dotb.gif

„TP”, Nr 16 (2806), 20 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2806/main01.php

 


Naprawdę

Józefa Hennelowa


Wszyscy czterej ewangeliści zostawili swoim współczesnym i wszystkim następnym pokoleniom, więc i nam, relacje z tego, co się wówczas wydarzyło. Te cztery opowieści różnią się wieloma szczegółami, tak właśnie, jak różnią się świadectwa ludzi wciągniętych w nurt tego, co się dzieje.

Pewnie nie byłoby łatwo ustalić scenariusz tamtych porannych wędrówek do grobu trzech albo dwóch Marii - a może (Łukasz) jakiejś liczniejszej grupy niewiast, szczegóły ich reakcji, zachowanie Piotra i Jana. Czy po pierwszych słowach Anioła, zwiastujących wielką nowinę, Marie, jak u Marka, "uciekły z grobu, albowiem zdjęło je drżenie i przestrach, a nikomu nic nie powiedziały, bo się bały", czy, jak u Mateusza, "wyszły prędko z grobu z bojaźnią i z radością wielką, biegnąc, aby opowiedzieć uczniom jego". Czy Piotr, jak u Łukasza, mimo że świadectwo kobiet wydało się uczniom "mrzonką", pobiegł do grobu sam i zobaczywszy pustkę i złożone prześcieradła "odszedł, dziwiąc się sam w sobie temu, co się stało", czy też, jak opowiada Jan, weszli tam obaj i zapamiętali niejeden szczegół. Właśnie dlatego, że tyle jest różnic, czytamy dziś te świadectwa tak, jak czyta się świadectwa świadków niekłamanych, odnajdując we wszystkich tę samą nić przewodnią, nie gubiącą się - przeciwnie, decydującą o tym, że tworzą one całość, której siła prawdziwości jest niewyczerpana: "Nie ma go tu, bo powstał z martwych".

Marie, idąc do grobu, niepokoiły się o kamień zamykający im dostęp do ciała, które chciały jeszcze raz namaścić. Ale kamień był odwalony, a grób pusty - zostały tylko odłożone prześcieradła, w które przedwczoraj tak troskliwie zawijały zmasakrowane zwłoki Mistrza. I był wysłannik z innego świata, który powtórzył im z naciskiem ten sam komunikat, nie do uwierzenia radosny, zmieniający wszystko w rzeczywistości świata.

Trudno oderwać się od tych stron ewangelicznego przekazu. To przecież opowieść o wielkim misterium, w które uczniowie wkraczają, ale które dla nich nie dokonuje się błyskawicznie - przeciwnie, rozciąga w czasie, ma swoje stopnie, swoje rozbłyski i zaciemnienia. Mielibyśmy chęć spytać: dlaczego trwało to tak długo, dlaczego w samych uczniach było tyle oporów blokujących prawdę najradośniejszą z możliwych? Nie wystarcza komunikat anioła w grobie, pustka tego grobu, świadectwo kobiet i ich radość - przyjęcie prawdy o ostatecznym zwycięstwie zamęczonego Mistrza przeplata się wciąż z jej odrzucaniem. "Niektóre z naszych niewiast przestraszyły nas" - mówią wędrujący do Emaus o świadectwie zmartwychwstania, tak, zdawałoby się, przekonującym. A Maria Magdalena, najwierniejsza i najbardziej otwarta na prawdę, płacząc przy pustym grobie, jeszcze powie do Zmartwychwstałego, zanim Go rozpozna: "Panie, jeśli go ty wziąłeś, powiedz mi, gdzieś go położył, a ja go wezmę". Jak to było możliwe?

Ale to pytanie i to nasze zdziwienie tak naprawdę jest prostackie i płytkie. Wystarczy uświadomić sobie, że tamte godziny i dni to był sam początek czegoś absolutnie nowego, historii, która od tamtego zwrotu już do końca czasów biec będzie inaczej, dziać się w innym wymiarze. Nasz dzisiejszy komfort wiedzy o tamtych dniach, żywiący naszą wiarę, zagraża nam płytkością i ubóstwem: bo mamy dane wszystko naraz.

Nie boimy się przecież, nie niepokoimy o nic i nikogo, nie ogarnia nas żadna ciemność. Cały przekaz wiary, jaki daje nam Kościół, razem z liturgią, obrazowaniem, symbolami i żywym słowem, otrzymujemy naraz: mękę Chrystusa, Jego śmierć i Jego zwycięstwo nad śmiercią. W Wielki Piątek, adorując symboliczne groby, już szykujemy paschał rezurekcyjny. Krzyż i figura Zmartwychwstałego będą zaraz stały obok siebie przy tym samym ołtarzu. Śpiewane podczas żałobnych dni Wielkiego Tygodnia Lamentacje i Pasja są tylko rozdziałem poprzedzającym "Exsultet" i "Wesoły nam dziś dzień nastał". Mamy to wszystko dane, choćbyśmy tak naprawdę dalej niewiele rozumieli, my, recytujący co niedziela Credo mszalne, a o trzęsieniu ziemi w poranek wielkanocny przypominający sobie tylko wtedy, kiedy akurat jest nam czytana ewangelia Mateusza. Tak obdarowani, ani przez moment nie przeżywamy poczucia opuszczenia i zagrożenia.

A wtedy, u początku tego zwrotu w historii świata, ci pierwsi, nieliczni, którzy sami mieli kontynuować ów nowy rozdział, naszej wiedzy przecież nie mieli. To nic, że wiele razy słyszeli o tym od Mistrza. Przyjmowali to zapewne tak jak Piotr: "Nie przyjdzie to na ciebie!". Cuda ich cieszyły i zdumiewały, ale jak łatwo mogły budzić czysto ludzką nadzieję na coraz większy tryumf. A potem, gdy przyszły dni najczarniejsze z czarnych, przeżywać je musieli w popłochu i porażeniu.

Nie wiemy, z jak daleka, ale przecież patrzyli na mękę, której nic już nie było w stanie zapobiec. Widzieli Jego długie konanie i śmierć. Niektórzy z nich opatrywali martwe ciało, sponiewierane ponad jakąkolwiek miarę. Do dziś niewielu artystów odważało się i odważa przywołać całą dosłowność tamtego zniszczenia człowieka imieniem Jezus, na którym odcisnęło się nie tylko całe spustoszenie śmierci na krzyżu, ale całe zło nienawiści ludzkiej od początku do końca świata. Uczniowie nie byli w stanie zdać sobie sprawy z tej miary, ale mogli przerazić się ponad jakąkolwiek wytrzymałość.

Pogrzebali Go. Zostawili straży - sługom tych, którzy Go zabili. Kilkadziesiąt godzin następnych to były godziny całkowitej bezsilności. Kamień przywalony na wejściu do grobu leżał także na wszystkich ich nadziejach. Nie zostawili nam żadnych zwierzeń, jak przeżyli ten czas. Ale przecież wiemy, że kiedy o poranku niedzielnym przybiega do nich Maria Magdalena, zastaje ich "smutnych i płaczących". Smutnych naprawdę, płaczących naprawdę, a nie tak jak w naszych dzisiejszych wielkopiątkowych misteriach, kiedy razem z płaczem niesiemy niepodważoną gotowość do rychłej radości i tryumfowania. To była dla apostołów próba bez światła. Przeżyli ją bez żadnej taryfy ulgowej. Cóż dziwnego, że kiedy w poranek niedzielny rozbłysk nadziei zmienia naraz wszystkie wymiary rzeczywistości dotychczasowej, dla nich to trwa, dokonuje się powoli i jakby z oporem, dociera do świadomości, do serca, do woli, która ma uwierzyć, czyli uczynić swoim własnym - tak trudno.

I tutaj odnajdujemy w tekstach ewangelistów sprawę szczególnie ważną i szczególnie poruszającą: od momentu Zmartwychwstania to sam Chrystus staje co chwila przy swoich uczniach, by im pomóc. Od Jego zwycięstwa nad śmiercią jedynym prawdziwym wymiarem rzeczywistości jest już tylko radość - ale bez Jego pomocy nawet Jego uczniowie mogliby nie potrafić w nią wejść, a tym bardziej w niej pozostać. Dziś czytamy o tym z prawdziwym wzruszeniem. Ileż razy wraca to samo odezwanie Zmartwychwstałego: "Nie bójcie się". Ile razy powtarza polecenie, by jak najprędzej go odnaleźli: "Idźcie do Galilei, tam mnie ujrzycie". Z najpiękniejszej w całej literaturze światowej opowieści o uczniach idących do Emaus nieraz nazbyt akcentuje się ów wyrzut Chrystusa: "głupi i leniwego serca". A przecież przedtem pyta tak bardzo współczująco i po ludzku: "dlaczego jesteście smutni", a przed gospodą ich prośba, którą tylko smutni tak mogą sformułować: "zostań z nami, bo się ma ku wieczorowi", zostaje przyjęta natychmiast - po to, by pociecha zdołała do nich dotrzeć.

Przecież dlatego także Jezus pozwala Tomaszowi badać głębokość swoich ran, przecież dlatego także sam proponuje - i w wieczerniku, z jedenastoma, i potem nad jeziorem, oczekując na powrót uczniów z nocnego bezowocnego połowu: "Czy macie coś do jedzenia?" i pozwala częstować się miodem, rybą, chlebem. Posiłek jakby taki sam, jak przed męką, kiedy jeszcze był z nimi zwyczajnie, nie znikał nagle i nie przychodził przez drzwi zamknięte, tak jakby doświadczenie swojej cielesności chciał im zostawić na trwałe, dalej tak samo ważne jak wszystkie słowa posłania, które niebawem po raz ostatni powtórzy przed wniebowstąpieniem, odbierając mu charakter rozstania: "Jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata".

To wędrowanie uczniów prowadzonych przez Mistrza coraz głębiej w rzeczywistość otwartą Zmartwychwstaniem będzie odtąd trwało nieprzerwanie. Nie tylko do wniebowstąpienia, nie tylko do zesłania Pocieszyciela, kiedy sami uczniowie zaczną opowiadać Chrystusa, nie ustając każdy aż do swojej męczeńskiej śmierci - ostatecznego świadectwa. Kościół, rodzący się wtedy, wraz z przyjęciem tej pierwszej prawdy: "Pan żyje, bo pokonał własną śmierć", odkrywa odtąd potwierdzenie tego wszystkiego, co mu zostało pozostawione do głoszenia: naukę o odkupieniu, a więc pojednaniu z Bogiem, dokonanym na krzyżu i potwierdzonym powstaniem ze śmierci, o odnowieniu przymierza, o otwartej na nowo obietnicy zbawienia. Tego wymiaru prawdy i nadziei nie wyczerpiemy, jak długo by jeszcze trwały dzieje człowieka, a w nich Kościół.

Wtedy, u samego początku, dotarło do nich słowo, które zaczęli sobie w poranek niedzielny powtarzać i już nie przestali tego czynić z niewzruszoną siłą przekonania: "Pan zmartwychwstał. Naprawdę zmartwychwstał". Tak właśnie pozdrawiali się oni sami i kolejne pokolenia. Tego słowa "naprawdę" starczyło na świętość Kościoła przez dwa tysiące lat dla wszystkich kolejnych pokoleń świadków Zmartwychwstałego, i wystarczy go do końca czasów.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl