Czas mitu, czas opowieści
Lektor
Stanisław Vincenz: NA WYSOKIEJ POŁONINIE. Pasmo I: PRAWDA STAROWIEKU - "Nie jest
to dzieło naukowe ani folklor. Opowiadacz - niespieszny jak Homer - przywraca do życia
dusze i mądrość wielu zaginionych światów. Saga zwija się i rozwija, mnoży zakręty,
dygresje, nawroty, krwista, kpiąca, stawiając pośrednio pod znakiem zapytania warunki
ludzkiej egzystencji. Coś w rodzaju epopei, niby to poddanej niezgrabności i
powtarzankom typowym dla ludowego gawędziarstwa - gdyż przeważnie głos zabierają woźnice,
wędrowni kramarze, pasterze lub myśliwi - atakuje jakby od tyłu współczesną
racjonalną arogancję, oblega inną strefę duszy, zastępuje dowód - tajemnicą, pewność
- pytaniem...".
Tak pisała o dziele Vincenza Jeanne Hersch, filozof, szwajcarska przyjaciółka pisarza.
"Coś w rodzaju epopei..." - a więc zwrot ku gatunkowi sytuującemu się na
antypodach literatury współczesnej, zaprzeczającemu obowiązującym w niej regułom,
wyrastającemu z innego podglebia. Rzeczywiście, huculska epopeja Stanisława Vincenza,
dzieło jego życia, ogromne i niedokończone, nie ma chyba w minionym stuleciu analogii.
Jej autor zaś, wedle słów Czesława Miłosza, "reprezentuje rzadki gatunek,
gatunek, któremu wiedza humanistyczna zawdzięcza swoje najwyższe osiągnięcia:
prywatnego myśliciela, przerzucającego pomosty pomiędzy różnymi dyscyplinami, posługującego
się czytanym po grecku Homerem w swoich rozważaniach nad herosami Karpat".
Przypomnijmy krótko biografię Vincenza. Urodzony w 1888 roku w Słobodzie Rungurskiej na
Pokuciu, po mieczu wywodził się od przybyszów z Prowansji, osiadłych w Galicji pod
koniec XVIII wieku. Rodzina matki, Przybyłowscy, miała majątek ziemski w Krzyworówni
nad Czeremoszem. Ojciec pisarza, Feliks, należał do pionierów galicyjskiego przemysłu
naftowego. Młody Stanisław po ukończeniu gimnazjum klasycznego w Kołomyi - które stało
wówczas na niezwykle wysokim poziomie - studiował przez osiem lat w Wiedniu: najpierw
biologię, potem prawo, slawistykę, sanskryt, wreszcie filozofię, by tuż przed wybuchem
I wojny zwieńczyć studia doktoratem o filozofii religii Hegla i jej wpływie na
Feuerbacha. Wojna uniemożliwiła Vincenzowi karierę uniwersytecką; walczył w armii
austriackiej na froncie włoskim, w 1919 roku zgłosił się do wojska polskiego. Po
opuszczeniu jego szeregów w roku 1922 próbował sił w polityce (jako działacz PSL
Wyzwolenie), w przemyśle, w publicystyce (jako redaktor miesięcznika "Droga"),
wiele podróżował. Debiutem książkowym Vincenza był tomik przekładów z Whitmana
(1921), a istotny wpływ na ukształtowanie się jego światopoglądu miała znajomość
ze szwajcarskim filozofem Rudolfem Marią Holzapflem (1874-1930), którego
"Wszechideał" przetłumaczył na język polski.
Holzapfel miał też być inspiratorem cyklu huculskiego "Na wysokiej połoninie",
którego pierwszy tom, czyli wedle terminologii autora "pasmo", zatytułowany
"Prawda starowieku", ukazał się w roku 1936. Jak pisze Andrzej Vincenz, syn
Stanisława: "Tom ten wprowadzał po raz pierwszy w krąg świadomości polskiej
pradawną kulturę pasterską, z całą jej odrębnością, z jej korzeniami religijnymi i
mitycznymi, wywodzącymi się częściowo ze starej Rusi, Bałkanów i Grecji, częściowo
z czasów jeszcze dawniejszych. Siedemsetstronicowa księga była tak obca ówczesnej
modzie, że część krytyki odebrała ją jako coś w rodzaju huculskiego Tetmajera, inni
zaś wprost jako pracę etnograficzną, mimo że tak wybitny etnograf jak Jan Stanisław
Bystroń natychmiast zorientował się w randze literackiej dzieła, witając je w
obszernej recenzji jako epos na miarę "Kalevali"!".
Opowieść rozpoczyna się jesienią roku 1887, gdy huculscy gazdowie schodzą się na tak
zwane "rozłączenie", a gazda Foka Szumejowy z Jasienowa ma zaprosić
wszystkich na wesele córki dziedzica z Krzyworówni. Kanwa fabularna służy jednak za
wehikuł najrozmaitszym dygresjom, podaniom, legendom, apokryfom, a głównym tematem stają
się zwolna dzieje "opryszków", czyli huculskich zbójników, z najważniejszym
pośród nich Doboszem, poddane "sądowi mitu". Całość zaś - choć komentarz
autora jest w niej obecny - przybiera postać baśniowej narracji anonimowego opowiadacza.
Jesienią 1939 roku Vincenz spędził kilka tygodni w więzieniu sowieckim, w maju 1940
przedostał się na Węgry, gdzie pozostał do 1946 roku, żywo interesując się kulturą
tego kraju (węgierski był jednym z kilkunastu języków, które opanował). W 1947 roku
osiadł w Sabaudii, a jego letni dom w wiosce La Combe stał się celem pielgrzymek
przybyszów z różnych stron, którzy, jak Miłosz, u Vincenza-mędrca szukali lekarstwa
na swój "historyczny niepokój". W 1964 roku, zagrożony chorobą reumatyczną,
pisarz przeniósł się do Lozanny, gdzie zmarł w styczniu 1971. W latach emigracyjnych
publikował stale w paryskiej "Kulturze", a także m. in. w londyńskich
"Wiadomościach". Pracował nad dalszym ciągiem "Na wysokiej połoninie",
doczekał jednak tylko wydania księgi pierwszej drugiego "pasma", "Nowych
czasów" ("Zwada", 1970). Księgę druga "Nowych czasów"
("Listy z nieba", 1974) i niedokończone pasmo trzecie ("Barwinkowy
wianek", 1979, w opracowaniu żony i syna autora) opublikowano już po śmierci
autora.
Za życia Vincenza ukazał się także wybór jego esejów z przedmową Czesława Miłosza
("Po stronie pamięci", 1965) oraz powracające do lat 1939-1945 "Dialogi z
Sowietami" (1966). Uzupełniają ten obraz kolejne tomy eseistyki, niedokończona
powieść "Powojenne perypetie Sokratesa", pisma rozproszone i zapiski z lat
wojny, wydane w minionym trzydziestoleciu, i wciąż nie jest to całość spuścizny tego
niezwykłego twórcy, który - sądząc po liczbie poświęconych mu w ostatnich latach
sympozjów i publikacji - nie przestaje fascynować badaczy, choć nie wiem, czy w równej
mierze dotyczy to czytelników.
Dlatego inicjatywa wydawnictwa Pogranicze, by wznowić "Na wysokiej połoninie",
godna jest najwyższej pochwały. W kraju bowiem całość cyklu ukazała się raz jeden,
przed dwudziestu laty; wcześniej po Październiku 56 próbę wydania "Prawdy
starowieku", "Zwady" i "Listów z nieba" uniemożliwiła cenzura.
A przecież Stanisław Vincenz jest niewątpliwie jednym z duchowych patronów inicjatyw
takich jak ośrodek w Sejnach.
"Vincenz wie - pisał w 1958 roku Miłosz w eseju "La Combe" - że ludzie tęsknią
dzisiaj do ojczyzny, a zamiast niej przyznaje się im tylko państwa. Ojczyzna jest
organiczna, wrośnięta w przeszłość, zawsze nieduża, grzejąca serce, bliska jak własne
ciało. Państwo jest mechaniczne. Ojczyzna to Walia, Bretania, Prowansja, Katalonia, kraj
Basków, Siedmiogród, Huculszczyzna". Dodajmy, że chodzi tu o projekt idealny, w którym
nie ma miejsca na wyniszczający nowoczesny nacjonalizm, bo w porządku mitu obowiązują
inne kategorie. W świecie "Połoniny" huculscy górale, mówiący dialektem języka
ukraińskiego, dziedziczący tradycję wieloetnicznej, w znacznej mierze wołoskiej,
kultury pasterskiej, spotykają się z polskim szlachcicem i z żydowskim karczmarzem z
Czerdaka, a legenda zbójnika Dobosza sąsiaduje z legendą twórcy chasydyzmu Baal Szem
Towa.
Vincenz pomaga rozwiązać dręczący współczesnych problem wykorzenienia, pokazuje, jak
zmienić stosunek do czasu i odzyskać łączność z przeszłością. "Nie dlatego -
tłumaczy Miłosz - żeby ją zbierać jak znaczki pocztowe, nie dla anegdoty i plotki o
madame de Staël, Marysieńce Sobieskiej czy mężach stanu. Dlatego, żeby nakarmić teraźniejszość,
która jest inna, pełna, cenna w każdej minucie, jeżeli ręka, która trzyma pióro,
jest zarazem ręką białoruskiego chłopa zapalającego łuczywo na obrzędzie
"Dziadów" i Indianina zabitego przez Corteza i Murzyna z Togo, jeżeli niebo
nad głową jest to samo, a ci, co minęli, nie byli tylko glebą pod nas wyższych, ale
uczestniczą nadal tu, obok. Ani człowiek zawsze ten sam, bo "wszystko już było",
ani człowiek dumny ze swojej dotychczas nigdy nie znanej tortury i samotności. Bez
ustanku nowe wcielanie się wzoru, niepowtarzalna powtarzalność, inwencja z granicą, za
którą czeka to samo pytanie". (Pogranicze, Sejny 2002, s. 512.)
|