staje się życiem drugiego. Jasne, że byłoby
to za mało, gdyby to był jedynie zewnętrzny gest, gdyby Jezus nie był w tym naprawdę
cały. Stąd Jego zupełny dar z siebie i odpowiadająca mu nasza wiara w rzeczywistą
obecność Jego Ciała w tym Chlebie i Jego Krwi w tym Kielichu, a to znaczy zarazem w
Jego obecność w sercu wszystkich naszych spraw. Gdyby nie rzeczywista obecność Jego
całego w Ciele i Krwi, które przyjmujemy w postaciach chleba i wina, zostałby tylko
symboliczny gest i przykład oddania. Dopiero przez to, że On jest cały w tym -
naprawdę On, bezwzględnie On - wszystko się scala: Boża obecność, życie, męka,
śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, wydanego za nas, i my, nasze życie i śmierć, nasza
zupełna przynależność do Niego - Jego królowanie w nas i przez nas w tym świecie.
- Znak umycia nóg - wiemy to choćby z doświadczenia ruchu "Wiara i
Światło" - może być czytelniejszy niż np. znak łamania chleba. Mimo to tradycja
Kościoła większe znaczenie związała z tym drugim...
- Uniwersalnie mocniejszy i czytelniejszy jest jednak znak uczty. Praktyka umywania nóg -
w formie, o jakiej mówi Ewangelia - była właściwa dla świata żydowskiego, natomiast
praktyka wspólnej, braterskiej uczty jest czymś zrozumiałym dla ludzi różnych
tradycji i kultur. Tym bardziej, że ta Wieczerza jest wpisana w cały szereg innych;
Jezus i Jego uczniowie byli nawet krytykowani, nazywani żarłokami i pijakami z tego
powodu, że wciąż spotykają się przy stołach. Mamy też dwa opisy rozmnożenia chleba
- niewątpliwie pozostające w pewnej korespondencji z Eucharystią: Jezus daje chleb tym,
którzy za Nim podążają, w dodatku rzecz dzieje się na pustkowiu, co rodzi skojarzenia
z Paschą Izraela i z manną. Wszystko to wpisuje się w czytelny układ znaków, które
wzajemnie się wyjaśniają i wspierają. Natomiast gest umycia nóg, przy całej jego
sile, nie jest aż tak łatwy do wpisania w taki kontekst teologiczny. To, że został w
liturgii, jest dowodem mądrości Kościoła - nie wiem jednak, co by się stało, gdyby z
niego zrobić codzienny rytuał. Kiedy pojawia się raz w roku (często niestety w ogóle
się nie pojawia, ale to inny temat), przemawia z całą mocą.
- Biedni ci uczniowie. Najpierw Jezus pozwala, by namaszczono go kosztownym olejkiem, a
gdy uczniowie się oburzają, karci ich, a potem sam wykonuje gest nieskończenie bardziej
radykalny. Zazwyczaj podczas uczt nogi myli niewolnicy...
- A jest jeszcze wcześniejsza scena obmycia Jego nóg i otarcia ich włosami przez
kobietę nierządną. Wszystkie te gesty mają jeden rys wspólny: są to gesty oddania i
miłości. Kobieta, która namaszcza Jezusa w Betanii, oddaje Mu to, co ma
najcenniejszego: nie tyle ów flakon drogiego olejku, ale usługę przekraczającą
zwykłe miary. Jezus zresztą od razu łączy ten gest z własną śmiercią: "na
mój pogrzeb to zrobiła". Z kolei kiedy w innym miejscu kobieta nierządna obmywa
nogi Jezusa łzami, robi to, czego zaniedbał gospodarz. W jednym i drugim wypadku chodzi
przede wszystkim o to, by nie patrzeć na kogoś przez pryzmat jego społecznego miejsca,
tylko na to, kim staje się przez swoje oddanie drugiemu. Jeżeli ktoś rozumie to, co
się stało w Jezusie, to jego życie się odmienia, niezależnie od przeszłości.
Natomiast jeśli nie rozumie, to choćby był najbardziej cnotliwy, nie jest w porządku.
Właśnie dlatego postawa kobiety z Betanii zostaje skontrastowana z reakcją Judasza,
który, owszem, przywołuje jak najbardziej moralne uzasadnienie, że lepiej byłoby
pieniądze wydane na olejek przekazać biednym. Ale Jan dodaje, że Judasz chciał tych
pieniędzy dla siebie; że je wykradał.
- A rzeczywiście wykradał? Relacja Jana jest - łagodnie mówiąc - bardzo niechętna
Judaszowi...
- Tu nie chodzi o biednego Judasza - co robił, a czego nie - tylko o pewien typ
hipokryty. O sytuację, w której człowiek pod pretekstem czegoś bardzo szlachetnego,
robi coś bardzo przyziemnego. Do tego nie potrzeba Judasza. To każdy rozumie, bo pewnie
każdy kiedyś coś podobnego zrobił.
- A jednak kiedy dziś czytamy o umywaniu nóg, mamy poczucie pewnej rewolucyjności.
Jean Vanier pisze o "skandalu umywania nóg" nie bez powodu, bo przez 2000 lat
jakoś o tym geście zapomniano. Raczej dominuje postawa Piotra, opierającego się
Chrystusowi - nie burzyć hierarchii, nie wywracać wszystkiego do góry nogami...
- Wiele ruchów odrodzeniowych w Kościele zaczynało się w ten sposób, że ktoś
zaczynał traktować poważnie to, co znalazł w Ewangelii. Tak było ze świętym
Benedyktem, Bernardem, Franciszkiem i tyloma innymi. Jean Vanier też jest tego
przykładem. Taka jest właśnie rola Ewangelii - to jest światło, które na nas pada
(choć można oczywiście udawać, że żadnego cienia z nas nie wydobywa...). Czasem
dzieje się to jedynie tytułem znaku - nie chodzi o to, że ma się wytworzyć jakaś
zupełnie nowa forma życia kościelnego, ale trzeba zakwestionować pewne zastarzałe
przyzwyczajenia, żeby z nową siłą pokazać, o co tu naprawdę chodzi. Naśladowanie
Jezusa w zupełnie dosłownym sensie - tak jak robił to Franciszek - okazuje się
możliwe właśnie jako znak, ale jako norma dla wszystkich i na zawsze zapewne już nie.
W tym, co ma być dla wszystkich, trzeba wrócić do pewnych reguł mniej radykalnych,
które wynikają bynajmniej nie z niewierności w stosunku do Ewangelii, tylko ze
zwykłych uwarunkowań ludzkiego życia.
- Czy takie mówienie nie jest jednak "zmiękczaniem" Jezusowego radykalizmu?
Vanier w swoich konferencjach często łączy umywanie nóg z wezwaniem Jezusa, by na
ucztę, którą się wydaje, zaprosić ubogich. Proste wezwanie: masz zaprosić na ucztę
tych, którzy nie mogą ci się niczym odwdzięczyć...
- Kiedy jest powiedziane "ubogich macie zawsze", to jest to słowo zarówno o
stanie społeczeństwa, jak też o pewnym stanie moralnym: sami jesteście ubodzy. Kiedy
więc robi się coś jako znak, byłoby niedobrze robić z tego ideologię - np. jeżeli
nie zaprosicie do waszego stołu biednych, wasze postępowanie będzie niewierne
Ewangelii. Chodzi o odkrycie postawy, z której będą wynikały dobre i prawdziwe gesty,
a nie o wymuszanie zmiany postawy przez dosłowne traktowanie wybranych gestów
zewnętrznych. Gdyby ktoś demonstracyjnie zapraszał biednych, mogłoby się okazać, że
traktuje ich z jeszcze większą hipokryzją, demonstrując za ich pomocą moralną
wyższość nad tymi, którzy się na ich zaproszenie nie zdobywają.
- A może to napięcie między wzorem a rzeczywistością jest nieusuwalne? Bo
przecież to jest wzór, nie można powiedzieć: "nie naśladujmy".
- To jest wzór, który jednak działa trochę jak kamień w bucie. Zwraca uwagę, budzi
niepokój, każe się zatrzymać, zacząć na nowo, przypomina, że możemy inaczej, ale
nie dostarcza gotowych rozwiązań, jak to powinno wyglądać.
Płacz nad Judaszem
- Porozmawiajmy o - jak Ksiądz powiedział - biednym Judaszu. Wiemy, że Jezus umył
mu nogi, a być może także dopuścił do udziału w ustanowieniu Eucharystii. Św. Leon,
pytany dlaczego Pan pozwolił Judaszowi w niej uczestniczyć, odpowiedział: bo Judasz nie
był jeszcze przegrany...
- Skupianie uwagi na Judaszu jako wielkim przegranym czy czarnym charakterze tej historii
to nieporozumienie.
- Jan i Mateusz wyraźnie tak prowadzą narrację.
- Ale nie po to, żeby się zajmować Judaszem, tylko żeby pokazać, że taka
możliwość niewierności i klęski istnieje, i należy przyjąć to ostrzeżenie. To
jest zresztą argument także w sporach o powszechność zbawienia: człowiek jest zdolny
świadomie odrzucić zaproszenie Chrystusa i wybrać samozniszczenie.
Nie ma co rozstrzygać, czy los Judasza skończył się nieodwołalnie klęską. To nie
należy do nas. Ważniejsze jest coś innego: zarówno u Jana, jak i u Mateusza Judasz
jest pokazany jako ktoś, z kim możemy się utożsamić. Bo ta możliwość odrzucenia
naprawdę w nas jest. Kiedy w Ewangelii Mateuszowej, w środę Wielkiego Tygodnia,
słyszę jak na pytanie Judasza pada odpowiedź: "Tak jest, ty!", biorę to do
siebie. Poruszający teologiczny komentarz do tej sceny dał Bach. Kiedy w "Pasji
Mateuszowej" mowa o tym właśnie momencie Ostatniej Wieczerzy, apostołowie
jedenaście razy śpiewają w splątanym chórze "Bin ichs?" (Czy to ja?), po
czym zamiast tamtego "Tak jest, ty!" Jezusa, pojawia się chorał: "Tak,
ja. Winienem płakać". A chorały są śpiewane w naszym imieniu. Nie możemy
myśleć o historii Judasza jako o przykładzie czegoś, co bezpośrednio nas nie dotyczy.
- Czy sytuacja Judasza to nie jest opowieść o "źle ustawionej" wierze?
Może zdradził Jezusa nie dlatego, że w Niego nie wierzył. Może chciał jedynie
przyspieszyć wydarzenia, pomóc Mesjaszowi w stanięciu w chwale?
- Ale co właściwie znaczy "nie wierzył" albo "źle wierzył"? Kto z
nich naprawdę wtedy wierzył? Wierzyli w tym sensie, że zaufali Jezusowi, że zgodzili
się ponosić pewne ryzyko przebywając z Nim. Ale się bali i kiedy zaczęło się robić
zbyt niebezpiecznie, uciekli. Z ich wiarą w Jezusa jest dosyć trudna sprawa - bo
przecież nie jest też tak, że rodzi się ona cała dopiero po zmartwychwstaniu. Ma
swoje korzenie w spotkaniu z Jezusem Nauczycielem, przed Jego Paschą, ale wiarą w Niego
jako Zbawiciela i Pana staje się dopiero przez wydarzenia Paschalne.
- Piotr mówi przecież: "Tyś jest Chrystus, syn Boga żywego".
- Myśl o niezwykłym synostwie Jezusa wobec Boga musiała się pojawiać wcześniej, ale
w tej postaci ("Syn Boga żywego") stanowi niewątpliwie owoc wydarzeń
późniejszych. Choć - powtórzę - sposób, w jaki się Jezus zachowywał, a także to,
co mówił, z pewnością skłaniało ich do stawiania sobie pytań o niezwykłość Jego
związku z Bogiem. Ktoś, kto tak postępował, musiał być albo szaleńcem, albo
bluźniercą, albo musiał mieć do tego prawo wynikające z Jego zupełnej
przynależności do Ojca.
- Wróćmy do Judasza, bo jego historia rodzi wiele niepokojących pytań. Czy musiał
zrobić to, co zrobił, żeby los Chrystusa się dopełnił? Czy po prostu musiał być
człowiek, który zdradzi?
- To jest jedna z interpretacji, włożona w usta samego Jezusa i związana z tym bardzo
twardym: "lepiej by było dla niego, gdyby się w ogóle nie narodził". Ten
motyw znów nas niesie w stronę osądu Judasza, dokonanego w Ewangeliach, ale nie do
końca jednoznacznego, bo przecież w tekście występuje także pewien akcent
współczucia. Ważniejsze od jego jednostkowej historii wydaje mi się jednak zobaczenie
całości sytuacji. Jan mówi, że kiedy Judasz wyszedł, była noc. Po co te słowa?
Przecież wiadomo, że była noc, skoro uczta zaczęła się wieczorem. Judasz wyszedł w
ciemność, ale za chwilę również oni wychodzą w ciemność. W tej samej ciemności
wydarza się śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Dopiero kiedy się te wszystkie plany
ponakłada, wszystko nabiera właściwego znaczenia. Noc, która jest czasem ciemnym i
niebezpiecznym, i dlatego powszechnie symbolem śmierci (a w języku biblijnym także
symbolem grzechu), jako Noc Paschalna staje się światłem, radością i wyzwoleniem.
Dzieje się to nie w ten sposób, że noc przestaje być nocą, ale że w samym jej
środku - z jej najgłębszego i najciemniejszego wnętrza - wydobywa się światło,
"które oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi".
Czujemy, że coś nas w Judaszu intryguje. Mnożą się nie tylko interpretacje
egzegetyczne, ale i literackie. Nie chciałbym dodawać następnej, ale jedno powiem z
całą mocą: Jezus umarł dla Judasza tak samo, jak dla każdego innego. Sytuacja zdrady
nie wyklucza go z historii zbawienia. Światło zapala się w sercu nocy.
- Mimo iż Chrystus powiedział "lepiej, żeby się nie narodził"?
- Mimo to. Zresztą to "lepiej, żeby się nie narodził", to echo słów Hioba.
Bardziej głos ludzkiego nieszczęścia niż osąd. Jak płacz nad Jerozolimą: płacz nad
Judaszem, a nie ostateczny wyrok.
- A jak by Ksiądz skomentował ten fragment: "Szymonie, Szymonie, oto Szatan
domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę, ale ja prosiłem za tobą, aby nie
ustała twoja wiara"? Może Judasz też był do uratowania?
- To też lekcja dla nas: Piotr nie był człowiekiem nadzwyczajnym, wyjątkowo
predestynowanym do odegrania swojej roli. Wszyscy, którzy jesteśmy wezwani do bycia
uczniami - w jakiejkolwiek roli, nie tylko apostołów czy starszych, biskupów czy
prezbiterów - jesteśmy wezwani nie dlatego, że się nadzwyczajnie do tego nadajemy,
tylko dlatego, że Jezus prosił za nami, a Jego prośba jest naszym życiem.
- W Kościele przeżywamy Wieczerzę Pańską jako święto kapłanów...
- Wolałbym: święto uczniów Jezusa, którzy mają udział w Jego kapłaństwie.
- ...więc zapytamy: czy Judasz był kapłanem?
- Nie można tak prosto wnioskować: jeżeli ktoś siedział przy tamtym stole, dostał
Ciało Chrystusa i usłyszał "to czyńcie na moją pamiątkę", został
"kapłanem" w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Źródło sakramentów jest w
działaniu Chrystusa, a działanie Jezusa w tej godzinie nabiera niezwykłej
intensywności - to jest Pascha, zdrój sakramentów. Wydaje mi się jednak zbyt wielkim
uproszczeniem mówienie, że Jezus ustanowił kapłaństwo przy Wieczerzy w Wielki
Czwartek. Ustanowił kapłaństwo sobą, swoim zupełnym oddaniem ludziom potrzebującym
zbawienia i swoim włączeniem w to ludzi przez siebie wybranych - tych, których sam
chciał, i swoim oddaniem im siebie tak, że oni teraz działają tak jak On: "w Jego
osobie". Widać to zarówno w wezwaniu do odpuszczania grzechów, jak w "to
czyńcie na moją pamiątkę".
To jest może uzasadniony skrót: powiedzenie, że kapłaństwo czy prezbiterat ma swoje
źródło w Ostatniej Wieczerzy. Ale jeśli tak, to przecież najpierw w każdym z jej
znaków, łącznie z umyciem nóg - wezwaniem do służby i dalej, w tym, ku czemu
Ostatnia Wieczerza koniecznie prowadzi: w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa i w życiu
Jego Kościoła, a więc we wszystkim, co wyrastając z Paschy Jezusa tworzy Kościół.
Te najważniejsze znaki dotyczą wszystkich, a nie tylko powołanych do kapłaństwa
hierarchicznego. Wszyscy mają łamać chleb, pić z kielicha, umywać nogi. Jezus mówi
"ja" i "wy" - a "wy" to my wszyscy. Ale też "wszyscy w
Kościele" to nie niezróżnicowana masa, tylko każdy powołany z osobna, każdy do
swojego zadania, i porządek powołań we wzajemnych relacjach.
Ksiądz, który by swego kapłaństwa nie osądzał w świetle Ostatniej Wieczerzy, byłby
w swoim powołaniu zagrożony. Ale wyciąganie z tego wniosku, że to jest dzień, w
którym należy szczególnie celebrować akurat własne wybraństwo (w postaci swego
rodzaju "akademii ku czci"), wydaje mi się ryzykowne. Każde wybranie, każde
powołanie jest godne świętowania, kapłańskie oczywiście też. Kościół jest
świętowaniem zbawienia, a to znaczy także świętowaniem wszystkich powołań, które
do zbawienia prowadzą. Wielki Czwartek jest świętem kapłańskim w tym sensie, że dla
prezbiterów jest dniem rachunku sumienia i odnowienia wierności Chrystusowi, który ich
wybrał. W takim duchu dzień ten pomaga nam przeżywać liturgia, włącznie z poranną
Mszą Krzyżma, a także Ojciec Święty, pisząc "Listy do kapłanów" na
Wielki Czwartek, a w tym roku encyklikę o Eucharystii. Wszystko w tym dniu jest
upomnieniem - w starym, głębokim sensie tego słowa: żebyśmy pamiętali, jakim
wybraniem i za jaką cenę zostaliśmy wybrani - wszyscy, nie tylko kapłani.
Wydarzenie, które dotyczy zbawienia
- Porozmawiajmy o Eucharystii. Co się właściwie dzieje?
- Proste pytanie, najprostsza odpowiedź: to, co zostało powiedziane. "To j e s t
moje Ciało".
- Słyszymy "ciało", ale czujemy w ustach smak chleba. Czy nic więcej się
nie da powiedzieć?
- Cała trudność bierze się z izolowania kwestii, czym jest albo czym staje się ten
oto chleb za sprawą gestu i słowa Chrystusa przemawiającego w tym oto wybranym do tego
człowieku, od czegoś jeszcze bardziej fundamentalnego. To nie jest wydarzenie, które
dotyczy chleba. To jest wydarzenie, które dotyczy zbawienia nas wszystkich. Dopiero w
kontekście całego dzieła widać wszystkie wymiary, nie tylko ten jeden - choć
szczególnie istotny jako znak - nowej tożsamości tego, co dotąd było tylko kawałkiem
ziemskiej materii.
- To chyba za ogólna odpowiedź.
- Może więc jeszcze inaczej. Absurdalność myślenia o tym, co się dzieje z chlebem i
winem w izolacji od całej tajemnicy zbawienia, można pokazać tak: czy gdyby jakiś
ksiądz gdziekolwiek i kiedykolwiek brał kawałek chleba i wypowiadał "formułę
konsekracji", mielibyśmy do czynienia z całą prawdą Eucharystii? Otóż nie wolno
mu tego zrobić "tak sobie", poza liturgią zgromadzonego Kościoła. Nie chodzi
o przemienianie jednej rzeczy w drugą przez kogoś, kto posiadł taką władzę. Chodzi o
wyznanie wiary Kościoła, pośrodku którego przemawia Chrystus, i chodzi o zbawienie
świata, a tym nie wolno się po ludzku posługiwać, tym bardziej bawić. Przemienienie
jest sercem znaków zbawienia, a nie "czynnością nad chlebem".
Dalej: liturgia to też nie jest tylko ta wycięta z reszty czasu godzina, w której
wykonujemy określone święte czynności, ale serce całego chrześcijańskiego życia -
tego, co było przedtem i jeszcze bardziej tego, co teraz ma być. Wszystko, co w tak
zwanym zwykłym życiu robię jako ten, któremu dał się cały Chrystus - czy myślę o
tym, czy nie - jest dalszym ciągiem przyjmowania Eucharystii lub też staje się jej
odrzuceniem. Bo są też niestety rzeczy, które mogę zrobić, a które będą
odrzuceniem Eucharystii. Odkąd zostałem w to wprowadzony, cokolwiek się dzieje, jest r
o z m o w ą z tym wydarzeniem - jest powiedzianym mu moim tak (albo nie). Zdajemy sobie
oczywiście sprawę, że to, co robimy, to wciąż mało, że nigdy do końca nie
sprostamy temu, cośmy otrzymali... Ale wtedy znowu i znowu przychodzi i rozbrzmiewa
wdzięczność całego Kościoła, w której uczestniczymy - czyli właśnie Eucharystia.
- Czy dlatego dziś zachęca się do częstego przyjmowania Komunii?
- Tak, bo to jest najważniejsza rzecz, którą wciąż na nowo możemy robić jako ludzie
zbawieni przez Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego.
- Z częstą praktyką eucharystyczną jest związane pewne niebezpieczeństwo -
przyzwyczajenia i lekkiego traktowania. Po prostu byłem na Mszy świętej i nic.
- To pewnie niemożliwe, żebyśmy przeżywali ją za każdym razem z równą
intensywnością emocjonalną, ale tu nie chodzi o emocje - może nawet byłoby to
szkodliwe, gdybyśmy tak myśleli i szukali emocji. Chodzi o to, żebyśmy wiedzieli, że
dzięki miłości Chrystusa wolno nam to znów i znów czynić, i żebyśmy sobie zdawali
sprawę, że to nie jest tylko nasze dzieło - stąd wezwanie do uszanowania świętości.
Święte, bo należy do Tego, do którego i my należymy.
- Mówił Ksiądz, że jesteśmy stale w Wieczerniku; że każda Eucharystia to
obecność tam. Odbyliśmy niedawno dramatyczną rozmowę z kimś, kto po nieudanym
pierwszym małżeństwie jest w drugim związku: ma kochającą żonę, dzieci, jest
dobrym mężem i ojcem, chodzi do kościoła. Nie może przystępować do Komunii. Mówi:
Jezus chciał, żeby jedli wszyscy, a księża mu nie pozwalają.
- Tego nie można traktować w kategoriach sporu, w którym po jednej stronie jest on, a
po drugiej ci, którzy mu zabraniają - bo wtedy zawsze pojawia się emocjonalne
nieporozumienie: z jednej strony moje pragnienie, z drugiej jacyś nielitościwi, którzy
zabraniają; z jednej strony mój niepokój, z drugiej "fałszywie litościwi",
którzy nie mają odwagi powiedzieć całej bolesnej prawdy.
To nie tak. Po pierwsze, to wykluczenie, jakkolwiek jest wykluczeniem ze znaku, z
widzialnej Komunii, nie jest wykluczeniem ze wspólnoty zamierzonej podczas Ostatniej
Wieczerzy. Ten znak jest oczywiście cielesnym, widzialnym upewnieniem, że do niej
należymy, ale zarazem jest znakiem wspólnoty nierównie większej niż ta widzialna. Ta
właśnie ostateczna wspólnota zbawienia sięga dalej niż widzialne dla nas znaki
sakramentalne.
Teraz pytanie, dlaczego ta widzialność i dotykalność znaku Komunii jest w takim
przypadku niemożliwa? Dlatego, że jest też inna, sprzeczna z nią widzialność:
widzialność pewnego zerwania i pewnego nowego, świadomego związania - wbrew
sakramentalnemu słowu "aż do śmierci", które zostało wcześniej z całą
powagą wypowiedziane. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że ludzie mogą powiedzieć i
zrobić rzeczy naprawdę nieodwracalne, ostateczne i ze śmiertelną powagą i że takimi
są słowa sakramentalnej przysięgi. Życie to nie jest film, który można cofnąć o
parę klatek. Co zostało związane z śmiertelną powagą, wiąże z powagą
śmiertelną.
Czyjeś nowe związanie może być po ludzku prawdziwe: on uczynił siebie czyimś,
uczynił też swoją tę kobietę, jego są te dzieci. Są razem i będą razem także
jako zbawieni. Kto świadomie zbawienia nie odrzuci, nie będzie go pozbawiony. Jednak nie
można w takiej sytuacji znaków sakramentalnych traktować jak niebyłych czy też
jednych zastępować drugimi. Gdybyśmy tamten znak - małżeństwo sakramentalne - uznali
za nieistotny, tamto słowo za minione i niebyłe, tamtą wspólnotę za zerwaną, to jak
mamy teraz rozumieć znak Komunii świętej - czyli sakramentalnej wspólnoty we wszystkim
i przez wszystko? Czy nie byłby on zakwestionowany w całej swojej prawdzie i w swojej
śmiertelnej powadze?
Jakkolwiek to może być bardzo trudne, rola człowieka, który się w takiej sytuacji
znalazł, jest w Kościele bardzo ważna. On jest powołany do ochrony prawdziwości
Komunii, do ochrony Eucharystii.
- Przed sobą?
- W pewnym sensie tak - to znaczy przed tym nieszczęściem zerwania sakramentalnej
wspólnoty, które na niego spadło. On wie, jakie to jest nieszczęście i tym bardziej
powinien strzec Komunii Kościoła przed wszelkim zafałszowaniem. Kiedy tak na to
spojrzymy, może się okazać, że trudne życie wiary takiego człowieka to jest
naprawdę szczególne powołanie, bardzo dla Kościoła ważne. Wierność temu trudnemu i
bolesnemu powołaniu może być prawdziwą służbą Komunii. Pragnienie Komunii, które
towarzyszy tej wierności - a więc powstrzymywaniu się w imię prawdy przed przyjęciem
Komunii świętej - może być też ekspiacją za tyle Komunii świętych bezmyślnych, a
nawet świętokradzkich.
*
- W Ewangelii Janowej podczas Ostatniej Wieczerzy znajdziemy ostatnią wielką mowę
Jezusa do uczniów. Padają w niej słowa: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt
nie przychodzi do Ojca jak tylko przeze mnie". Słowa mocno ostatnio dyskutowane,
choćby w kontekście deklaracji "Dominus Iesus"...
- Wszystko, o czym tu rozmawiamy, jest objaśnieniem także tych słów. To nie są
przecież słowa wykluczenia, ale słowa włączenia. Wybraliśmy, wybieramy, dlatego, że
najpierw zostaliśmy wybrani - zostaliśmy wybrani, nawet jeśli sami jeszcze nie
wybraliśmy albo się naszemu wybraniu sprzeniewierzamy. Ale trzeba widzieć, że to nie
jest włączenie w rzeczy łatwe, wygodne i niewymagające, ale w życie i śmierć, i w
zmartwychwstanie przez śmierć. Ostatnia Wieczerza jest bramą, przez którą wchodzimy w
radość Paschy - przez śmierć Jezusa, "którą głosimy" i przez naszą
własną śmierć, do życia, którego już nie będzie trzeba żałować, ani się
wstydzić, ani bać.
|