adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 16 (2806)
20 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.tygodnik.onet.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Listy


Argument z lenistwa

Dlaczego uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego przeniesiono na niedzielę? Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, to troska o tych, którym z powodu pracy trudno uczestniczyć we Mszy we czwartek. Jestem jednak zdania, że - przy całym szacunku dla duszpasterskiej troski biskupów - argument tego typu można określić jedynie mianem argumentu z lenistwa. Obchodzenie Wniebowstąpienia w czwartek szóstego tygodnia okresu wielkanocnego, a więc 40 dni po Zmartwychwstaniu jest zgodne z biblijnym opisem. Jak pisze św. Łukasz, Pan Jezus ukazywał się Apostołom przez 40 dni, a potem wstąpił do nieba. Niezależnie od tego, czy jest to liczba symboliczna, Kościół "zawsze" obchodził Wniebowstąpienie w czterdziestym dniu po Wielkanocy. W tym wypadku owo "zawsze" sięga IV wieku - wcześniej Wniebowstąpienie obchodzono razem z Zesłaniem Ducha Świętego. Argument ex traditione jest, wbrew pozorom, bardzo mocny. Skoro bowiem Kościół czynił coś nieprzerwanie od ponad 1500 lat, trzeba znaleźć naprawdę mocne argumenty, aby to zmienić. Czy takim argumentem jest nasza wygoda? Wątpię.

Problem jest zresztą znacznie poważniejszy i dotyka relacji między kairos a chronos, a więc liturgicznym czasem świętym a czasem świeckim. W Kościele starożytnym i średniowiecznym było oczywiste, że kairos jest zdecydowanie ważniejszy niż chronos. Do dzisiaj, im bardziej tradycyjne środowisko - można się z tym spotkać jeszcze czasem na wsi - tym bardziej życie świeckie jest podporządkowane kalendarzowi i życiu liturgicznemu, a zatem jest w życie liturgiczne włączone i przezeń przemieniane.

Przykłady liturgicznego wygodnictwa, gdzie chronos staje się ważniejszy niż kairos, można by mnożyć. Przytoczę tylko jeden: rozpoczynanie liturgii Wigilii Paschalnej przed zmierzchem, choć mszał kategorycznie tego zabrania. Jest wygodniej - można wyspać się przed Rezurekcją. Tylko co z tego, skoro wniesienie Paschału do kościoła, w którym nie jest absolutnie ciemno, traci siłę swej przepięknej symboliki.

Br. Michał Pac OP




Pozwólcie dziewczętom przychodzić do mnie

"Wyobraźcie sobie, że jesteście w Wielki Czwartek w Wieczerniku" - powiedział rekolekcjonista. "Gdzie chcielibyście być? Gdzieś z boku, w kącie, czy przy stole? A może, jak Jan, chcielibyście położyć głowę na piersiach Jezusa? Jeśli kogoś kochamy, chcemy być blisko niego. Wasza odpowiedź jest probierzem waszej miłości do Chrystusa".

Decyzja IV Synodu Archidiecezji Warszawskiej, odmawiająca dziewczętom i kobietom prawa do służby ministranckiej i lektorskiej, dotyczy mnie i oburza. Uznanie jej za niedozwoloną oznacza, że mój udział w służbie ołtarza, liturgii Słowa: od czytań przez psalmy po modlitwę wiernych, czasochłonne i niespektakularne dbanie o całokształt asysty liturgicznej na Mszach dominikańskiego duszpasterstwa akademickiego, gdzie wiele lat pełniłam funkcje koordynatora liturgii, są szkodliwe, niepożądane i niesłuszne. Zaczynałam jako licealistka i, po z górą 10 latach, widzę, jak pełnienie tej służby pogłębiało moją wiarę, rozumienie Eucharystii, a przede wszystkim dojrzewanie w poczuciu odpowiedzialności za Kościół na jego poziomie parafialnym. Owocowało to podejmowaniem coraz szerszych posług i zadań we wspólnocie lokalnej. Jako wychowawca nastoletniej młodzieży widzę, że współudział i działanie są nieodzowne dla powstania więzi społecznych. Uświadamiają ludziom, że są potrzebni. Skazywanie ich na rolę stojącego na trybunie stadionu kibica czy przeznaczanie do poślednich funkcji (paraliturgia, do której zachęcają kobiety uczestnicy Synodu, ma bowiem mniejszą rangę niż liturgia, do śpiewu zaś nie każda się nadaje, bo nie każda ma głos i słuch), nie poparte merytorycznymi czy kanonicznymi względami (Stolica Apostolska zaakceptowała służbę liturgiczną dziewcząt) może zaowocować tylko poczuciem krzywdy i zniechęceniem.

Mam wrażenie, że za tą decyzją stoi jakaś fobia czy lęk przed dziewczynami zbliżającymi się do ołtarza, które jakoby czyhają tylko, aby zająć miejsce księdza za ołtarzem. Znam mnóstwo ministrantek, wiele z nich wyszkoliłam do ministrantury czy czytania i żadna z nich nie pragnie zostać kapłanką.

Miłość domaga się wyrażania, nie pozwala na bierność. To przez nią pragniemy czuć się przydatne, chcemy być częścią wspólnoty i budować Kościół według otrzymanego talentu. Pragniemy być blisko Pana. Pozwólcie nam położyć głowę na piersiach Chrystusa.

MONIKA POGODA
(Szczecin)


Patrz też: kronika "Kościół w Polsce", "TP" nr 13/2003.



Refleksji chcę, nie spektaklu

Zgadzam się z poglądami Piotra Milewskiego na temat sposobu prezentowania wojny w amerykańskich mediach ("Za mundurem media sznurem", "TP" nr 14/2003). W Polsce uważałem się za osobę uzależnioną od telewizji. Gdy przyjechałem do USA, przestałem ją oglądać, ale też jakość polskiej telewizji, nawet komercyjnej, jest daleko wyższa od papki FOX, NBC, ABC czy flagowego programu informacyjnego CNN. Celowo wrzucam do jednego kotła rozrywkę i programy informacyjne, bo czasami odnoszę wrażenie, że różnica między nimi nie jest zbyt duża.

Kiedy w dniu bombardowania Bagdadu odbierałem samochód od mechanika, w hallu stali w milczeniu Amerykanie i smutno patrzyli na pokazywane przez CNN fajerwerki. Nie był to jednak typowy obraz Kalifornijczyków w tym dniu. Znajomi, których odwiedziłem po południu, przywitali mnie okrzykiem: "WOW! Ale dzień! Widziałeś to? Akcja przeprowadzona z chirurgiczną dokładnością!". "Ale im dokopaliśmy" - dodał ich syn. Emocje przyjaciół ostudził nieco widok mojej zasępionej twarzy. W telewizji pokazano wywiad z dwoma pilotami. Ekran podzielony na połowę. W tle wybuchy, z przodu rozmowa. O niczym. Jak samopoczucie (!), czy była dobra widoczność? "Dziennikarz" nie bardzo wie, o co pytać. Jeszcze raz powtarza, że ci dwaj śmiałkowie zrzucili dużo bomb i rozpoczęli akcję "rozbrajania" Iraku. Pyta ich o wrażenia z lotu. Jeden odpowiada, że "był to niesamowity (spektakularny) pokaz". Milknę. Po chwili mówię mojemu przyjacielowi, że pilot jest młodym chłopakiem i mocno denerwuje go opowiadanie o tym, co robi w Iraku. "Ty nie rozumiesz. Ćwiczyli to miesiącami i wreszcie mogli wykonać powierzone im zadanie" - odpowiada mi. Na koniec transmisji piloci mogli pozdrowić rodziny. Machają do kamery.

Na ulicy widzę ludzi protestujących przeciwko wojnie. Po jej drugiej stronie zbiera się grupka popierająca amerykańskich żołnierzy. W telewizji zręcznie montuje się to z wypowiedziami żon i matek żołnierzy zaginionych w akcji, mówiących, że boli ich, gdy ktoś demonstruje przeciwko wojnie, w której uczestniczy jej mąż. Nie słyszymy pytań "dziennikarza": za kim jesteś? popierasz nasze wojsko? Czy jednak są one potrzebne? Czy tak rzecz ujmując, np. Polak nie poparłby GROMU?

W programach o wojnie znalazłem jednak również rozmowę z korespondentem "New Yorkera" - Jon Lee Andersonem. To była przejmująca, spokojna i szczera rozmowa telefoniczna z pozbawionego prądu i przerażonego Bagdadu, skąd odcięto drogi ucieczki między dwoma znającymi się dziennikarzami, mówiąca nie o spektakularnym widowisku, ale dramacie ludzi niepewnych jutra.

MIRON BIELAWNY
(Los Angeles, USA)


Uzupełnienie

W nawiązaniu do artykułu Leszka Engelkinga "Profesor na Fiszplacu" ("TP" nr 13/2003) uprzejmie informuję, że organizatorem wystaw "Śląska szkoła plakatu" i "Spisz Spis. Zips. Szepes" oraz spotkań z prof. Michałem Głowińskim i Antonim Krohem podczas Targów Książki LIBRI w Ołomuńcu był Instytut Polski w Pradze.

ZBIGNIEW MACHEJ
dyrektor programowy IP w Pradze




Wiersze, esej lub proza

Konkurs literacki im. Haliny Snopkiewicz organizujemy, po raz trzeci, dla popularyzacji twórczości literackiej, ujawnienia talentów oraz stworzenia możliwości kontaktów dla ludzi piszących. Warunkiem uczestnictwa jest przesłanie na adres organizatorów trzech, dotąd nie publikowanych wierszy, opowiadania lub eseju. Prace powinny być napisane na maszynie lub komputerze w trzech egzemplarzach. Objętość maszynopisu prozy nie może przekraczać sześciu stron. Zestaw należy zaopatrzyć w godło (pseudonim, nie rysunek), dołączyć zaklejoną kopertę opatrzoną tym samym godłem co utwory oraz zawierającą imię, nazwisko, adres i numer telefonu autora.

Utwory konkursowe należy nadsyłać do 30 kwietnia 2003 r. na adres: Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Mieszkańców Gmin Powiatu Zawierciańskiego, ul. Leśna 10, 42-400 Zawiercie. Informacje o konkursie można także uzyskać w Wydziale Rozwoju i Promocji Powiatu Starostwa Powiatowego w Zawierciu, tel. 0-32, 672-75-00.

Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Mieszkańców Gmin Powiatu Zawierciańskiego oraz Wydział Rozwoju i Promocji Powiatu Starostwa Powiatowego w Zawierciu




Podaruję roczniki "TP"
Przekażę do biblioteki, nieodpłatnie, roczniki "Tygodnika Powszechnego" z lat 1997-2002. Zainteresowanych proszę o kontakt: tel. 0-12, 644-21-58 w godz. 8-9 i po 21.00.

KAZIMIERZ BEDNAREK
(Kraków)


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny