|
Naprawdę
Józefa Hennelowa
Wszyscy czterej ewangeliści zostawili swoim współczesnym i wszystkim następnym
pokoleniom, więc i nam, relacje z tego, co się wówczas wydarzyło. Te cztery opowieści
różnią się wieloma szczegółami, tak właśnie, jak różnią się świadectwa ludzi
wciągniętych w nurt tego, co się dzieje.
 |
Giovanni Bellini "Zmartwychwstanie" |
|
Pewnie nie byłoby łatwo ustalić scenariusz tamtych porannych wędrówek do grobu trzech
albo dwóch Marii - a może (Łukasz) jakiejś liczniejszej grupy niewiast, szczegóły
ich reakcji, zachowanie Piotra i Jana. Czy po pierwszych słowach Anioła, zwiastujących
wielką nowinę, Marie, jak u Marka, "uciekły z grobu, albowiem zdjęło je drżenie
i przestrach, a nikomu nic nie powiedziały, bo się bały", czy, jak u Mateusza,
"wyszły prędko z grobu z bojaźnią i z radością wielką, biegnąc, aby
opowiedzieć uczniom jego". Czy Piotr, jak u Łukasza, mimo że świadectwo kobiet
wydało się uczniom "mrzonką", pobiegł do grobu sam i zobaczywszy pustkę i złożone
prześcieradła "odszedł, dziwiąc się sam w sobie temu, co się stało", czy
też, jak opowiada Jan, weszli tam obaj i zapamiętali niejeden szczegół. Właśnie
dlatego, że tyle jest różnic, czytamy dziś te świadectwa tak, jak czyta się świadectwa
świadków niekłamanych, odnajdując we wszystkich tę samą nić przewodnią, nie gubiącą
się - przeciwnie, decydującą o tym, że tworzą one całość, której siła prawdziwości
jest niewyczerpana: "Nie ma go tu, bo powstał z martwych".
Marie, idąc do grobu, niepokoiły się o kamień zamykający im dostęp do ciała, które
chciały jeszcze raz namaścić. Ale kamień był odwalony, a grób pusty - zostały tylko
odłożone prześcieradła, w które przedwczoraj tak troskliwie zawijały zmasakrowane zwłoki
Mistrza. I był wysłannik z innego świata, który powtórzył im z naciskiem ten sam
komunikat, nie do uwierzenia radosny, zmieniający wszystko w rzeczywistości świata.
Trudno oderwać się od tych stron ewangelicznego przekazu. To przecież opowieść o
wielkim misterium, w które uczniowie wkraczają, ale które dla nich nie dokonuje się błyskawicznie
- przeciwnie, rozciąga w czasie, ma swoje stopnie, swoje rozbłyski i zaciemnienia.
Mielibyśmy chęć spytać: dlaczego trwało to tak długo, dlaczego w samych uczniach było
tyle oporów blokujących prawdę najradośniejszą z możliwych? Nie wystarcza komunikat
anioła w grobie, pustka tego grobu, świadectwo kobiet i ich radość - przyjęcie prawdy
o ostatecznym zwycięstwie zamęczonego Mistrza przeplata się wciąż z jej odrzucaniem.
"Niektóre z naszych niewiast przestraszyły nas" - mówią wędrujący do Emaus
o świadectwie zmartwychwstania, tak, zdawałoby się, przekonującym. A Maria Magdalena,
najwierniejsza i najbardziej otwarta na prawdę, płacząc przy pustym grobie, jeszcze
powie do Zmartwychwstałego, zanim Go rozpozna: "Panie, jeśli go ty wziąłeś,
powiedz mi, gdzieś go położył, a ja go wezmę". Jak to było możliwe?
Ale to pytanie i to nasze zdziwienie tak naprawdę jest prostackie i płytkie. Wystarczy uświadomić
sobie, że tamte godziny i dni to był sam początek czegoś absolutnie nowego, historii,
która od tamtego zwrotu już do końca czasów biec będzie inaczej, dziać się w innym
wymiarze. Nasz dzisiejszy komfort wiedzy o tamtych dniach, żywiący naszą wiarę, zagraża
nam płytkością i ubóstwem: bo mamy dane wszystko naraz.
Nie boimy się przecież, nie niepokoimy o nic i nikogo, nie ogarnia nas żadna ciemność.
Cały przekaz wiary, jaki daje nam Kościół, razem z liturgią, obrazowaniem, symbolami
i żywym słowem, otrzymujemy naraz: mękę Chrystusa, Jego śmierć i Jego zwycięstwo
nad śmiercią. W Wielki Piątek, adorując symboliczne groby, już szykujemy paschał
rezurekcyjny. Krzyż i figura Zmartwychwstałego będą zaraz stały obok siebie przy tym
samym ołtarzu. Śpiewane podczas żałobnych dni Wielkiego Tygodnia Lamentacje i Pasja są
tylko rozdziałem poprzedzającym "Exsultet" i "Wesoły nam dziś dzień
nastał". Mamy to wszystko dane, choćbyśmy tak naprawdę dalej niewiele rozumieli,
my, recytujący co niedziela Credo mszalne, a o trzęsieniu ziemi w poranek wielkanocny
przypominający sobie tylko wtedy, kiedy akurat jest nam czytana ewangelia Mateusza. Tak
obdarowani, ani przez moment nie przeżywamy poczucia opuszczenia i zagrożenia.
A wtedy, u początku tego zwrotu w historii świata, ci pierwsi, nieliczni, którzy sami
mieli kontynuować ów nowy rozdział, naszej wiedzy przecież nie mieli. To nic, że
wiele razy słyszeli o tym od Mistrza. Przyjmowali to zapewne tak jak Piotr: "Nie
przyjdzie to na ciebie!". Cuda ich cieszyły i zdumiewały, ale jak łatwo mogły
budzić czysto ludzką nadzieję na coraz większy tryumf. A potem, gdy przyszły dni
najczarniejsze z czarnych, przeżywać je musieli w popłochu i porażeniu.
Nie wiemy, z jak daleka, ale przecież patrzyli na mękę, której nic już nie było w
stanie zapobiec. Widzieli Jego długie konanie i śmierć. Niektórzy z nich opatrywali
martwe ciało, sponiewierane ponad jakąkolwiek miarę. Do dziś niewielu artystów odważało
się i odważa przywołać całą dosłowność tamtego zniszczenia człowieka imieniem
Jezus, na którym odcisnęło się nie tylko całe spustoszenie śmierci na krzyżu, ale
całe zło nienawiści ludzkiej od początku do końca świata. Uczniowie nie byli w
stanie zdać sobie sprawy z tej miary, ale mogli przerazić się ponad jakąkolwiek
wytrzymałość.
Pogrzebali Go. Zostawili straży - sługom tych, którzy Go zabili. Kilkadziesiąt godzin
następnych to były godziny całkowitej bezsilności. Kamień przywalony na wejściu do
grobu leżał także na wszystkich ich nadziejach. Nie zostawili nam żadnych zwierzeń,
jak przeżyli ten czas. Ale przecież wiemy, że kiedy o poranku niedzielnym przybiega do
nich Maria Magdalena, zastaje ich "smutnych i płaczących". Smutnych naprawdę,
płaczących naprawdę, a nie tak jak w naszych dzisiejszych wielkopiątkowych misteriach,
kiedy razem z płaczem niesiemy niepodważoną gotowość do rychłej radości i
tryumfowania. To była dla apostołów próba bez światła. Przeżyli ją bez żadnej
taryfy ulgowej. Cóż dziwnego, że kiedy w poranek niedzielny rozbłysk nadziei zmienia
naraz wszystkie wymiary rzeczywistości dotychczasowej, dla nich to trwa, dokonuje się
powoli i jakby z oporem, dociera do świadomości, do serca, do woli, która ma uwierzyć,
czyli uczynić swoim własnym - tak trudno.
I tutaj odnajdujemy w tekstach ewangelistów sprawę szczególnie ważną i szczególnie
poruszającą: od momentu Zmartwychwstania to sam Chrystus staje co chwila przy swoich
uczniach, by im pomóc. Od Jego zwycięstwa nad śmiercią jedynym prawdziwym wymiarem
rzeczywistości jest już tylko radość - ale bez Jego pomocy nawet Jego uczniowie
mogliby nie potrafić w nią wejść, a tym bardziej w niej pozostać. Dziś czytamy o tym
z prawdziwym wzruszeniem. Ileż razy wraca to samo odezwanie Zmartwychwstałego: "Nie
bójcie się". Ile razy powtarza polecenie, by jak najprędzej go odnaleźli:
"Idźcie do Galilei, tam mnie ujrzycie". Z najpiękniejszej w całej literaturze
światowej opowieści o uczniach idących do Emaus nieraz nazbyt akcentuje się ów wyrzut
Chrystusa: "głupi i leniwego serca". A przecież przedtem pyta tak bardzo współczująco
i po ludzku: "dlaczego jesteście smutni", a przed gospodą ich prośba, którą
tylko smutni tak mogą sformułować: "zostań z nami, bo się ma ku
wieczorowi", zostaje przyjęta natychmiast - po to, by pociecha zdołała do nich
dotrzeć.
Przecież dlatego także Jezus pozwala Tomaszowi badać głębokość swoich ran, przecież
dlatego także sam proponuje - i w wieczerniku, z jedenastoma, i potem nad jeziorem,
oczekując na powrót uczniów z nocnego bezowocnego połowu: "Czy macie coś do
jedzenia?" i pozwala częstować się miodem, rybą, chlebem. Posiłek jakby taki
sam, jak przed męką, kiedy jeszcze był z nimi zwyczajnie, nie znikał nagle i nie
przychodził przez drzwi zamknięte, tak jakby doświadczenie swojej cielesności chciał
im zostawić na trwałe, dalej tak samo ważne jak wszystkie słowa posłania, które
niebawem po raz ostatni powtórzy przed wniebowstąpieniem, odbierając mu charakter
rozstania: "Jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata".
To wędrowanie uczniów prowadzonych przez Mistrza coraz głębiej w rzeczywistość
otwartą Zmartwychwstaniem będzie odtąd trwało nieprzerwanie. Nie tylko do wniebowstąpienia,
nie tylko do zesłania Pocieszyciela, kiedy sami uczniowie zaczną opowiadać Chrystusa,
nie ustając każdy aż do swojej męczeńskiej śmierci - ostatecznego świadectwa. Kościół,
rodzący się wtedy, wraz z przyjęciem tej pierwszej prawdy: "Pan żyje, bo pokonał
własną śmierć", odkrywa odtąd potwierdzenie tego wszystkiego, co mu zostało
pozostawione do głoszenia: naukę o odkupieniu, a więc pojednaniu z Bogiem, dokonanym na
krzyżu i potwierdzonym powstaniem ze śmierci, o odnowieniu przymierza, o otwartej na
nowo obietnicy zbawienia. Tego wymiaru prawdy i nadziei nie wyczerpiemy, jak długo by
jeszcze trwały dzieje człowieka, a w nich Kościół.
Wtedy, u samego początku, dotarło do nich słowo, które zaczęli sobie w poranek
niedzielny powtarzać i już nie przestali tego czynić z niewzruszoną siłą
przekonania: "Pan zmartwychwstał. Naprawdę zmartwychwstał". Tak właśnie
pozdrawiali się oni sami i kolejne pokolenia. Tego słowa "naprawdę" starczyło
na świętość Kościoła przez dwa tysiące lat dla wszystkich kolejnych pokoleń świadków
Zmartwychwstałego, i wystarczy go do końca czasów.
|